SPECJALNE - Rubryka

Rekomendacje singlowe 2017

11 stycznia 2018

Cults: Right Words

Cults
Right Words
[Sinderlyn]

Jakoś nigdy nie zwracałem większej uwagi na "taką kapelkę Cults". Kojarzyli mi się z jakimś indie graniem, na które nie mam dziś ani czasu, ani ochoty. Tymczasem ich wydany w zeszłym roku album Offering okazał się przyjemną dawką milutkiego indie-popu skąpanego w słodziutkim dream-popie. Same miłe skojarzenia z latami 90. (przez wzgląd na wokal przede wszystkim Lush), Cocteau Twins i takie tam. Może cały album nie zrobił na mnie jakiegoś kolosalnego wrażenia, ale przy jednym indeksie zatrzymałem się nieco dłużej. Mowa tu o kryjącym się "pod piątką" numerze "Right Words" – pięknej pieśni o tym, że w niewłaściwym czasie czasem nie można powiedzieć nic dobrego. Muzycznie zaś duet Cults oferuje starannie uszyty, zanurzony w uroczych, zgrabniutkich melodiach indie-dream-pop, przypominający mi dość mocno o lekko zapomnianym Ballet School. A co urzeka mnie najbardziej w tym songu? Jakiś niewiarygodnie potężny ładunek emocjonalny, niebiańska siła ulatująca ze ślicznego wokalu Madeline Follin, często zderzająca się z wysoko zestrojonymi klawiszami z drugiego planu. Próbowałem sobie wmawiać, że to nie jest jakaś wybitna piosenka, czy coś w tym stylu, ale kapituluję, gdy słyszę, jak w "Right Words" ewoluuje refren: zwróćcie uwagę, gdy na wysokości 1:59 dochodzi do prawdziwej "refrenowej ewolucji" trwającej przez 1/3 piosenki. Dlatego po wysłuchaniu końcówki lepiej się już w ogóle nie odzywać, tylko zapodać singiel jeszcze raz. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Domen Omen: Piramidy

Domen Omen
Piramidy
[self-released]

Proszę państwa, przed nami kolejna pioseneczka o miłości. Ale chwila, chwila… "Zmumifikuj mnie swoim uściskiem", "Czytaj z mych ust hieroglify"? Chłopaki z duetu Domen Omen ewidentnie puszczają wodze fantazji, starając się uwieźć słuchacza w iście orientalny sposób. I śmiało muszę przyznać, że wyjątkowo im się to udaje. Prościutka, niemalże infantylna, syntezatorowa melodia umiejętnie zakorzenia się w głowie, nie dając za wygraną. Żartobliwa formuła połączona z estetyką lo-fi (można by się uprzeć, że oscyluje to w okolicach vaporwave'u) tworzy mój największy guilty pleasure zeszłęgo roku, którego dawno się już nie wstydzę i polecam znajomym łaknącym niezwykłych hooków i niezręcznych pląsów. Jest to dość osobliwy utwór, wymagający dystansu. Lekkie fałsze wokalisty i tekściarza Maćka Karwowskiego nie stanowią wtedy problemu, a dodają całości autentyczności i serca. Gdyby "Piramidy" nieco przearanżować, byłby to murowany hicior. Ale w sumie po co, skoro to właśnie w tej postaci tkwi jego specyficzny urok. Dajesz, puszczaj swojej panience, i pokaż jej, że Twoja miłość jest większa niż piramidy. –Adam Kiepuszewski

posłuchaj


Frostmen & Andrzej Dybiec: Flaming

Frostmen & Andrzej Dybiec
Flaming
[self-released]

Ej, bardzo przyjemnie się o tym pisze! Nazwałem jakiś czas temu jedną piosenkę Holaka polską wersją "Down On My Luck" Vica Mensy i, co tu ukrywać, trochę (bardzo) ironizowałem. Tym razem jednak jestem śmiertelnie poważny – "Flaming" to najbardziej kozacki polski hip-house, jaki usłyszałem w życiu, i upragniony GoldLink znad Wisły. Możliwe, że od czasu "Tańcz Głupia" Soboty nie było w polskim rapie takiego panowania nad bitem. Dzieje się tu więcej niż na całej płycie Sariusa: niby zwykły melanżowy storytelling, a tak naprawdę utwór, który pokazuje, jak za pomocą zmiany flow i przyspieszeń budować wielowymiarową narrację. I Frosti robi to z bezczelnością, naturalnym luzem, bo takie są konsekwencje konsekwentnego wykonywania rzeczy, jak nawinął w "Bo Tak". Gdy pisałem w zeszłorocznym podsumowaniu singlowym o "Do Następnego" Kazka i Belmondo, opisywałem swoje minione dwanaście miesięcy cytatami z twórczości tej dwójki. W tym roku Frosti wyręczył chłopaków: we wrześniu "ode mnie koleżka idzie z rozjebaną mordą" (dobrze, że nic poważnego, mordeczko), w lutym "rozlany po dropsie, włączyły mi się emocje" (opłacało się!), a ziomek, który na szczęście już się ustatkował, "wił się jak ryba albo flaming na jednej nodze". Cóż, podmiot liryczny ma na myśli kondensację czasu – kalejdoskopowe wspomnienie jednej nocy doskonale streszcza cały mój rok. Na trzeźwo sobie wspominam i tam w tle leci ten track. Euforia. –Paweł Wycisło

posłuchaj


Knox Fortune: No Dancing

Knox Fortune
No Dancing
[self-released]

Choć Kevin Rhomberg zadebiutował autorskim wydawnictwem dopiero we wrześniu tego roku, możecie kojarzyć go ze współpracy z całą szajką jego chicagowskich ziomeczków. Z usług tego slackerskiego rodzynka z kocem na plecach i deską przy nodze skorzystała już cała tamtejsza śmietanka: Chance The Rapper (hook "All Night"), Joey Purp (kluczowe fragmenty iiiDrops), Vic Mensa, Towkio, KAMI. I choć wypełniony słonecznymi jointami Paradise wydaje mi się albumem odrobinę chwiejnym i niespójnym, to w obliczu jego openera pozostaje mi jedynie przyklasnąć wspomnianemu autorowi "PHOTOBOOTH", który o Knox Fortune powiedział tak: "Working with him is like working with Chad Hugo—someone who has technical capability and tasteful cultural references".

"No Dancing" to konstrukt dość osobliwy, nietypowy, brzmiący jak jakaś krótka wprawka nagrana przez imprezowe wcielenie Becka pod wpływem całego dnia słuchania "Day Of Mine (Ludicrous Idiots)" i widoku letniego nieba tuż po zachodzie słońca. Urzeka mnie uroda tych melodii, równoległych, balansujących na granicy fałszu linii wokalnych, zachwyca z jaką lekkością Knox w drugiej części droczy się z konwencją jungle'u, by na samiutkim finiszu rozłożyć ręce i utopić się w paranoi. To dziwne, bo Paradise ma w swoim arsenale kilka ewidentnie przebojowych strzałów ("Lil Thing", "24 Hours"), a ja wciąż wracam do tego teoretycznie nietrzymającego się kupy, tanecznego kawałka o nietańczeniu, neurotycznego studium tęsknoty przekłutego w formę upbeatowej quasi-piosenki. W tego sylwestra po raz pierwszy w dorosłym życiu nie tańczyłem, najwyraźniej coś w tym musi być. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Kyle Hall: Teacher Plant

Kyle Hall
Teacher Plant
[Cleopatra]

Wydany na siedmiu calach singiel w zamyśle Kyle'a jest utworem opiewającym rośliny. Tak. Otóż dzięki ich wartościom odżywczym nasze ciało może funkcjonować, a mózg gotowy jest do ponadprzeciętnych kreacji. Hmm... ód o roślinach ci u nas pod dostatkiem, przeważnie jednak artyści dziękczynią tym, które prócz spożywania można jarać tudzież – idąc za poradą Belmondziaka – inhalować. Najlepiej skrobię, wiadomo. Powracając jednak do meritum: nie wiem co jadł Kyle i w sumie nie obchodzi mnie czy kroił se kartofel, ale myślę, że jego dieta jest nieźle zrównoważona, jeśli usprawniając umysł i ciało prowadzi do kreacji takiego to "Teacher Plant". A pozycja to wyrafinowana, którą wrzucam do mojej (ulubionej) szuflady z napisem "endless summer". Otóż mamy tu do czynienia z radosnym house'em, z cudownie funkującym i przyjemnie "klapiącym" bitem oraz słodko-rozlazłymi jazzowymi synthami. W Rejsie pada słynna i jakże trafna myśl, że lubi się tylko to, co się już raz słyszało i wiadomo – bardzo słuszna to koncepcja, ale w kontekście omawianego dziełka sparafrazowałbym inny tekst. Ten, że jeśli komuś "Teacher Plant" może się nie podobać, to znaczy, że nigdy nie kochał swojej matki. –Krzysztof Łaciak

posłuchaj


Ms Nina & Talisto: Noche de Verano

Ms Nina & Talisto
Noche De Verano
[self-released]

Parę lat temu Jorgeline Andrea Torres aka Ms. Nina pojawiła się w świadomości użytkowników Internetu jako dziewczyna tworząca kolaże, których głównymi bohaterami są postacie znane z szeroko pojętej popkultury, jak np. 2Pac, Marylin Monroe, Britney Spears czy Wednesday Adams. Wizerunki tych znakomitości najczęściej przyozdabiają symbole popkultury z przeciwnego bieguna – w sensie dalej konsumpcjonizm, ale już taki raczej dosłownie konsumpcyjny: frytki, cola, te rzeczy, sami zobaczcie:

Duda

Swoje prace poza ścianami Internetu prezentowała też chociażby na wystawach w Madrycie i w Los Angeles. Równolegle tworzyła też kombinacje muzyki i filmu utrzymane w tym samym duchu.

Barwność swoich prac wizualnych postanowiła odzwierciedlić też w swojej muzyce, w której brokat zastąpić miał reggaetton, ale była to niejednokrotnie dość ciężkostrawna bebelucha. Jednak tego lata wspólnie z Talisto stworzyli utwór, który jest kumulacją tych cech, których brakowało wszystkim poprzednim pracom Argentynki: zmysłowości, delikatności i niekiczowatości (a przynajmniej z mniejszą jej ilością). Wspomniany Chilijczyk stworzył podkład, który wprowadza atmosferę sierpniowego wieczoru na jednej z dalmackich / latynoskich / dzikich plaż. Jeśli po odsłuchu "Noche De Verano" będzie wam go mało, to odpalcie chociażby "Tu Señora", bo typ zdaje się mieć swoje sprawdzone sposoby, które powtarza, jeśli ma okazję. −Agata Kania

posłuchaj


Superfood: Double Dutch

Superfood
Double Dutch
[Dirty Hit]

"Double Dutch" to znakomity przykład na to, że najważniejsze w kryterium "singlowości" wcale nie są hooki. Ale czy na pewno "singlowości"? Być może to właśnie skromne detale wyróżniające "Double Dutch" są kluczem do oddzielenia "topu singli" od "topu tracków", które w tym roku na swoim fanpage'u wprowadził red. Dejnarowicz, bo "obiektywnie patrząc", ten numer nie jest jakąś wielką, ultra-melodyjną kompozycją; rekompensuje jednak swoje pozorne braki detalami, które wplecione oszczędnie w strukturę szorstkiej, synthowej zwrotki i dość generycznego refrenu, zmuszały mnie w przeciągu tego roku do wielokrotnego ripitowania. Tak naprawdę "Double Dutch" warto posłuchać dla dwóch fragmentów: przeuroczego pasażu wieńczącego zwrotkę (0:29-0:32, 0:37-0:41) i znakomitego, prog-popowego mostka (1:58-2:20). Mało? Mi wystarczy. −Jakub Bugdol

posłuchaj


Tandem Felix: Were You There (When They Crucified The Birthday Boy)

Tandem Felix
Were You There (When They Crucified The Birthday Boy)
[self-released]

Mieszkam w Dublinie już od ponad pięciu lat, jednak dotąd postrzegałam tutejszą scenę gitarową jako dość miałką. Klasyfikacja dzisiejszych irlandzkich gitar przedstawiała się w mojej głowie mniej więcej tak: "U2 wannabes", "The Pogues wannabes" oraz "Oasis cover bands". Trudno więc mieć mi za złe, że skupiłam się na śledzeniu lokalnej muzyki elektronicznej, a możliwość istnienia sensownej muzyki niezależnej zupełnie olałam. Cieszę się, że kilka miesięcy temu znalazłam w sobie ochotę na zakwestionowanie tych dość głupawych, zbyt pośpiesznie uformowanych przekonań, stąd też piszę i polecam teraz Tandem Felix. Tandem Felix to dosłowna czwórka z Dublina, ziomeczki najlepiej obecnie rozpoznawalnego irlandzkiego bandu z alternatywnej orbity, czyli Girl Band, jednak mający trochę inne zajawki. Zespół istnieje dość długo – został założony w połowie lat 2000, w przeciągu tego czasu nagrał album oraz wydał dwie EP-ki. David Tapley, wokalista i songwriter, ma naprawdę zdumiewającą rękę do pisania piosenek, które zahaczają o Big Star, tradycję klasycznego rocka, a w najbardziej definiującej części – alt-country spod znaku Wilco. "Were You There (When They Crucified The Birthday Boy)?" to z kolei słodko-tęskny, niespieszny grower, łączący w sobie inspiracje The Velvet Underground w tej słodkiej części, i Galaxie 500 w tęskno-leniwej. Bezwzględnie urzekający numer zmierzający bardzo w stronę unikalnej wrażliwości artystycznej The Clientele. Tandem Felix wydają w tym roku roku nowy album, więc polecam ich obserwować – niewiele zespołów takie rzeczy potrafi grać. –Iwona Czekirda

posłuchaj


Todd Rundgren feat. Daryll Hall & Bobby Strickland: Chance For Us

Todd Rundgren feat. Daryll Hall & Bobby Strickland
Chance For Us
[Cleopatra]

Nie da się ukryć – wspólne nagrania Hall & Oates z Toddem Rundgrenem z lat siedemdziesiątych wciąż należą do moich ulubionych rzeczy jakie kiedykolwiek powstały w muzyce. Z tym większym rozrzewnieniem podchodzę więc do tej sympatycznej błystkotki, która wyszła ponad 4 dekady po War Babies. "Chance For Us" to utwór ponadczasowy – piosenka, która pod względem czysto songwriterskim nie różni się wiele od nagrywek H&O z Along The Red Ledge na ten przykład. Zmieniło się tylko tyle, że Hall ma na ręku zegarek za 40 tysięcy dolarów i lekko niedomaga już wokalnie (choć wciąż nie tak jak Todd), co i tak dodaje tej kompozycji pewnego uroku. Refren, vibe, saks jak za najlepszych czasów DeChanta – wszystkie kwity się zgadzają. Choć sam album Rundgrena ma różne momenty, to "Chance For Us" przez moment nawiązuje do wspaniałych czasów, kiedy obaj główni bohaterowie tego przedsięwzięcia wymiatali na pełen etat. "Kieeedyś to było, nie to co teraz..." –Kacper Bartosiak

posłuchaj


Yung Lean: Drop It / Scooter

Yung Lean
Drop It / Scooter
[YEAR0001]

Generacja Sad Boys w 2017 dalej ma się świetnie, smutek jako kategoria estetyczna i sposób na życie nie traci na zainteresowaniu, więc rozlewające się po muzycznej scenie chmary chmur zachmurzonego rapu nikogo właściwie nie powinny specjalnie dziwić. Pamiętam, jak trafiłam na Yung Leana (przyznaję się prawie bezwstydnie, że całkiem niedawno) i podekscytowana chciałam się nim podzielić z moim przyjacielem, który notabene leży nocami i dniami przy cloudrapie, no i mówię mu – Jezu, ten Yung Lean, a on – że za nim nie przepada, bo w tym środowisku jest zbyt popowy. Już się tak bardzo nie lubimy, bo dla mnie – ten szwedzki dzieciak >> reszta smutasów. W ogóle chciałabym zobaczyć wyraz swojej twarzy, gdy wszyscy zainteresowani już go dawno słyszeli, a ja odczułam dopiero pierwszy deszczyk dreszczy przy pierwszym odsłuchu "Drop It / Scooter" z nowej płytki; bardzo chciałabym zobaczyć takie zdjęcie.

Ten numer prezentuje najrozkoszniejsze downtempo w rapie, na jakie trafiłam w tym roku; dygam sobie i dygoczę, a Lean leniwie sobie rapuje – tak bez specjalnych gorzkich żalów w głosie, bez łez i bez zbędnego egzaltowanego pierdolenia się z jakimiś rozdmuchanymi rozterkami w życiu. W tekście normalka – narkotykowe cliché, bycie psycho, trochę diamentów i rzucanie hajsem – no i fajnie, oni tak po prostu mają. Na koniec jeszcze dodam, że zdjęcie puchatej, pobitej buzi tego chłopca jest jednym z moich ulubionych obrazków w 2017. Życzę wam życia w slow-mo z leanem lub bez, jak lubicie. –Adela Kiszka

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2017: Polska muzyka
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #5