SPECJALNE - Ranking

10 najlepszych płyt 2007

11 stycznia 2008



Nie ma co tego ukrywać: 2007 sprawił nam złośliwego psikusa. Właśnie w roku, w którym mieliśmy największe od powstania portalu problemy z utrzymaniem regularnych aktualizacji, w którym borykaliśmy się z przeszkodami natury organizacyjnej i w którym jak nigdy przedtem brakowało redakcji (przyznajemy uczciwie) chęci do ekscytowania się bieżącą muzyką, niespodziewanie nastąpił wręcz "wysyp" kapitalnych wydawnictw, raz jeszcze wlewając w serca słuchaczy nadzieję, że XXI wiek może coś wnieść do historii popu, a 2005 i 2006 były tylko niechlubnymi wypadkami przy pracy. Efektem paradoksalnej sytuacji było pominięcie w updejtach wielu ważnych rzeczy, żeby tylko z brzegu wymienić takie hasła jak After Dark, Akron/Family, Amerie, Devendra Banhart, William Basinski, Black Kids, Black Lips, James Blackshaw, Body Language Vol. 4, Burial, Rhys Chatham, Common, Deerhoof, Dinosaur Jr., Dungen, Fluorescent Grey (EP), Go! Team, King Khan & The Shrines, Land Of Talk, Lil' Wayne, Kylie Minogue, Pharoahe Monch, No Age, Prince, Prodigy, Rechenzentrum, Stars Of The Lid, Strategy, Ścianka czy Robert Wyatt. W miarę możliwości postaramy się szybko nadrobić te zaległości, ale póki co przedstawiamy dyszkę najlepszych, która po raz pierwszy od 3 lat nie wygląda "zastępczo", lecz pełnoprawnie, dumnie i z perspektywami na godziwe wynagrodzenie w zestawieniu dekady. Dozo.



10Drivealone
The Letitout (EP)
[white label]

Oto chwytliwa teoria: The Letitout jest przeciwnym biegunem dla zeszłorocznego longplaya tego drugiego projektu, w ktory zaangażowany jest Piotr Maciejewski. Terroromans to głośne quasi-wydarzenie kulturalne, płyta z trendy wyglądającą okładką i piosenkami, do których dzieciaki mogą udawać, że tańczą. EP-ka Drivealone, nawet nieistniejąca fizycznie, nie ma aspektu społecznego. To intymne nagranie do słuchania w łóżku podczas przebywania grypy, w nocy na słuchawkach. Ale do diabła – jak my ją kochamy! Jak nas wzrusza! Jak często do niej wracamy chciwie wysysając gęsty szpik (i ciągle jeszcze troche zostało)!

To tylko pięć piosenek, trochę ponad dwadzieścia minut, ale Maciejewski zawiera tyle pomysłów w obrębie jednego utworu, że kiedy całość dobiega końca czuję się emocjonalnie zgnieciony i usatysfakcjonowany. Istnieje prawdopodobieństwo, że longplay Drivealone byłby przez nadmiar inwencji niemożliwy do zniesienia (co nie znaczy, że go nie pragnę prawie każdym porem ciała). Piotr stapia matematyczną rytmikę z Chicago, anielskie melodie i krępująco intymną atmosferę Sunny Day Real Estate i wypełnia każdą szczelinę gęstymi miazmatycznymi gitarami. To małe nagranie to spełniony sen muzycznego geeka – na Indie Riot nie poleci, ale mam wielką nadzieję, że jest gdzieś w tym kraju jakiś jeden dziwny nastoletni koleś, który słuchał tego przez cały semestr w drodze do szkoły. –Łukasz Konatowicz

recenzja płyty »


 

09Stars Of The Lid
And Their Refinement Of The Decline
[Kranky]

Moje pierwsze zetknięcie się z And Their Refinement Of The Decline było sytuacją niemal filmową – bez obrzędów i celebrowania wrzuciłem płytę do odtwarzacza by po kilku minutach zorientować się, że czas się zatrzymał, a ja zamiast robić tysiąc wcześniej zaplanowanych rzeczy po prostu leżałem i słuchałem. Nawet fakt, że w danym momencie nie dysponowałem słuchawkami, i musiałem się zadowolić zerowej jakości głośnikami w laptopie, zupełnie mi nie przeszkadzał. Po tym odsłuchu stwierdziłem jedno – tworzący Stars Of The Lid Adam Wiltzie i Brian Mcbride opanowali do perfekcji manipulowanie czasem słuchacza.

Z pozoru wydaje się, że ich pomysły są dosyć banalne, a kompozycje schematyczne – manipulacje symfonicznym instrumentarium i odpowiednie operowanie momentami ciszy, ot zdawałoby się, że proste. Dodatkowo skojarzeń jest mnóstwo – debiut Sigur Rós, fragmenty Dead Cities, Red Seas & Lost Ghosts czy nawet GYBE!, ale to wszystko oparte na chwilowych impresjach, gdyż całościowo duet tworzy coś zupełnie wyjątkowego, co z jednej strony doskonale wpasowuje się w szufladkę ambient, z drugiej jest niepowtarzalnym i unikalnym elementem tego gatunku. W przeciągu dwóch godzin trwania albumu ani przez chwilę nie czuje się znużenia, a podziwianie jak rozwijają się kolejne kompozycje jest czystą przyjemnością dla ucha. Może i faktycznie pierwszy krążek należałoby uznać za nieco lepszy, ale również nie jestem w stanie wyobrazić sobie braku tego drugiego. Tutaj absolutnie żadna minuta nie jest zbędna, a świadomość jak długi dystans czasowy dzieli ten krążek Stars Of The Lid od poprzedniego, każe mi się jeszcze bardziej delektować tym albumem w oczekiwaniu na następny. –Łukasz Halicki


08William Basinski
El Camino Real
[2062]

Basinski nabrał rozpędu w produkcji kolejnych ekstremalnych dzieł, które na papierze w ogóle się od siebie nie różnią. Może poza tym drobnym faktem, że El Camino Real stanowi najcudowniejsze tło dla sennej refleksji o ostateczności od czasu "d|p6". Bezcelowym jawi się jednak próba ogarnięcia czemu akurat ta pętla jest lepsza od wychodzącej powyżej ledwie intrygujący poziom The Garden Of Brokenness. A dalsze przekazywanie wrażeń z tej pięćdziesięciominutowej medytacji jest równie bezcelowe jak uogólnianie wrażeń z utraty kontaktu z doczesnością. –Filip Kekusz


07Studio
Yearbook 1
[Information]

Kiedy redaktor Dejnarowicz zagaił co jest moją płytą roku i usłyszał, że chyba Studio, nie wydawał się z tym solidaryzować i słusznie napomknął, że pełno zespołów teraz się lansuje na ten świat z osiemdziesiątych lat. No tak, gdyby T-Student znalazł dla mnie troszkę więcej czasu, to pewnie za oryginalność radziłby nominować Yeasayera czy innego Panda Beara i nic bym mu na to nie umiała odpowiedzieć, tym bardziej, że bym się zgodziła. Cóż jednak, ucho nie sługa, funkcja repeat nie kłamie. Studio spełniło moje oczekiwania względem tegorocznego odpowiednika zamęczonych już przeze mnie kawałków o smaku new wave sprzed ćwierć wieku, odpowiednika posypanego co nieco krautrockowym cukrem-pudrem i polanego obficie polewą elektryczną. I zauważmy też po cichu, że to znowu Manuel Göttsching ustawił się na moim pierwszym podium za plecami zwycięzcy niczym Rémi z Montpellier, już drugi rok z rzędu mu się to udało, pamiętacie co było z tym miksem LCD? Za Rémim biegną dawni Duran Duran i również gratulują zwycięzcy, a Chromatics z niższego podium przybijają sobie z naszymi Szwedami piony i żółwiki, czy cokolwiek dziś młodzież przez to rożumie. No i ten niechybny wpływ Izabeli Trojanowskiej w ostatnim kawałku. Ja już nie mam pytań. –Zosia Dąbrowska

recenzja płyty »


06Muchy
Terroromans
[Polskie Radio]

Skoro już jakimś cudem to mi przypadły najdroższe centymetry Porcys w tym mięsiącu, to może napiszę coś więcej o tych koncertach Elveruma w Polsce. Trzeba już teraz o tym trąbić, żebym nie musiał do całego interesu dokładać, hehe. Strasznie się tym zajarałem w ogóle, i Elverum podobno też. Zdziwił się on, że ktoś go tu słucha w ogóle. To jeszcze zależy od klubow, ale prawdopodobna lista miast to (kolejność przypadkowa): Warszawa, Poznań, Katowice, Gdańsk, Wrocław, Kraków. Koniec maja lub początek. To śmieszne, że to, jakim samochodem Elverum będzie się przemieszczał (ze mną za kółkiem!), zależy od moich rodziców. A jeśli mecenas w pracy nie da mi tych kilku dni urlopu? Będę musiał rzucić pierwszą robotę w życiu dla "hello, I'm Phil, how are you?". "Hey man, I'm fine". –Jędrzej Michalak

recenzja płyty »


