SPECJALNE - Rubryka

Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)

6 kwietnia 2022

Tomasz Skowyra:

Zacznijmy od pań i od najbardziej wyczekiwanego przeze mnie albumu pierwszego kwartału 2022. Wszystko przez zapowiadające single i lo-fi mixtape Romance z tak ślicznymi piosenkami jak "Marry Me". I choć nie jest tak, jak sobie wymarzyłem, to kilka słów o Como Antes musi paść. Bo niestety zachodnia krytyka muzyczna odwraca wzrok od Argentyny, a tam dzieją się bardzo interesujące rzeczy. Przez głupotę, niewiedzę, nędzny research, kapitalistyczny establishment, służby, mafie, loże? Nie mam pojęcia, ale wiem, że to dlatego mało kto słyszał o takich artystkach jak Blair, Saramalacara, Taichu czy właśnie Lara91k. Ta ostatnia wydała na początku lutego debiutancki LP, który uzyskałby pewnie notę 8.5 i etykietkę BNM na Pitchforku, gdyby tylko chciało im się posłuchać. A kim jest Lara Artesi? Fanka Drake'a, Rihanny i przede wszystkim Franka Oceana, z darem do pisania fantastycznych melodii. Głównym instrumentem Argentynki jest akustyk, ale nie przeszkadza jej to w robieniu trapu, reaggetonu czy dance-popu.

Wspólnie z Brunem Donato i Perciim (główni producenci Como Antes) stworzyła album odzwierciedlający każdą z jej muzycznych zajawek. W "Ego" słychać wpływ Travisa Scotta, "Besandote" uśmiecha się do "Passionfruit" Drizzy'ego, "Fuera De Foco" ma w sobie coś z Pabla Kanyego, no i oczywiście wszystkie te smutne, gitarowe piosenki to efekt miłości do muzyki Oceana. Wspominałem o wokalu Lary? Jest w nim jakiś niewysłowiony smutek, jakaś tęsknota, które sprawiają, że ciężko się nie wzruszyć podczas słuchania jej głosu. Najbardziej emocjonalnym momentem jest tu brzmiąca jak refren zwrotka "Algo De Ti", zaczynająca się na 0:45. Ale też co się wyrabia w olśniewającej "Pegaicie"... Anyway, jeśli miałbym coś zarzucić tej płycie, to trochę brakuje mi tu trapu (nie spodziewałem się tyle dance-popu), no i można by uszczuplić tracklistę (skity i miniaturki tylko zaburzają narrację, tytułowy to wypełniacz, a duet z Sarą miał być petardą, a nie jest...). Poza tym nie mam pytań.

Natomiast w Norwegii działa i tworzy Jenny Hval, która niedawno wydała kolejną długogrającą płytę. Następca The Practice Of Love to zdecydowanie jaśniejszy i radośniejszy album od poprzednika. Norweżka postawiła na żywszą sekcję i epickie refreny, zrezygnowała z tanecznego charakteru utworów, a w zamian urozmaiciła aranże o egzotykę. Już opener brzmi jak krzyżówka Shury z Flow Motion i police'owym wstępem, a "American Coffee" jeszcze mocniej zbliża się do Forevher. Znalazło się też miejsce dla field recordingu rodem ze slow cinema (tytuł "Cemetery Of Splendour" bezpośrednio nawiązujący do Apichatponga Weerasethakula). Najpiękniejszy na Classical Objects "Jupiter" przedziera się przez ambientowe tła, które rozświetla refren, a w końcówce niemal przenosimy się na największą planetę Układu Słonecznego. A gdyby do "Freedom" dodać tony pogłosu na wokal, to powstałby numer Pandy Beara w żeńskiej wersji. Wszystko to składa się na spójną, interesującą kolekcję, która choć nie powala na kolana, to dostarcza sporo satysfakcji ze słuchania.

W mainstreamowym popie powrót Charli XCX z całą gwardią producentów (między innymi z czującym się coraz lepiej w towarzystwie celebrytów Lopatinem) rzuca się na wody chwytliwego retro-popu. Czyli "lata 80. wracają", samplowanie "Show Me Love" czy "Saturday Love" ("ale to już w gabinecie", czyli na wersji deluxe) i otwarcie świadomy zwrot ku przeszłości. Zupełnie nie tego szukam we współczesnym popie, ale dziwnym trafem nieco nierówny Crush broni się mimo optyki. Same numery są niegłupie i pełne hooków (jak choćby "New Shapes", "Constant Repeat", "Baby" czy "Twice"), więc bilans zysków i strat wychodzi Charlotte na plus. I spoko.

Muszę też wspomnieć o Maylee. W recenzjach Maloo padają porównania do Morta Garsona, Hiroshiego Yoshimury czy Broadcast, więc już po samych referencjach widać, że nie będzie to jakiś szalenie ekstremalny album. Maylee Todd serwuje wyciszony, syntezatorowy ambient-pop z delikatnie poszatkowanmi bitami i lekko odrealnioną aurą. Chwilami przypomina to Salami Rose Joe Louis. Chwilami brzmi jak Bird And The Bee (wokalnie) w juniorboysowym musie. Dobrze słychać to w otwieraczu longplaya (mój prywatny highlight). Ale na przykład w "Grab Your Guts" kryją się pierwiastki Domenique Dumont, a "Tiny Chiffon" budzi skojarzenia z Yoshimurą i beachboysowymi fragmentami Dwunastego Domu. Fani eterycznego popu łączcie się.

Teraz przeskakujemy do trapu i zaczynamy od WiFiGawda, czyli tak absurdalnie niedocenionej postaci, że aż smutno się robi. Nie ma obecnie drugiego trapera, który z taką swobodą łączyłby całą spuściznę lo-fi-owego rapu, post-gi-funku z najświeższym podejściem do trapu i kapitalnymi trikami z najróżniejszych muzycznych krain. W "Troops" przemyca informatyczną paranoję Alva Noto, aby chwilę później przeniknąć do krainy błogiego dream-trapu. A kiedy Charge It To The Game kończy się obłędną pętlą "Outside Pt 2", już chce się powtórzyć całość. Na Chain Of Command, czyli na drugim tegorocznym streamie, dokładnie ta sama sytuacja. Rozkojarzone sample zostają scementowane przez nieubłagany słowotok wybornego mistrza ceremonii. Czy jest to g-funk-trap na własnych prawach w "Fuck What Ya Heard", repetycyjny piruet "Kawasaki" czy kojący ambient-trap "Slide Thru" – niemal każda próba kończy się sukcesem. WiFi Top.

WiFi to oczywiście traper znany, a Yung Kayo? Debiut ziomka Thuggera to rzecz intrygująca na przede wszystkim trzech poziomach. Po pierwsze wokal koleżki, choć często buszujący w gąszczu pulsujących bitów, jest nie tylko słyszalny, ale staje się kolejnym instrumentem. Chce się słuchać tego, jak Kai Green wypluwa z siebie kolejne zdania. Po drugie właśnie produkcja: niestroniąca od eksperymentów i bogato wypełniająca pasma. Jakby bitmejkerzy starali się w każdym tracku stworzyć trapową ścianę kolorowych dźwięków, przez którą musi przebić się Kayo. A po trzecie: mimo wszystko DFTK funduje spory repeat value. Jeśli jeszcze nie sprawdzaliście, to czym prędzej wpisujcie w szukajce Spoti "DFTK" i do słuchania. That's the good stuff.

To teraz przeniesiemy się do trapowo-streamowego podziemia w Wenezueli, gdzie rezyduje Sebastian Hau. Słychać, że sporo w jego muzycznym życiu zmieniło się od momentu, kiedy zapoznał się z Whole Lotta Red (nie on pierwszy, nie on ostatni). I wcale nie mam zamiaru wytykać mu wtórności czy kopiowania. Przeciwnie: chcę pochwalić Underaikiego za to, że dostrzega świeże rzeczy, a nie zamula na przykład na oldschoolowym rapie. 000 to oczywiście zestaw rzucających się w uszy ringtone'ów (tylko jeden numer trwający ponad 2 minuty) bez większego znaczenia historycznego, ale co dziś lepiej wyraża ducha czasów w popie, niż właśnie takie zestawy?

Zostańmy w trapie, ale skręćmy w bardziej urbanowe uliczki. I tak przed państwem pojawia się sympatyczny koleżka Giovaeedk Espinosa. Przylgnęła do niego łatka "Drake'a z Dominikany" i faktycznie trudno się dziwić. Daleko mu rzecz jasna do ikoniczności Grahama, ale kiedy posłuchamy pierwszego w trackliście reaggetonu "Luna" (numer jeszcze z 2021 roku), to trzeba przyznać, że GioBulla rzeczywiście wzorowo wchodzi w rolę Kanadyjczyka. Smutny, zrezygnowany wokal (zwłaszcza od 1:36) zapewniłby Esinosie zwycięstwo w dominikańskiej edycji "Twoja Twarz Brzmi Znajomo". Ale jeśli zapomnieć na chwilę o drake'owskim holizmie Homemade, to okazuje się, że takie "Tu Me Killa" broni się bez wskazywania żadnych referencji: to zanurzony w ambientowej mgle trap spointowany kwaśnym funkiem. Mnie to wystarczy, aby mieć GioBullę na radarze.

Cały lot przez trapowe wyspy zakończymy z Adekunle Goldem, który trzasnął jedną z najbardziej wychillowanych płyt tego zjebanego roku. Nigeryjczyk chyba wreszcie znalazł formułę, do której dążył od debiutu z 2016 roku. Jego powolne afropopowe jamy z elementami r&b i czułego dancehallu działają wprost sedatywnie. Kosoko udowadnia też, że jest zorientowany w obecnych trendach. Przecież "FYE" to fantastyczny ambient-trap pod wezwaniem Drake'a. Koleś naprawdę ma rękę do pisania ciepłych, kojących melodii, które zmieniają się jakościowy pop. Poza drejkowszczyzną znajdą się na Catch Me If You Can oczywiście punkty styczne z WizKidem, ale Adekunle stał się osobnym głosem na afrobeatowej scenie. Jeśli nie byliście/nie jesteście fanami takiego grania, to sprawdźcie ten albumik. Coś czuję, że nie pożałujecie.

Kontynuujemy wątek afrykański, ale wkraczamy w "elektroniczne" obszary. Urodzony w Angoli, a mieszkający w Lizbonie Rogério Brandão to prawdziwa gwiazda współczesnego kuduro. Jego odrealnione, przesiąknięte afrykańskimi wpływami bity nie tylko zyskują poklask krytyków, ale też znakomicie sprawdzają się w klubowych okolicznościach. DJ Nigga Fox osiąga takie efekty przy tak odrealionych trackach jak "Madeso", gdzie puszczone wspak sample stanowią główny składnik wrzącego kotła. Do ożywienia struktury utworów na Música Da Terra mocno przyczyniły się zaprogramowane dęciaki . To nowość w stosunku do Cartas Na Manga. Pojawiają się jeszcze w "Sanzaleiro" – wspaniałym kuduro-ambiencie, który pewnie osiągnąłby niezłą cenę jako NFT. Zwracam też uwagę na fragment na wysokości 1:26 w "Gás Natural", gdzie cały galop ustaje, a w jego miejscu pojawiają się kojące dzwoneczki. Takie zabiegi potwierdzają klasę Brandão.

Debiutujący pełnoprawnym wydawnictwem w Hyperdubie DJ Hank na razie nie może pochwalić się takim fejmem jak Rogério, ale to znana mordzia w footworkowym światku. Mam natomiast wrażenie, że dopiero City Stars pozwoli mu zyskać szerszy rozgłos na elektronicznej scenie. Hank punktuje juz od startującego "Lift Gift", zahaczającego o produkcje Todda Edwardsa. "Stay" to już odświeżona formuła skodyfikowana na Double Cup DJ-a Rashada, a "Get @ Me", oparty na prostej sekwencji zamglonych klawiszy, czaruje repetycjami. Koniec EP-ki zdradza inspiracje producenta japońskim ambientem: szczególnie "Mkwa" (mikro-hołd dla Mkwaju Ensemble) kradnie mi serce swoim footworkowym attycyzmem. Cóż więcej mogę dodać? Już jest dobrze, a wszystko wskazuje na to, że Hank dopiero się rozkręca.

Natomiast ten pan jest już nieźle rozkręcony. Dla mnie plastik nie jest fantastic, chyba że w ujęciu japońskiego house'owego samuraja Shinichiego Atobe. Niby album z kategorii "more of the same", bo przecież już słyszeliśmy te ubrane w lo-fi-owe wdzianka, niekończące się tech-house'y. Zupełnie nie czuję jednak przesytu, gdy ktoś częstuje mnie tak zgrabnym dancefloorowym deserem. To album znacznie bardziej przystępny od Yes, ale to akurat zaleta. Sporo tu Larry'ego Hearda (wczesnego i późnego), a co za tym idzie dużo grywalnych rozetowych motywów i frajdy. Ale Love Of Plastic to nie tylko stricte taneczne numery – w stonowanym "Ocean 2" znajdziecie wytchnienie po serii pocisków. To co, Shinichi, do następnego?

Nadal jesteśmy w Japonii, lecz porzucamy syntezatory na rzecz shoegaze'owych przesterów i dreamowych mgiełek. Przyznam, że Boris już dawno nie mieli tak udanego albumu. Nie znaczy to, że dosięgnęli absolutu, czy nagrali album roku, ale i tak W skręca wreszcie w bardziej przyswajalne rejestry, a to mnie zawsze cieszy. Ambientowo-shoegaze'owe mary snujące się przez cały LP pokazują, że ekipa dalej nie znudziła się takim graniem. Niektóre utwory brzmią jak nawiedzone, chociażby oniryczna "Icelina" czy rozjeżdżający się na naszych uszach "Old Projector". Nie brakuje tu również typowego dla japońskiej załogi cięższego uderzenia ("The Fallen"), ale to jest dosłownie jedyny taki moment na całej płycie. I bardzo fajnie, bo to spokojniejsze oblicze kapeli trafia obecnie trafia do mnie obecnie najlepiej.

Przejdźmy do polskich gitar, ale do kompletnie innej bajki, czyli do zespołu Róża. "Potrzebuję zmian" śpiewa Szymon w otwierających Bu! "Stosach". I już wiemy, że jest to logiczna kontynuacja Sorji Morji z pewnymi zmianami. Nie chodzi tylko o personalia (band tworzą Szymon Lechowicz, Małgorzata Penkalla z Enchanted Hunters oraz Kamil Hordyniec z zespołu Wilga), ale o całą filozofię grania, którą uprawia Lechowicz. Posłuchajmy "Toporu" i bez problemu wychwycimy ten sam vibe. Na całej płycie znajdziemy inteligentne gitarowe numery (ze świetnymi tekstami!), które znaliśmy już z Sorji, ale w nowym otoczeniu. Bardziej rozbudowane aranżacje, sporo syntezatorów, "elektrycznych gitar" i więcej miejsca na pop. Oczywiście ja to wszystko kupuję. Grane jeszcze na koncertach Sorji "Oczy" już brzmią jak klasyka polskiej piosenki, "Więcej" poradziłoby sobie na playlistach polskich stacji radiowych, a w "Obietnicy" pojawiło się pewne novum: Sorja nigdy nie zawędrowała w aż tak elektroniczne rejony (zwłaszcza koda). Wszystko się zgadza, tylko że nie czuję się zmiażdżony materiałem... Jednak z chęcią posłuchałbym kolejnego albumu Róży, żeby sprawdzić, jak rozkwita.

A co tam świrują w ambitnym krajowym popie? Na nowej, zaśpiewanej tym razem w języku ojczystym (podobają mi się te eskapistyczne teksty Kachy) EP-ce Coals gonią zachód z całych sił, klimatycznie lawirując od wielkomiejskich dancefloorowych parkietów po samotne spacery podczas ciepłych letnich nocy. Jest tu trip-hop z grimesowym rysem ("Reset"), są rozedrgane gitary w stylu Arthura Russella ("Ganc Egal"), reggaetonowy-pop ery TikToka ("Miraż" z Żabsonem), czy rozmiękczający ambient-trap przypominający produkcje RAMZi ("Disneyland"). Rewal nie jest może krokiem naprzód, ale bardzo miłym przystaniem przed czymś większym (?). Mam nadzieję, trzymam kciuki i słyszymy się niebawem.

W PL-trapie rządzą natomiast Tuzza (o której pisał red. Dejnarowicz) oraz Młody West. Mati udowadnia tą EP-ką, że żaden z niego rookie. Już znakomite zeszłoroczne single dawały do zrozumienia, że gra toczy się o wysoką stawkę. Bo Weściak ma właściwie wszystko: melodyjne flow, wyczucie bitu, "ucho do podkładów" i świadomość tego, jak powinien brzmieć współczesny trap. Skreślili Mnie to jak dotąd najbardziej kompletne wydawnictwo trapera. Kolorowe podkłady odważne korzystające z klawiszowego arsenału środków, tworzą z wersami czystą symbiozę. Red. Łachecki zwraca też uwagę na związki z Eternal Atake i ma rację. Jeśli chodzi o highlighty, to stawiam na osadzony na post-trance'owych synthach "Tryb Bestii", zbudowany z delikatnej melodyjki i hałaśliwego basu "Teraz Dzwonią" z gościnką Vkie i jeden z najbardziej epickich utworów polskiego trapu "Nic Nie Wiesz O Mnie". Jest też "Adele" przypominający najbardziej melodyjne fragmenty Whole Lotta Red. Stan na 2022: Młody West > Kanye West.

Co jeszcze? Co więcej?

Przede wszystkim The Smile, czyli nowy gitarowy projekt (w mediach spekulowano, że nie-gitarowy, ale Godrich to elegancko wyjaśnił) Yorke'a i Jonny'ego z Radiohead oraz Toma Skinnera (perkusisty Sons Of Kemet), który pojawi się w tym roku w Polsce na Open'erze. Chłopaki wydali od styczna do końca marca 3 single: "You Will Never Work In Television Again" grawitujący po garażowym obliczu Sonic Youth (którzy, swoją drogą, wypuścili przed momentem miłe archiwalia, czyli In/Out/In), "The Smoke" brzmiący jak smakowity odrzut z sesji do Moon oraz "Skriting On The Surface", czyli pure Radiohead plasujące się gdzieś między HTTT a In Rainbows. Czekamy na cały album. Z gitarowych spraw można też posłuchać nowego LP Paula Drapera. Nie jest to oczywiście poziom zajebistości Mansuna, ale kilka fajnych patentów gościu na płycie zawarł. Zwrócę też państwa uwagę na młodziaków Public Body. To indie-rockowe graie w 2022, ale takie numery jak tytułowy kojarzą się trochę z przystępniejszym LSF, co nie?

Ale dość gitar, przejdźmy do trapowych sytuacji. Mamy tu Jimmy'ego Edgara kojarzącego się raczej z elektroniczymi wariacjami (ostatnio w stylu Sophie na LP Cheetah Bend), ale w "What Are We" wraz z koleżanką Milk zabierają się za mleczny trap. Ciekawe, czy będzie z tego coś więcej. Na pewno więcej szykuje BBY Goyard, czyli obiecujący trapera z Maryland. Może żadnen z niego Pi'erre Bourne, ale najlepsze dopiero przed nim, o czym świadczyć ma "Adirondack". A przypomnę tylko, że na jego koncie są już tak wkręcające się do głowy tracki jak "Backin' It Up". Jest też nowa EP-ka od Hook. From, Hook. Trochę nierówna rzecz, ale chwilami zahacza o błogi reverse-trap Bktheruli, jak chociażby w "Get Out My Face (GTFO)". A czy młode wilki w naszym kraju śpią? Otóż nie. 8anski i youngestAlan też kręcą ambient-trapy, sprawdźcie chociażby tegoroczny track "Ewa Farna". Polecam obadać, bo za chwilę na horyzoncie może pojawić się kolejny Młody Weściak. A ta scena potrzebuje takich ludzi. No i pozdro Andrzej Buda.

Warto też odnotować powrót Hewry i ich kabalistycznnych post-rapów czy wręcz dance-popów "Casual" i "Wash N Go Akme". W reaggetonie też się dzieje. Chociażby Mariah Angeliq. Amerykanka z kubańsko-portorykańskimi korzeniami sprawdza się świetnie w ambientowym latin-popie "La Tóxica". Kontrakt z majorsem już ma, pozostaje więc czekać na pełnoprawny debiut. Mógłbym Wam tu jeszcze długo pisać, że m.in. Cochise znowu wydał super numer ("Do It Again"), ale nie mamy tyle czasu. A jeśli Wam mało, to zapraszam do śledzenia plejki #AmbientTrap, która stale się rozrasta.

I jeszcze kilka słów o synthowo-elektroniczno-tanecznych akcjach. Soshi Takeda kontynuuje swój wojaż w ambient-vapor-house'owym uniwersum na EP-ce Same Place, Another Time, z kolei Soichi Terada kontynuuje dancefloorowe przewózki na longplayu Asakusa Light (a jeśli komuś jeszcze mało japońskiego grania na klawiszach, to niech bierze się za zagubiony w latach 80. album Kiren Yasuakiego Shimizu, który oficjalnie ukazał się w lutym tego roku), w post-autechre'owym graniu nieźle radzi sobie Geo Rip, Vitesse X ze swoim flagowym już singlem "Us Ephemeral" udanie wpasowała się debiutanckim długograjem w szeregi labelu 100% Electronica, Bella Boo powróciła z typowym dla Studio Barnhus house'owym jamem "True Romance" (a na bandcampowej stronie widnieje info: "More Bella Boo treasure to be unveiled soon". Can't wait), DJ Python zachwicił środowisko pełnym egzotyki, epickiem trackiem "Angel" z nowej EP-ki, Leon Vynehall sklecił mix dla Fabrica, gdzie znalazły się też jego autorskie utwory (przede wszystkim "Sugar Slip"), a Black Dog stworzyli EP-kę zainspirowaną architekturą i jej brutalnym minimalizmem (kawałek z Corbusierem w tytule wymiata).

Hannah Diamond wciąż nie może wyswobodzić się z objęć PC Music, ale "Staring At The Ceiling" to całkiem niezły strzał, z j-popu stawiam na razie na Wednesday Campanellę i singielek "Maneki Neko", a Kareem Ali wypuścił miłą EP-kę The Ballad Of Mister Shine, na której najbardziej wsłuchuję się w "Starshine Blues". To w ogóle eklektyczna rzecz: oprócz house'owych zabawiaczy jest tu też drum&bassowy wtręt, a całość domyka ambientowa koda "Solace (His Pain)". A właśnie: ambient. Sprawdźcie projekt Raum (Grouper + Jefre Cantu-Ledesma) i LP Daughter, eksperymentalny album Thresholds Francisa Harrisa, no i new-age'owy cykl (nomen omen) Cycles fińskiego producenta Aleksiego Peräli (tutaj musicie wygospodarować sporo czasu). Trochę bardziej dział archiwalia, bo dopiero w 2022 roku ukazuje się w digitalu Fairfax (2017) Nate'a Scheible. Niecodzienne słuchawisko zbieżne z ambientowymi dziełkami Terre Thaemlitz czy Biosphere. A na samym początku roku swoją długaśną EP-kę Antidawn wydał Burial, choć ja tam wolę, jak Bevan sampluje pięć rzeczy jednocześnie w epickim UK garage'owym hymnie. No i weźcie sobie do serca "Keep On" – ambient-stepowy skarb od Seba Wildblooda i Ouri. Embeduję, żeby nie umknęło.

Na koniec zaś klasyczna łyżka dziegciu i Destroyer. No bo coś pan narobił, panie Bejar? Szanuję solowy dorobek Dana, ale są chyba jakieś granice. Piosenki snujące się donikąd, blade podrygi w rytmie New Order, udawanie Pet Shop Boys... W sensie Labyrinthitis to nie jest dno dna, ale taki Bejar przecież wie, jak napisać piosenkę, prawda? A na Pitchforku lead: "Dan Bejar's marvelously inscrutable songwriting reaches beyond meaning". Byku, czytałeś, co napisałeś?


I tradycyjnie na koniec plejka, którą będziemy systematycznie aktualizować.


Strona #1    Strona #2    Strona #3

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu