SPECJALNE - Rubryka

Wydaje mi się: Dark World

11 marca 2017

"Wydaje mi się", że określenie Dark World mianem wytwórni byłoby zbytnim uproszczeniem. To jakaś dziwna "szemrana organizacja", działająca teoretycznie jak pełnoprawny label, ale w praktyce przypominająca raczej artystyczną komunę, jakieś Clube Da Esquina, Lab Synthèse zwariowanej rzeczywistości roku 2017.

Gdzieś pod koniec 2010 roku, kiedy za jedno z najgorętszych zjawisk w muzyce mogło uchodzić Odd Future, 17-letni wówczas Lucas Kendall (DJ Lucas) postanowił wraz z kolegami stworzyć coś na kształt artystycznego kolektywu, który w założeniu miał krzewić ideały DIY i punka, ale przede wszystkim być po prostu grupą ziomków tworzących muzykę z czystej zajawki ("fuck shit up, play crazy shows"), wspomagających się w jej wydawaniu oraz dystrybucji. "We were just punks" – wspomina jeden z członków-założycieli DW – Sen Morimoto. Nie byłoby w tym nic ciekawego czy oryginalnego, gdyby nie to, że chłopaki od początku unikali gatunkowych uprzedzeń. Mimo że w początkach działalności Dark World na pierwszy plan wysuwały się takie zespoły, jak Sweat Enzo, Taxidermists, Whirl (późniejsze Worms) czy Pale Horses, to wydaje się, że deklarowany punk był głównie symbolem artystycznej samowystarczalności i twórczego freestyle'u. Zresztą Kendall, pytany o korzenie labelu, wspomina: "we were into the fact that Odd Future was collective of kids that didn't give a fuck". Całe przedsięwzięcie od samego początku nie miało więc nic wspólnego z wąskimi horyzontami tępego rockizmu, bo również hip-hop (zwłaszcza kiełkująca rewolucja trapu) był istotnym punktem odniesienia. Po czasie okazało się, że to wcale nie indie rock czy punk, ale właśnie rap stał się wizytówką oraz znakiem rozpoznawczym Dark World.

Nie tak łatwo znaleźć podobnych sobie świrów, dlatego chociaż oficjalna historia Dark World sięga 2010 roku, to już znacznie wcześniej Lucas Kendall zbudował wokół siebie siatkę kontaktów, nawiązując znajomości z freakami takimi jak on, owładniętymi obsesją tworzenia muzyki. Kluczowe dla nawiązywania wartościowych znajomości było to, że już jako nastolatek Kendall pogrywał w rozmaitych indie i punk rockowych zespołach, a w 2005, wraz ze swoim bratem Daną (Weird Danem), współtworzył post-strokesowy band Who Shoot Hollywood, który osiągnął nawet minimalny rozgłos dzięki koncertom z takimi zespolikami jak np. Tokyo Police Club. Niestety późniejsze próby nie pomogły przebić się w indie-światku. To jednak nie zahamowało Kendalla. W międzyczasie, podczas krótkiego pobytu w szkole artystycznej PVPA w Hadley, poznaje przyszłych członków-założycieli Dark World – Sena Morimoto, a później również Erica The Ratta. To właśnie wtedy, około roku 2009, stopniowo zaczyna krystalizować się nieśmiała wizja założenia wytwórni-kolektywu skupiającego wszystkie kreatywne jednostki "z okolicy".

Miejsce tych wszystkich wydarzeń jest nie mniej istotne. Z początku Dark World obejmowało swoim zasięgiem sielską prowincję zachodniego Massachusets – głównie miasta i miasteczka, które niczym specjalnie się nie wyróżniają, poza tym, że są studenckimi ośrodkami, w których napływ "młodej, świeżej krwi" jest impulsem do powstawania nowych zespołów. "Siedzib" Dark World jest kilka: Hadley, gdzie znajduje się wynajmowana przez Kendalla POSIADŁOŚĆ zbudowana w stylu kolonialnym, w której wciąż mieszka wielu członków kolektywu. Można powiedzieć, że działa ona jako swego rodzaju symbol Dark World, tak jak kiedyś Lab Synthèse było macierzą i start-upem Arbutus Records. Oprócz Hadley jest jeszcze Amherst: miasto Emily Dickinson, Dinosaur Jr., według bandcampowych tagów wciąż jawiące się jako całkiem prężny ośrodek niezalowego grania. Ten duch "suburbian America", tak silnie wyeksploatowany w różnych inkarnacjach indie rocka, kinie czy literaturze, silnie wyróżnia Dark World na tle innych kolektywów. To label, który wciąż konsekwentnie odcina się od wielkich miast, artystycznych ośrodków Nowego Jorku czy Los Angeles. Kendall przez chwilę pomieszkiwał nawet na Brooklynie, ale – co symptomatyczne – wrócił do Massachustets, by właśnie stamtąd wraz z towarzyszami, jak niegdyś Built To Spill, "wyruszyć na podbój wszechświata". Scenografia teledysków, muzyczne DIY, cała ta prowincjonalna otoczka Dark World przywołuje lekko surrealistyczny klimat z filmów Harmony Korine'a. Nuda życia na prowincji zostaje przekuta w tworzenie, a outsiderstwo jest celebrowane jako najwyższa wartość.

"Zanim używali drum rolli tam w pizdu na południu", na rok przed przełomem roku 2012, w tym dziwnym przejściowym okresie, kiedy Chief Keef ze swoim drillem i trapem podbijał lokalne radiostacje Chicago, a estetyka southernowych rapsów mając za patrona Lil Wayne'a zaczęła coraz odważniej stawać się dominującym nurtem hip-hopu oraz mainstreamu, chłopaki z Dark World wyczuli tę świeżą krew i w naturalny, perfekcyjny artystycznie oraz marketingowo sposób stopniowo zaczęli odpływać w stronę jeszcze śmielszych rapowych prób. W następnych latach projekty takie jak DJ Lucas, Gods Wisdom czy Weird Dane powoli nabierały kształtów, stając się wizytówką labelu. Przesunięcie granic w rap-grze dopuściło do głosu coraz większych freaków. Niejako "przy okazji" okazało się, że hip-hop może być znacznie bardziej aktualną i żywotną formą wyrazu – punkiem naszych czasów.

Z czasem darkworldowy rap stawał się coraz bardziej skażony nieokreślonym blendem różnych gatunków. Stopniowe przesunięcie akcentów z rocka na hip-hop, a później również dziwaczny pop i r'n'b, to ewolucja intrygująca na co najmniej trzech płaszczyznach. Po pierwsze – na przykładzie Dark World mamy wręcz modelową możliwość obserwowania w "warunkach laboratoryjnych" (cała dokumentacja, patrz: Youtube), jak luźna zbieranina punkowych indie-freaków stopniowo przekształca się w pełnowymiarowy label o eklektycznej, ale wciąż spójnej ofercie. Po drugie – niesamowita umiejętność wyczuwania mikro-trendów (drill, trap, bop) przed innymi i tłumaczenie ich na własny niepodrabialny język, dzięki czemu historia Dark World toczy się równoległe, ale i alternatywnie w stosunku do przełomów, jakie nastąpiły w mainstreamie pomiędzy 2010 a 2017. Po trzecie – FILMIKI, czyli obok muzyki najbardziej jaskrawy element tego labelu. Moim zdaniem to w dużej mierze właśnie dzięki nim o chłopakach zrobiło się głośno. Znudzony youtube'owym klikoholizmem INTERNAUTA może przypadkowo odpalić jakiś teledysk i dzięki temu zostanie na dłużej. Hipnoza, stan pomiędzy WTF a WOW podczas śledzenia tych post-teledysków, jest nieodłącznym elementem każdego dziewiczego doświadczenia z Dark World. Te początkowo uroczo amatorskie, a później coraz śmielsze technicznie klipy, stały się z czasem zupełnie odjechaną formą video-artu. Chociaż analogii nasuwa się mnóstwo, bo podobne video-próby podejmowali już wcześniej R. Stevie Moore, czy Ariel Pink, to chyba najbliższe *estetyce* tych wszystkich post-teledysków, są wpół-psychodeliczne dzieła naszego swojskiego LSO. "CMAZ na wizji"! Całe Dark World przypomina zresztą trochę hip-hopowe outsiderstwo Goga i spółki.

Rapowe i nie tylko rapowe oblicze Dark World nie jest łatwe do precyzyjnego skategoryzowania. Mieści w sobie bowiem całą panoramę amerykańskich rapsów z trapem na czele, która w specyficzny sposób została przefiltrowana przez imaginarium POKOLENIA SIECI. Można doszukiwać się analogii z białasowskim rapem Larry League, Yung Leana, Yung Pincha czy ostatnio Lil Peppa, ale nawet oni na tle eklektycznego Dark World wydają się być zwyczajnymi konserwatystami i okresowymi zajawkami. W szerszej perspektywie niejednoznaczna muzyka tego labelu jest bowiem przesiąknięta lekką hypnagogią, internetowymi wirusami mniej lub bardziej świeżych mikro-genre takich jak chillwave, vaporawe, bop czy witch house. Wszystko spaja jeden mianownik – wszechobecne outsiderstwo, które w radykalny sposób kpi sobie z jakichkolwiek etykietek. Raperzy-traperzy Dark World doprowadzają newschool do skrajności i awangardy, zachowując przy tym specyficznie pojmowaną chwytliwość. Wydaje mi się zresztą, że to także klucz do "zrozumienia" darkworldowej estetyki, która przy pierwszym zetknięciu może okazać się nieco szorstka, ale w ten sam odpychająco-angażujący sposób co DS2 czy Autechre. W ciekawym (pozostawiającym jednak nieco niedosytu) dokumencie Fadera Sly C powiedział, że potrzeba czasu, by w pełni docenić muzykę Dark World ("If you invest time into it, this music will grow on you"). Pełna zgoda. Trochę trwało, zanim skumałem, o co chodzi takiemu Gods Wisdomowi. Bliżej jeszcze przyjrzy mu się red. Miszczak, od siebie wspomnę jedynie, że chyba najbardziej adekwatny opis, jaki przychodzi mi do głowy w przypadku tego artysty, to: "hypnagogiczny, tnący chłodem noise-rap o post-punkowej PODWRAŻLIWOŚCI, opętany religijną, szatańską obsesją". Ale możecie równie dobrze pominąć ten niedoskonały opis i odpalić sobie "2 Lives" – opus magnum ("rozmiaru Magnum Miami") typa.

Kluczowym członkom Dark World przyjrzymy się bliżej w indywidualnych opisach. Wypadałoby jednak wspomnieć że w przebogatym porfotlio labelu znajdują się też takie zespoły jak choćby Sweat Enzo – band, który być może nie ma ambicji wizjonerskich, istnieje raczej po to, by krzewić indie rockowe "ideały sierpnia". Jego gra nostalgią obejmuje takich weteranów jak Sebadoh czy Pavement, ale jednocześnie, dzięki umiejętnemu songwritingowi, ma w sobie niezaprzeczalny element świeżości. Jednym z ciekawszych "nurtów" Dark World są także rozmaite eksperymenty z popem. Mam na myśli zwłaszcza Lucy'ego, który tworzy coś w rodzaju kontekstualnego popu, "w biegu" przesuwając akcenty z tradycyjnie odśpiewywanych melodii, w stronę naiwnych ćwierć-motywów i nucanek, PODŚPIEWEK podpartych abstrakcyjnymi bitami. Podobnie wygląda rapowo-popowa twórczość Weird Dane'a. Nie sposób nie zająknąć się też o Morimoto, który niczym Thundercat w spektakularny sposób miesza r'n'b, hip-hop i jazz, a przy tym wszystkim brzmi niesamowicie nowatorsko.

Póki co Dark World może być dla niektórych egzotyczną ciekawostką, kramem z aż nazbyt świecącą i kolorową ofertą, zawracaniem dupy, jednak wpływ tego labelu może okazać się większy, niż myślimy. Wyobraźnia podpowiada scenariusze, w których jeden z członków kolektywu wyskoczy nagle w creditsach obok Rihanny (Riri zresztą co nieco zareklamowała już chłopaków, hehe). W ostatnich latach przykładów niszowych freaków, którzy później pojawiali się na przysłowiowych okładkach Vogue'a, mamy bez liku (Ariel Pink, anyone?). Dobrym wzorem może być Grimes i inni muzycy Lab Synthèse (choćby Savage), którzy działają dziś z sukcesami na pograniczu niezalu oraz mainstreamu, nie wspominając o spektakularnym rozwoju karier członków Odd Future. Wreszcie – pamiętajmy o wiecznie wzgardzonych underdogach z Migos, którzy na fali southernowego rapu w ciągu kilku lat podbili listy Bilboardu. Pytanie, czy wizjonerska bezkompromisowość Dark World będzie błogosławieństwem, czy może jednak przekleństwem? Zapewne jakiekolwiek potencjalne deale będą wymagały większych lub mniejszych ustępstw.

Do tej pory przetrwanie oraz rozwój Dark World zależało w dużej mierze od talentu organizacyjnego Lucasa Kendalla, który wykazywał się niebywałym marketingowym sprytem, dzięki czemu z czasem rozszerzył zasięg labelu, rekrutując do niego artystów nie tylko z Massachusets, ale także z innych stron USA (np. Sly'a C, który pochodzi aż z Tenessee). Pod koniec zeszłego roku udało mu się nawet zorganizować wspólny tour z nowojorskim kolektywem Ratking. Choć wciąż, jako DJ Lucas, jest jednym z kluczowych reprezentantów Dark World, to wielokrotnie dawał do zrozumienia, że tworzenie muzyki jest dla niego zaledwie epizodem i w przyszłości chciałby się skupić raczej na pracy menedżerskiej, póki co głównie wspomagając Reeda – według Lucasa jednego ze zdolniejszych raperów Dark World.

Obecnie Dark World jest w punkcie przełomowym. Wokół labelu rośnie hype i zainteresowanie. Chociaż wciąż definiuje się jako "syndykat", to z czasem nieunikniony będzie rozwój solowych projektów, a co za tym idzie – stopniowe rozluźnienie więzów. Prawdopodobnie nastąpi jeszcze silniejsze przesunięcie w kierunku pełnej profesjonalizacji i działania jak tradycyjnie uporządkowany label, gdzie każdy artysta zajmuje swoje, odizolowane od innych miejsce. Z drugiej strony bardzo możliwy będzie odpływ poszczególnych członków kolektywu w stronę większych wytwórni, co zresztą już powoli następuje. Dobrym przykładem może być Morimoto, który ostatnio udanie radzi sobie poza marką Dark World (prawdopodobnie niebawem usłyszymy go na najnowszym albumie Sorji Morji). Cóż, nam, SŁUCHACZOM, pozostaje śledzenie, co też przyniosą kolejne lata i trwanie w ekscytującej niepewności. Czy jesteśmy świadkami sezonowej zajawki, czy może kiełkowania przyszłych gwiazd niezalu lub mainstreamu? "Czas pokaże".

Tytułem wprowadzenia w fenomen Dark World przygotowaliśmy dla Was playlistę, obejmującą 60 kluczowych kawałków grupy. Znajdują się na niej tak featuringi, jak i solowe utwory najważniejszych twórców. Najważniejszych, przynajmniej do tej pory. Lista obejmuje bowiem, między innymi, spory wybór indywidualnego dorobku Lucy'ego, Sena Morimoto czy Gods Wisdoma, którzy z końcem stycznia wypowiedzieli swoją przynależność do labelu za pośrednictwem różnych kanałów społecznościowych. Nie trafiła się natomiast żadna z kompozycji hołubionego przez Lucasa Reeda czy wyjątkowo produktywnego w ostatnich miesiącach i wyrastającego na jedną z ważniejszych osób w ekipie Sly'a C. Mało tego – w trakcie pracy nad powyższym tekstem z kanału Dark World na YT zniknęło choćby nieodżałowane "Creme De La Creme" (nasz numer jeden) czy mające sens jedynie jako wideo "Red Baloons" – wczesny, stricte rockowy numer Whirl, w kontekście obecnych muzycznych poczynań Kendalla i spółki nieciekawy, lecz dopełniony wzruszającym klipem, nakręconym jednym ujęciem i w całości przedstawiającym animowaną przez Dane'a, sfatygowaną pacynkę, ucharakteryzowaną na obraz i podobieństwo wyimaginowanego wykonawcy indie w jakiejś amerykańskiej dziurze, gdzie diabeł mówi dobranoc. To był materiał na festiwale filmowe. Część piosenek, czy to usuniętych, czy obecnych dotąd tylko na rozproszonych profilach na Bandcampie i Soundcloudzie, uploadowaliśmy – ciekawe, czy i jak długo przetrwają. Istotnie, opisujemy Dark World w kluczowym momencie i jest w tym element nostalgii. Wydaje się, że lata minęły od chwili, gdy pierwszy raz zetknęliśmy się z wideo do "Creme De La Creme" czy "Ballerina Look Like Jumpman"; dziś jednak przedstawiamy je jako coś nowego, świeże zjawisko, które warto obserwować "na przyszłość". OK, średnia liczba odtworzeń tych kawałków nie przekracza 5-6 tysięcy, jak gdyby rosnący medialny hype nie przekładał się na faktyczną słuchalność. Trochę nie rozumiem. Niemniej w przypadku bandy z Massachusets mocniej niż kiedykolwiek wydaje się, że wprowadzenie w temat jest jednocześnie jego podsumowaniem, a przynajmniej podsumowaniem pewnego etapu. Sprawdźcie zatem, czym Dark World BYŁO DOTĄD.


SYLWETKI CZOŁOWYCH REPREZENTANTÓW

 

DJ LUCAS

DJ LUCAS

Kto:
Lucas Kendall (starszy brat Dane'a).

Genre:
"To nie takie proste", ale przyjmijmy, że trapowy hip-hop, a według fejsbukowego profilu: "psychedelic trance, techno, electronica".

Brzmi jak:
Połowa amerykańskiego trapu zmielona przez outsiderską wrażliwość i producencki freestyle na biały proch ("I'm on drugs, I ain't drunk man"), ale flow sugeruje częstsze używanie kraszera niż karty kredytowej.

Dlaczego właśnie on:
Wiadomo "dlaczego". główny architekt Dark World, impresario, manager, postać spajająca całe "środowisko", ale przede wszystkim naczelny reprezentant darkworldowych hip-hopów, zarówno jako raper jak i producent, który swoimi chorymi, psychodelicznymi bitami obdarza połowę wykonawców tego kolektywu.

Przyszłość:
Albo pozostanie "guru nieformalnej wspólnoty", albo wybicie się na rapowej produkcji ("nadzieja białych" bitmejkingu, hehe), ale najprawdopodobniej porzucenie muzyki na rzecz menedżerki.

Esencja:

posłuchaj

–Jakub Bugdol


GODS WISDOM

GODS WISDOM

Kto:
Reuven Ender-Arnold.

Genre:
outre-rap, sport goth, post-noise.

Brzmi jak:
Metal Box.

Dlaczego właśnie on:
Każdy featuring Godsa to wydarzenie. Jeśli zdążyliście sprawdzić choć fragment naszej playlisty "the best of" Dark World, z pewnością zapamiętaliście tego szaławiłę: burza fryzur, rap świeżości cifu w żyle. To właśnie Ruvi. Maskotka Hadley Old House, dostawca pizzy. Na tle kilkunastu postaci tworzących label, z których każda – to nie frazes – wyróżnia się żywym i dającym się opisać pomysłem na siebie z charakterystyczną metodą ekspresji, Gods Wisdom zasługuje na miano króla-błazna numer jeden. Ordynarne, wytarzane w chopped-and-screwed screamo-flow sąsiaduje w jego utworach z upodobaniem do ciągliwych psychodelii, narracja liryczno-wizualna rozpięta jest zaś na aluzjach do narkotycznych tripów, sadomasochistycznego seksu i szatana. Czy nie tego nam brakowało? Wciąż, z tak opisaną sferą zainteresowań i wdziękiem osobistym kojarzącym się raczej z krakowską sceną didżejską lat 2008-2009, wydawałby się Reuven w areałach Massachusets aż nazbyt idiomatyczny. Jego zaangażowanie dowodzi zatem najdobitniej kreatywnego (w pozytywnym i odpornym na sarkazm sensie) eklektyzmu ekipy, wydobywającego w procesie zderzania gustów i stylistyk maksymalny potencjał tych klaunów i owocującego kompozycjami wykraczającymi poza granice gatunków w sposób tak ewidentny i świeży, że mamy dzięki nim sposobność przypomnieć sobie w ogóle, w warunkach niemal laboratoryjnych, czym *realnie* może być transgresja gatunkowa, jaka siła w niej drzemie i jakiej inflacji podlega. Najwyraźniej słychać to w doskonałym growerze nagranym z Lucym, zawiązanym elementami kalekiego reggae (!) "On Thin Ice" czy pompierskim, halucynacyjnym duecie "2 Lives", wykonanym z Mal Devisą. Chore rzeczy po prostu.

Przyszłość:
Gods jest jedną z postaci, które przed miesiącem poinformowały o decyzji o opuszczeniu Dark World. Biorąc jednak pod uwagę jego doświadczenie w nagrywaniu solo, z dużą dozą pewności prognozować można, że nie zniknie, by np. farbować katany. (Z dużą dozą pewności można też prognozować odwrotnie.) Niemniej, może to być wróżba nie najlepsza – wartość polifonii i pracy w grupie wydają się – w przypadku osobowości tak pewnej, wsobnej i, w porównaniu z innymi członkami DW, działającej w obrębie dość wąsko zakreślonych gatunków – nie do przecenienia. W ramach w pełni solowej kariery, mieszankę studencką zamienić trzeba będzie na towar bardziej wytrawny, a w tępy noise wpleść nieco harmonii. To dużo pracy, więc – w ramach relaksu pomiędzy sesjami w studiu nagraniowym – rozerwać się warto podczas sesji fotograficznych, co zresztą dzieje się już dziś i nikogo nie dziwi.

Esencja:

posłuchaj

–Karolina Miszczak


LUCY

LUCY

Kto:
Cooper B. Handy.

Genre:
indie, lo-fi pop.

Brzmi jak:
John K, Renny Wilson, Chaz Bundick.

Dlaczego właśnie on:
Lucy to songwriter totalny. Szczodrze racząc garstkę internetowych kiboli wypuszczanymi regularnie seriami bedroom-popowych miniaturek o znamionach archetypów i wyprzedzając na tym polu dowolną konkurencję o lata świetlne, zwiększa szanse na teoretyczną odpowiedź w postaci archetypicznych, bedroomowych, wyprzedzających nas tu na Porcys o lata świetlne opisów recenzenckich: jest to bowiem wymarzony do zreckowania "wszechstronnie utalentowany muzyk, który, mimo młodego wieku, dał się poznać jako skory do eksperymentów, niestroniący od elektroniki i z upodobaniem komplikujący piosenkowy schemat kompozytor, obdarzony przy tym wrodzonym wyczuciem lekkich i wpadających w ucho melodii”. No, nie jest to odpowiedź na pytanie <br />dlaczego właśnie on?", lecz typ jest tak dobry, że trochę nie wiadomo, jak odpowiedź zacząć. Pupili, w odniesieniu do których z łatwością szafowało się kontekstami 80s, późnego chillwave'u i amatorskich warunków produkcji – czyli tymi, które naturalnie pasowałyby do wprowadzenia postaci Lucyboy'a – mieliśmy co najmniej kilku, i co. Nie ta mowa. "Tight Hold" wykonywać mógłby młody i wesoły Robert Smith, "BreakEven" broni przez moment tytułu najdoskonalszej – jak do tej pory – kompozycji Coopera, tylko po to, by oddać palmę pierwszeństwa kolejnemu na playliście poniżej, zrodzonemu ze współpracy z Morimoto "Track Mind", i tak dalej. Ręce opadają. Nie wiem, może – zważywszy fakt, że fanbaza Dark World w PL to wciąż głównie mężczyźni – należałoby dodać, że na tle tak kolegów z Massachusets, jak Porcys Darlings ostatnich lat, Cooper świetnie wypada jako fenomen stricte audiowizualny, co oznacza, że prócz tego, że pięknie gra i śpiewa, dodatkowo wspaniale wygląda? Jest to, w pewnym sensie, interdyscyplinarna odpowiedź, tak?

Przyszłość:
Podobnie jak Gods Wisdom i Morimoto, Lucy od niedawna odcina się od związków z labelem. Koncertuje jednak, także w ramach hołdującego estetyce 90s-owego indie duetu The Taxidermists. Spodziewałabym się ponadto kolejnych albumów solowych z rosnącą rolą elementów tanecznych, elektronicznych i 80sowych, bo tak to na ogół jest.

Esencja:

posłuchaj

–Karolina Miszczak


MORIMOTO

MORIMOTO

Kto:
Sen Morimoto.

Genre:
rap, jazz-rap, jazz-pop, sophisti-pop.

Brzmi jak:
Chaz Bundick, Thundercat, Chance the Rapper.

Dlaczego właśnie on:
Frapująco wygląda jego metamorfoza z Jap, czyli post-hardcorowego, próbującego rapować szczyla, w autora wypieszczonych, jazz-popowych kompozycji, już dziś stanowiących nie tyle dobrze rokujące zajawki, co dojrzałe, skończone utwory. Okazuje się, że proporcja wokalnej charyzmy do umiejętności multiinstrumentalisty i producenckiego skilla wypada u niego na korzyść dwu ostatnich, w portfolio Sena znajdziemy zatem sporo featuringów, które jeszcze długo mogłyby zapewniać potężne zastrzyki energii. Z drugiej strony, prognoza dla rozwoju indywidualnego tego pajaca, wsparta solidnym wykształceniem muzycznym, pozostawia wątpliwość mniejszą niż w przypadku np. Lucy'ego czy Godsa – stereotypowo, jazzowe inklinacje każą spodziewać się pozytywnie rozumianej (tu stereotyp przekracza granicę wróżbiarstwa, ale ok) płynności przyszłych poczynań i większej skłonności do włączania nowych estetyk, niż zamykania się w starych, a produkcyjno-songwriterski perfekcjonizm, który – podobnie jak u Weird Dane'a – doszedł do głosu na bardzo wczesnym etapie, wstrzymuje potencjalne obawy co do możliwości zakotwiczenia tego koleżki w głębinach lo-fi lub odbiciu w rejony niesłuchalnego eksperymentu.

Przyszłość:
Jeśli po sukcesie debiutu Sorja Morja nie chapnie go Rihanna, myślę, że spokojnie jakiś solo akcik w ramach najbliższego Off Festivalu powinien być do zrobienia.

Esencja:

posłuchaj

–Karolina Miszczak


SWEAT ENZO

SWEAT ENZO

Kto:
Elliot Hartmann-Russell & friends (Isaac Pearl, Sen Morimoto, Lucas Kendall i kto tam się nawinie po drodze).

Genre:
Głównie kombatancki, najntisowy indie rock i power pop, choć ostatnio słychać też wycieczki w stronę baroque popu (Bermuda Triangle – zgrabna kolaboracja z Boy Gemini).

Brzmi jak:
Skondensowana śmietanka najntisowego indie.

Dlaczego właśnie oni:
Słuchanie Sweat Enzo wywołuje przyjemnie uczucie tęsknoty za indie rockowymi "ideałami sierpnia" po linii [i tu standardowa wyliczanka] Sebadoh, Buil To Spill czy Pavement, z kolei ostatnie barok-popowe próby (na Bermuda Triangle i nie tylko) pokazują, że Elliot potrafi w harmonię.

Przyszłość:
Biorąc pod uwagę jazzujące skłonności Elliota i popowo-bopowy projekt Jumpy – znudzenie reanimacją korzennego indie rocka i rozpad zespołu albo bardzo możliwy dryf w stronę jakiegoś sophisti-popu, barok-popu, czyli ewolucja cholernie intrygująca z perspektywy Porcys, CZYLI popularność na poziomie High Llamas albo Kinga Deazela.

Esencja:

posłuchaj

–Jakub Bugdol


WEIRD DANE

WEIRD DANE

Kto:
Dane Kendall (młodszy brat Lucasa).

Genre:
Uff... trap, pop-rap, psych-trap, post-pop, bop.

Brzmi jak:
Trap z kosmosu, a kiedy odpala autotune'a to mam wrażenie, że słucham zlepionego ektoplazmą Sicko Mobb na podejrzanych pigułkach.

Dlaczego właśnie on:
Najbardziej popowy z raperów Dark World, ze zmysłem zgrabnego poruszania się pośród zaraźliwych melodyjek z abstrakcyjnym, trapowym anturażem i skłonnością do odpływania w rejony czysto popowe (duet z Babby).

Przyszłość:
Przyszłość rapu, pop-rapu i popu w ogóle.

Esencja:

posłuchaj

–Jakub Bugdol

Karolina Miszczak     Jakub Bugdol    
BIEŻĄCE
Gang Śródmieście"Discopolka"
KortezMój Dom