05Tigercity
Pretend Not To Love (EP)
[iTunes]

Słusznie stwierdził mój kumpel parę dni temu, gdy doszedł do wniosku, że ta płytka musi naprawdę ostro wymiatać skoro, mimo dostępności jedynie w formie empetrójczyn, znalazła się na szczycie albumowego zestawienia za rok 2007 u takiego fetyszysty pachnących okładek jak ja. Cóż, widać taki już nasz smutny los, że prawdopodobnie jeszcze przed końcem naszych dni wydanie CD stanie się reliktem przeszłości porównywalnym z magnetowidem. Pogodzenie się z tym faktem na pewno przyjdzie jednak łatwiej, jeśli nieuchronnej zmianie formatu towarzyszyć będzie więcej tak znakomitych płyt jak Pretend Not To Love.

Muzycy Tigercity na swojej drugiej EP-ce definiują na nowo słowo "postęp". Goście większy nacisk położyli na syntezatorowe brzmienia, a wokalista Bill Gillim nawdychał się więcej helu – jaki jest tego efekt najłatwiej przekonać się porównując numer "Are You Sensation?" z debiutanckiego wydawnictwa z jego nieskończenie lepszą wersją zamieszczoną na opisywanym małym krążku. Udany, choć, przyznajmy, standardowy indie-utworek nagle urósł do rangi idealnie wyprodukowanego tanecznego wymiatacza, który można spokojnie zagrać na imprezie choćby obok "All Through The Night" grupy Escort z gwarancją pełnego parkietu. EP-ka self-titled jawi się więc niedopracowanym szkieletem, jedynie zwiastunem wielkich rzeczy oferowanych nam przez nowojorski kwartet na Pretend Not To Love. Ale wiecie co cieszy najbardziej? To, że bez wątpienia najlepsze dopiero przed nami. Będzie się działo, bez kitu. –Tomasz Waśko

recenzja płyty »


04Sally Shapiro
Disco Romance
[Diskokaine]

Na pewno kojarzycie William H. Macy'ego, choćby z roli niedoszłego, pechowego kombinatora z Fargo. Człowiek o twarzy ofiary losu, jakiś czas później żarliwie nawinął (prawdopodobnie przez łzy) rozpaczliwy tekst w Magnolii, który, jeśli mnie pamięć nie myli, brzmiał mniej więcej tak: "I Got so much love to give / But I don't know where to put it". Ukryty w mieście krzyk. Szczęśliwie dla ludzkości Sally Shapiro część tkwiącej w niej namiętności umieściła na tym właśnie krążku. Nie wiem czy uczyniło ją to szczęśliwszą, ale mnie na pewno. Tak, Disco Romance to płyta o miłości, ale też wszystko co nas jara w hiciorach z lat 80s, poddane współczesnej obróbce, produkcyjnie jak najbardziej na czasie, acz z uśmiechem przez ramię. Morgan Geist na Unclassics momentami osiągał efekt, jakim tu Szwedzka Czarodziejka wypełniła calutki krążek i strasznie się jarałem, tym razem sprawy są poważniejsze. Szukając porównań powiedzmy Mandalay, poniekąd Avalanches, a bardziej swojsko Papa Dance. No i oczywiście Junior Boys, szczególnie z okresu Last Exit. Greenspan uczył nas walczyć, Sally pokazuje jak tańczyć. "Potem do pościeli vibe typu Barry White", nawinął Smark dwa lata temu, teraz pora na Sally. –Jacek Kinowski

recenzja płyty »


03Animal Collective
Strawberry Jam
[Domino]

Co oni zrobili znów, jakieś kataplektyczne afirmacyjne hity na rotację, z nierzadko kontrapunktami, umówmy się że, na 10.0. Nie wiem. Nie wiem. Istnieją dwa leki na całe zło awersji do Animal Collective: skok na aptekę, skok przez okno, rapier miłości, gibony za frajer od ziomków, powrót z zakładu i Marysia od dawna nie czesała łap swojemu sznaucerowi. Strawberry Jam zatacza koła post-farmakologiczne jakie zataczało nagranie solowe jedynego obecnie bębniarza na świecie będącego w stanie stanąc w szrankę z sesyjnymi Chińczykami od Rosenberga, i robi to na słoik z plusem. Pełnym. Narzekania, że za mało popu, a jeśli już, to Feels, nie mają gdzie pójśc już – "Fireworks", "Peacebone", niżej cytowany, pierwsze sekundy otwieracza po których wiecie że sparaliżuje wam losowo wybrany neuromer w ciągu najbliższych 0.06653635 sekundy... Wszystko v3.0. Pattern jest prosty, bo niby to tylko wydzierający się na polach gdzie szałwia rozbłotka kwitnie co przesilenie Avey, falsetujący albo i nie w gości kapelmistrz Bear uderzający w cylindryczny kubeł za jednym wymachem, balansujący w dreamstacie Geolog i Diakon, ale sprawili, że znów używam wielokropka. Wiecie już kto wygrywa łatkę najlepszego kolektywu zwierząt 00s. "But inside I'm OKAAAAAAAY". Cośtam. "Where snowmen never MEEEELT / Instead they always SHIIIIIIINE"... I ó aaoioai ię, aa ya, ai e oe ieoae oauii: _ zn_w n_h_rm_rmon_z_w_l_ s__, b_nd_ ps_ch_, zw_rl_ t_ sw_j_ n__n_rm_ln_ k_ntr_p_nkc_k_, zostawiając nas nieliczebnymi dyslektykami, jak słoneczną trawę na glebie pod terostożek nawiezionej zasiał. –Mateusz Jędras

recenzja płyty »


02Thief
Sunchild
[Sonar Kollektiv]

Jeszcze kilka dni temu usilnie zabiegałem o ten komentarz, a dziś nawet nie wiem co mam w nim zawrzeć. Thief jak to thief zakradł się niespodziewanie do pokoju, aby nas czegoś pozbawić. Mi zabrał kilkadziesiąt godzin życia, ale to była najpiękniejsza kradzież ubiegłego roku. Nie będziemy się asekurować – to najlepszy folk tej dekady. Aczkolwiek nie jest to folk jakiego można by się spodziewać, bowiem Gottschalk wspólnie ze Stefanem Leisering i Axelem Reinemer z Jazzanovy postanowili wprowadzić do tego zatęchłego nurtu trochę rześkiego powietrza. Połączenie art-rocka, folku, baroque-popu z nu-jazzem nigdy jeszcze nie było tak doskonałe, o ile w ogóle ktoś wcześniej wpadł na taki pomysł. Sunchild czasem wydaje się być wręcz swoistym manifestem nowego stylu, na szczęście ciężar spoczywający na jego barkach w żadnej mierze nie paraliżuje poczynań muzyków. Gąszcz akademickich harmonii, prog-rockowych sztuczek i zaawansowanych technik studyjnych, który w rękach mniej utalentowanych muzyków mógł zmienić się w ojca artystycznej klęski, tu okazał się bezsprzecznym atutem; co więcej, piękno ekspresji Thief dociera do każdego odbiorcy, bez względu na zasób jego wiedzy muzycznej. No bo niby jak można nie kochać psychodelicznego, ubranego w szykowny frak ''Self Portrait'' (dla mnie to najpiękniejsza pieśń ubiegłego roku, słuchałbym jej na okrągło) albo wczesnofloydowskiego ''Hold On, Hold On'' z boskim basem i harmoniami występującymi roli paralizatora. Po prostu, Sunchild – najdroższa płyta zeszłego roku. Skrzywionych przez kapitalizm, zapraszam do słownika. Tych kochających piękno do sklepu. No dobra, kapitaliści też mogą iść, jako że wszyscy bez wyjątku powinni spędzić choć jedną noc z Thief. –Wojciech Sawicki

recenzja płyty »


01Panda Bear
Person Pitch
[Paw Tracks]

Podczas gdy z większością rzekomo czołowych graczy sceny niezależnej z reguły nie jesteśmy w stanie wdać się w nic więcej niż przelotną miłostkę, kończoną zwykle wraz z sofomorem, a w najlepszym wypadku trzecim ich wydawnictwem, nasze uczucie do załogi Animal Collective pod różnymi postaciami i konfiguracjami trwa już kilka lat, nie wygasa i ma realne szanse rozciągnąć się na całą szerokość bieżącej dekady. Dlatego, jak zapewne uważniejsi czytelnicy pamiętają, z kolejnymi fragmentami solowego Pandy mierzyliśmy się na bieżąco, dzieląc się naszym entuzjazmem i optymistycznymi prognozami co do zapowiadanego krążka. Wszystko sprawdziło się co do joty. Takiego konsensu ponad podziałami w temacie płyty roku ostatni raz byliśmy świadkami bodajże siedem lat temu.

O ile publicznie znane były inklinacje Lennoxa do Briana Wilsona, Person Pitch trzeba mimo wszystko potraktować w tym względzie jako autentyczny coming out. Wyraźność, oczywistość tego odniesienia musi zaskakiwać. Nie byłoby jednak z samej adaptacji Beach Boysów materiału ponadczasowego, gdyby te niebywale ładne, szlachetne melodie o charakterystycznie wilsonowskiej ekspresji i produkcji jakby wokal dobiegał zza oceanicznych oparów nie zostały umieszczone w specyficznym kontekście. W kontekście obrzędu, mistycyzmu i onirycznego transu. Zatem w środowisku Beach Boysom zdawałoby się niełaskawym i obcym, w którym za to od początku dzielił i rządził właśnie urodzony freak Noah Lennox (kojarzycie ten szał w oczach na koncertach i podczas nagrywania Spirit, uwieczniony zdjęciem z wkładki płyty?). Arcyciekawa i wyjątkowa jest tu właśnie owa fuzja słoneczno-psychodelicznie zabarwionych tune'ów z plemiennym rytuałem.

I jeszcze osobnym zagadnieniem są wszystkie historie towarzyszące. Na przykład mechaniczne odgłosy przeplatające "Comfy In Nautica", czy stukot subwaya kończący "Take Pills". Ale także frapujące wykorzystanie sampli – ładnie wychwyconego skrawka gitary z utworu Scotta Walkera i bitu banalnego rokendrolowego kawałka Tornados przekształconego w niezwykłą pieśń we wspomnianym "Take Pills", następnie w "Bro's" uplasowanego w tle niepozornego dzwoniącego tematu z innej piosenki tychże samych Tornados oraz opatrzonego fajerwerkami riffu kompozycji Cata Stevensa, w końcu fragmentu eksperymentalnego Kraftwerka w "Good Girl/Carrots", gdzie house'owa pierwsza część skonfrontowana jest z psych-surferską drugą, zawierającą z kolei jeszcze w swoim obrębie różne dobrze dopasowane sprzeczności i interludia. A ponieważ wypada chyba nasz uroczysty płytowy ranking podsumować (przynajmniej w połowie tak świetnie jak pełna nadziei, anielska miniaturka "Ponytail" wieńczy Person Pitch) może więc jakimś pseudo-bon motem, powiem w ten sposób: rzadko kiedy oksymoron jawi się czymś tak naturalnym. –Michał Zagroba

recenzja płyty »


Udział w głosowaniu wzięli (i ich płyty roku):
Piotr Cichocki (Tough Alliance A New Chance), Zosia Dąbrowska (Studio Yearbook1), Borys Dejnarowicz (Panda Bear Person Pitch), Marek Fall (Modest Mouse We Were Dead Before The Ship Even Sank), Paweł Greczyn (Modest Mouse We Were Dead Before The Ship Even Sank), Monika Gruszka (Muchy Terroromans), Tomasz Gwara (Ricardo Villalobos Fabric 36), Łukasz Halicki (Stars Of The Lid And Their Refinement Of The Decline), Mateusz Jędras (Panda Bear Person Pitch), Filip Kekusz (Yeasayer All Hour Cymbals), Jacek Kinowski (Sally Shapiro Disco Romance), Paweł Nowotarski (Panda Bear Person Pitch), Łukasz Konatowicz (Muchy Terroromans), Piotr Kowalczyk (Panda Bear Person Pitch), Jędrzej Michalak (Muchy Terroromans), Patryk Mrozek (Muchy Terroromans), Piotr Piechota (Thief Sunchild), Wojciech Sawicki (Panda Bear Person Pitch), Michał Szturomski (Thief Sunchild), Tomasz Waśko (Tigercity Pretend Not To Love (EP)), Mateusz Wójcicki (Bird And The Bee Bird And The Bee), Michał Zagroba (Panda Bear Person Pitch), Krzysztof Zakrocki (Rechenzentrum Silence).

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Ekstrakt #1 (styczeń-marzec 2022)
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu