SPECJALNE - Ranking

100 Płyt 2000-2009 Na Świecie

13 listopada 2010


070Thief
Sunchild
[2007, Sonar Kollektiv]

Zacznijmy od tego, że Sunchild to dla mnie namiastka Forever Changes dla ubiegłej dekady. O tym, że album Love to dla mnie po Loveless druga płyta życia, pisałem już rok temu. (co prawda w międzyczasie dojrzałem do Skandalu i wskoczył na drugiej miejsce, ale to osobna historia). Przemyślna, spięta konstrukcja, w której żaden dźwięk nie jest przypadkowy – napiszcie to sobie capsem jako żenującą wyświechtaną zbitkę, ale tu trafia ona w istotę rzeczy tak jak rozsadzająca energia Trail of Dead czy wyrywanie z kapci przez Deep Purple. Nośne "Hold On, Hold On", uzupełniane leniwymi "Like Leaves" czy moim ulubionym "Home", i spiętę utworem tytułowym i jego repryzą-czysta perfekcja. W prowadzonej debacie o sposobie pisania o muzyce czuję się bezradny, mimo względnej wiedzy na temat konstrukcji gitary, a więc niestety muszę się odnieść do subiektywnych i o kant dupy potłuc kategorii piękna i prawdy. Choć z drugiej strony jestem trochę przerażony tym, jak panowanie nad instrumentami w stosunku do np. lat 60. stało się czymś nieobowiązkowym. Na Sunchild podbity syntetycznym bitem "Somwhere" to rodzynek na tle muzyki w pełni żywej, i, jeśliby się zastanowić, Sunchild to jedna z najbardziej "odkontekstowionych" płyt ostatnich lat, rozpierdalająca czystą treścią. –Łukasz Łachecki


069Ris Paul Ric
Purple Blaze
[2005, Academy Fight Song]

Odkąd w recenzji płyty Juvelena padło stwierdzenie, że brzmi zupełnie jak Ris Paul Ric, tylko w chuj syntezatora, nie tyle zmienił się mój sposób postrzegania Juvelena, co zacząłem go słyszeć w Ris Paul Ricu. Faktycznie, mimo akustycznego brzmienia tego albumu, jest ono nieraz tak roztrzęsione, jak w "Everytime", a sama wrażliwość i metoda budowania nastroju wydaje się łączyć oba albumy. I w ten sposób wszystko możemy sprowadzić do popu, wchodząc na przyjemny dla mnie grunt. Może dlatego zawsze byłem tak wielkim miłośnikiem tej płyty – Ris Paul Ric po prostu nie owija w bawełnę, ale wali konkretami, nawet jeśli przyjmuje pozę wrażliwca. Kiedy wyciska te swoje harmonie, szepcze, nakłada tła z ambientu, falsetuje i robi te wszystkie rzeczy, które tam robi, to dokonuje ich z premedytacją dla jak najlepszego brzmienia i wydobycia melodii, a poza tym przybija sobie piątki z Princem. I ja gościa strasznie lubię, bo udając folk, osiągnął ciekawsze, bardziej niepowtarzalne efekty, niż te, które zaczęli potem masowo wykminiać freak-folkowcy, których płyty nudzą się szyciej niż Rica, bo sens ich płyt unika (Avey i Panda, patrzę też na was). –Kamil Babacz


068Godspeed You Black Emperor!
Lift Your Skinny Fists Like Antennas To Heaven
[2000, Kranky]

Post-rockowy monumentalizm generalnie ma to do siebie, że wzbudza różne reakcje, a w ostatnich latach zdecydowanie częściej nudzi niż zachwyca. Jednak zupełnie inna sytuacja ma miejsce z przedostatnim wydawnictwem zasłużonej kanadyjskiej formacji, która tym albumem wyszła poza ściśle przyjęty kanon post-rockowego grania, nagrywając coś na kształt współczesnej instrumentalnej symfonii. Ambitne przedsięwzięcie broni się pewnie samym zamysłem konceptualnym, który opiera się na próbie nagrania epickiego post-apokaliptycznego słuchowiska z wykorzystaniem wszechstronnego instrumentarium – goszczą między innymi waltornia, wiolonczela, sterta gitar, ale nie tylko. Być może sama idea trąci nieco patosem, ale muzykom GY!BE udało się tego jakimś cudem uniknąć, bo każdy z czterech utworów zamieszczonych na Lift Your Skinny Fists. wciąga posępnym klimatem oraz kapitalnym rozplanowaniem kompozycyjnym. Jednak miejscami do tego wszystkiego wkrada się po prostu czysta metafizyka, bo jak to jest, że za każdym razem kiedy słucham "Broken Windows, Locks of Love Pt III" mam po prostu ciarki na plecach? Ale to tylko jedno z takich miejsc na tym dwupłytowym wydawnictwie, bo generalnie każdy seans z tym niesamowitym albumem jest dla mnie przeżyciem z gatunku tych nieomal mistycznych. –Kacper Bartosiak


067Prefuse 73
Vocal Studies + Uprock Narratives
[2001, Warp]

Debiut Scotta Herrena jako Prefuse 73 zapiera dech w piersiach, pruje do przodu, nie pozostawiając czasu na podniesienie jadaczki z podłogi. Minęło prawie dziesięć lat, a album ten nie postarzał się nawet o minutę. Wizjonersko poszatkowane jazz-hopowe loopy, rasowe bity i ścinki rap-wokalne stopione zostały przez artystę w eksplodujący melodyjnością, bujający glitchowy kolaż. W rezultacie otrzymujemy niezwykle oryginalną muzykę, leżącą dokładnie na przecięciu elektroniki i hip hopu, która tylko dlatego nie rozwinęła się w odrębny gatunek, że nikt nie potrafi tego zrobić tak jak Herren – nawet on sam na kolejnych swoich płytach, może za wyjątkiem One Word Extinguisher. Jeżeli ktoś nie wie, jak brzmi nowatorskie tchnienie geniuszu spływające na wrażliwego, utalentowanego muzyka, to ta płyta jest właśnie jego definicją. O idealnie wyważonej produkcji albumu nawet ciężko cokolwiek powiedzieć, bo doskonałości się nie komentuje. Jedyny zarzut to chyba nieunikalnie przesadna gęstość dzieła, powodująca po pewnym czasie percepcyjne znużenie – trzeba go słuchać raz na jakiś czas, aby móc czerpać z niego pełną satysfakcję. Tak czy inaczej big fuckin’ respect homeboy, peace yo, Gwara out. –Tomasz Gwara


066M.I.A.
Arular
[2005, XL]

Internet kradziony od szczodrego i dobrotliwego Linksysa miewa swoje gorsze chwile, więc daruję sobie sprawdzanie szczegółów najgorętszego romansu dekady. Oto jak go zapamiętałam:

On – książę Karol muzyki klubowej. Ona – księżniczka Dżasmina muzycznych rubierzy. Spotkali się w londyńskim Fabric – Ona właśnie tanecznym krokiem wchodziła na parkiet, gdy On, w ramach bycia połową Hollertronix i zasiadania za didżejką, puścił zdobywający w podziemiach coraz liczniejsze propsy "Galang". Potem wszystko potoczyło się tak szybko - jedna płyta, druga płyta. Piracy było – kalekim lecz uwielbianym – pierworodnym dzieckiem tej miłości. Niestety! Zdrowy i rumiany Arular nosił już w sobie pierwsze rysy romantycznego pęknięcia, które wkrótce miało się rozlać na cały dzielący tych dwoje Atlantyk. Nadeszła pora rozstania - zagrzmiała Ona i jej szalonookie posty capslokiem, o tym, że On zbyt jest zajęty niesieniem pomocy stripitizerkom z Rio, by dalej mogli być razem. Internet załkał. Nie będzie już kuchni fusion w brazylijskiej daczy, nie będzie dzidziusiów w śpioszkach Mad Decent (kiedy ostatnio sprawdzałam, wciąż mieli je na składzie!).

Ale życie toczy się dalej. Wkrótce wszyscy zapomnieli o baile funku i frajerskich czapeczkach "Bubba-Gump". On zdążył jeszcze wyprodukować jej, o ironio, największy jak dotąd hit. Ona dostała wreszcie wizę do Stanów, tylko po to, by powić tam dziecko innemu. Tymczasem dziewczyny i chłopcy na całym świecie wciąż nawiązują pierwsze erotyczne fascynacje do dźwięków Arular. Ale żadne z nich już nigdy nie zaufa awansom didżeja tak łatwo, jak kiedyś. –Aleksandra Graczyk


065Ghostface Killah
Supreme Clientele
[2000, Epic]

Ghostface Killah jest taki "teraz mnie widzisz, teraz nie", co nie? Załapujesz jego myśl, ale on po chwili jest w jakimś zupełnie innym miejscu, w przeszłości, z Brucem Lee, w łóżku czyjejś żony, w każdym razie w miejscu, w którym się go zupełnie nie spodziewasz. Wiecie jak wygląda narracja Ghostface'a? Tak wygląda narracja Ghostface'a: "Fuck your corny debates / I'm like cake or maybe like $10,000 rabbits / The kid walked thru, switch up his accent "Now I'm from Paris"". Im więcej słucham Supreme Clientele, tym bardziej dochodzę do wniosku, że to najbliższa Dylanowi ze środka lat 60. rzecz, jaka wyszła w latach 00. I tamte nagrania Zimmermana i ta płyta Ghosta zabierają cię na szalona jazdę po ulicach napędzaną akurat skombinowanymi używkami, bez jedzenia, z szalonym kierowcą. I tu i tu czekają na ciebie fascynujące sytuacje, których nie da się zrozumieć. Porównajmy takie: "Now you see this one-eyed midget / Shouting the word "NOW" / And you say, "For what reason ?" / And he says, "How?" / And you say, "What does this mean?" / And he screams back, "You're a cow / Give me some milk / Or else go home" z "I start my own chapters / Tyco nightglow velvet pose, special effects / High-tech armors merc you at the shows / Supercalifragalisticexpialidocious / Dociousaliexpifragalisticcalisuper / Cancun, catch me in the room, eatin grouper". Prawda, że poznaliście kto co napisał tylko po układzie rymów?

Na szokujących obrazach, które wypalają się świadomości opiera się ten album. Niemal brak tu refrenów, więc to właśnie one, wraz z okrzykami wydawanymi z ziomkami i deklarującymi z ziomkami jedność pełnią rolę hooków. Bity mieszczą się gdzieś między minimalizmem opatentowanym przez Wu-Tang lata wcześniej i gładszą radiowo-samochodową produkcją, nigdy nie odwracając uwagi od głównego bohatera albumu – rapu. I tak siłą własnych umiejętności, Dennis Coles niespodziewanie, już po trzydziestce, zdobył pozycję najbardziej wpływowego członka Klanu i jednego z najważniejszych raperów poprzedniej dekady (The Pretty Toney Album i Fishscale były już przedłużeniem sukcesu TEGO albumu). Triumfujący w latach 90. Raekwon czy GZA już nie byli w stanie wspiąć się tak wysoko. –Łukasz Konatowicz


064Sa-Ra Creative Partners
Nuclear Evolution: The Age Of Love
[2009, Ubiquity]

Moja bardzo wielka wina, ale o czarnej muzyce to, uogólniając, wiem tyle, że Ian Curtis zawodził w jednym kawałku "funk and soul". Nie o to chodzi, że nie słuchałem Funkadelic etc. Słuchałem, doceniam, ale mimo, że zawsze potrafiłem docenić, też zawsze byliśmy ze sobą raczej na stopie pełnej szacunku znajomości, niż bliższego koleżeństwa czy przyjaźni. Sądzę, że to przez trudny dostęp do mnie czarnej, cielesnej, sensualnej wrażliwości, przez inny rytm krwi po prostu, niemniej jednak jakiś czas temu sytuacja uległa po raz, drugi, może trzeci, ale chyba najmocniejszy, silnemu zachwianiu i stało się to właśnie dzięki Age Of Love. Wiecie, nie lubię długich form, najbardziej lubię krótkie płyty i cienkie książki, natomiast Age Of Love mogę słuchać nie oglądając się na boki przez pewnie i pół dnia. Wstrząsające. To, co charakterystyczne i piękne na tej płycie, to samowystarczalność materii muzyki – nie potrzeba Shafiqowi i kolegom niecodziennych emocji, artystowskich niemalże wyzwań, różnego rodzaju napompowania. Wystarczy radość z muzyki, która sama w sobie jest głównym celem, nie środkiem wyrazu. Ta miłość do muzyki i to jej czucie. Podkreślałem już, że mało wiem, ale Sa-Ra łączą dosłownie wszystko, co kojarzy mi się i kiedykolwiek kojarzyło z czarną muzyką: mamy coś na kształt szalonej ballady jazzowej "Cosmic Ball", wspaniałe mocne i zmysłowe żeńskie głosy, funk i soul wszędzie, rap oczywiście, technikę samplingu posuniętą do absurdalnej doskonałości. O tych samplach można by pisać długo, ale chciałbym jeszcze zwrócić uwagę na bardzo silny aspekt psychodeliczny płyty – czy kojarzycie album, na którym psychodelia nie byłaby pewnym sub-genre'm, celem samym w sobie, czy to dla pokazania swojej mocy, czy to dla eskapizmu, byłaby natomiast jedynie środkiem stylistycznym, w równym stopniu psychodelizującym materiał, co będącym po prostu elementem konstrukcyjnym kompozycji? Już kojarzycie! To jest imponujące, to jest przyszłość albo przynajmniej część prawdy o niej, a na chwilę obecną utwory takie jak: "Love Czars", "White Cloud", "Bitch Day", "Traffika", "Dirty Beauty" (...) to sam wierzchołek skali jeśli chodzi o muzykę rozrywkową w ogólności. –Radek Pulkowski


063Jan Jelinek
Loop-Finding-Jazz-Records
[2001, ~scape]

Ile w albumie Jelinka jest jazzu, a ile elektroniki? Ile "piosenkowej" struktury, a ile minimalowej repetycji? To jeszcze glitch czy już post-Pole'owe dub techno? Hołd dla starych winyli czy może Maca? Czy naprawdę nie ma tam śladu taneczności? Dla mnie te kwestie są zupełnie bez znaczenia, bo osobiście Loop-Finding-Jazz-Records traktuję jak bedroom pop XXI wieku, nowoczesną musique d'ameublement mojej sypialni. W pełni odpowiadający wieczorno-nocnej emocjonalności, bardzo prawdopodobne, że to najczęściej odtwarzany przeze mnie album EVER. Na wskroś intymny (zresztą jako pierwszy wydany pod nazwiskiem artysty, to o czymś świadczy), kojący, oszczędny w swoim bogactwie i rześki w uśpieniu. Nie narzuca się w ogóle, a jednak co rusz absorbuje – okruchem cudownej melodii, ciekawą teksturą, subtelnym vibem. Wprowadza do otoczenia leniwe ciepło, a wtedy wszelkie dociekania "skąd?", "jak?", "dlaczego?", "po co?" przestają interesować. Zostaje czysta przyjemność. –Krzysztof Michalak


062Sufjan Stevens
Michigan
[2003, Asthmatic Kitty]

Kiedy robiłem trzy lata temu feature o In An Aeroplane Over The Sea, Sufjan był chyba jedynym muzykiem, do którego nie udało mi się dotrzeć. Rzeczywiście powaga i pewien dystans wyróżniają go. Mimo tego nie sądzę by idąc na swój koncert, Sufjan szedł "do pracy". Żadne też szerzenie misji (jak Coyne'owi na przykład) mu w głowie. Co ciekawe jednak, Sufjan ma to, co można zyskać przybierając obie te postawy: he's a pro a także he is kinda good news messiah. Z tych atutów o wyjątkowości Stevensa przesądza ten drugi – nasz bohater bowiem w taki sposób opowiada o tym, co niewidzialne, że wysłuchawszy – nieco trudniej jest wątpić. –Jędrzej Michalak


061Gang Gang Dance
Saint Dymphna
[2008, The Social Registry]

Z dawien dawna ludzie żyjący na ulicach dzielili się na wiele klanów, większych i mniejszych, a podział ten charakteryzował się brakiem prostych wytycznych. Nie spotkałem dotąd właściwie nikogo, kto wiedziałby w jaki sposób członkowie poszczególnych klanów znaleźli się w nich właśnie, ani w jaki sposób powstawały układy pomiędzy klanami. Było to wszystko zaprzeszłe i zadawnione, ale trwałe trwałością rytualnych zażyłości, uformowane dawno wyschłą gliną tradycji. Nie bardzo wiadomo ile czasu minęło do momentu, w którym w powietrzu na ulicach, obok zapachów naciągniętych membran plemiennych bębnów i starszego niż w centrum miasta, zużytego asfaltu suburbii, dominująca zaczęła być woń niemal rzymskiego przesilenia. Między klanami coraz częściej dochodziło do potyczek, dzieciom i kobietom nie wskazane było wychodzić poza określone tradycją tereny, mężczyźni zaś i chłopcy zwykle nosili w kieszeniach kurtek noże lub kamienie. "Określone tradycją tereny" zaczęły zresztą ulegać zatarciu, wskutek czy to gwałtownie rosnących ambicji władczych niektórych mieszkańców miasta, czy to po prostu coraz silniej dającego się odczuć przeludnienia. Dzieci zaczęły dziczeć. Zwierzęta sunęły ulicami bądź niemrawo, śmiertelnie przestraszone, bądź wściekłe. W zupełnym jednak przededniu wrzenia, kiedy najpewniej roku-dwóch brakowało do pogrążenia się miasta w chaosie i znacznego pomnożenia liczby nielicznych dotąd na szczęście ofiar, zjawiła się pewna oddolna, sprytna i doświadczona życiem i snem reformatorka – kobieta zwana Świętą Dymphną. W jaki sposób ona, samozwańczo kanonizowana mistyczka dokonała cudu – nie wiadomo. Język jej był tajemniczy, niezrozumiały dla członków większości klanów, rozmawiała właściwie tylko z reprezentantami, samorządem apostołów, siła jej jednak i charyzma wyczuwalne były dla wszystkich mieszkańców miasta. Znanych jest kilka zapisów wspominających o legendarnym, przepotężnym rytuale przejścia, który Dymphna nazwała po prostu Pierwszą Komunią. Ni to strachem, ni to szacunkiem, Dymphna zdołała zjednoczyć tych ciemnych, ufających instynktom ludzi w ciemne społeczeństwo. W społeczeństwo nieco dzikie, bluźniercze i ukryte przed nieinteresującym się okiem. W społeczeństwo ekstatyczne, a różnorodne. Plotka podpowiada, że obecną inkarnacją Dymphny jest królowa Liz Bougatsos, znana z głosu tak zmysłowego, że jej rozkazy, nawet najbardziej zaskakujące i zmieniające nieodwracalnie ich wykonawcę, nie znają odmowy. Dla wszystkich jest jednak jasne, że mimo całej potęgi królowej, stoi za nią duża ilość innych, tajemniczych struktur, spośród których ta ostatnia, najgłębsza, jest z pewnością niewyrażalna za pomocą języka. –Radek Pulkowski


#100-91    #90-81    #80-71    #70-61    #60-51    #50-41    #40-31    #30-21    #20-11    #10-01   

Listy indywidualne

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu