SPECJALNE - Rubryka

Rekomendacje płytowe 2016

10 stycznia 2017

Analogicznie do rekomendacji singlowych, rzucamy dziesięć propozycji płytowych z 2016, godnych szerszego zauważenia

 

18+: Collect

18+
Collect
[Houndstooth]

Wyobraź sobie, że siedzisz w ciemnym pomieszczeniu z osobą, która od dawna wzbudza w tobie pożądanie. Od dłuższego czasu przeczuwasz, że może ona, ta osoba, to odwzajemnia, ale do tej pory nie dawała zbyt wielu znaków ku temu. Jest ciemno, parę drinków już poszło, reszta imprezy przeniosła się do innego pomieszczenia, i mimo że ilość wypitego alkoholu raczej ujemnie wpłynęła na twój oddech, a noszony z racji zimy gruby sweter atmosferę uczynił dość spoconą, to jednak wreszcie udaje wam się do siebie zbliżyć. Przemnóżcie tę sytuację przez trzynaście, a otrzymacie Collect – album odrobinę gorszy od debiutanckiego Trust. Jednak w tym roku nie słyszałam drugiego wydawnictwa, w którym (już w ogóle abstrahując od tekstu) mroczne beaty i rozedrgane wokale wprowadzałyby tak jednoznaczny nastrój. Wydanie drugiego LP 18+ zbiegło się w czasie z nowym Holy Fuck, co dość fortunnie spotęgowało bezpruderyjną atmosferę. Collect to alt r&b, ale pozbawione słońca, zanurzone w elektronicznym eksperymencie klubu Fabric, przyozdobione flegmatycznym rapem. –Agata Kania

posłuchaj


Bullion: Loop The Loop

Bullion
Loop The Loop
[Deek Recordings]

Nathan Jenkins to postać niełatwa do sklasyfikowania i zaszufladkowania. Choć zaczynał jako elektroniczny eksperymentator zainspirowany hip-hopem (Get Familiar), to stopniowo zmieniał stylistykę, żeniąc swoje fascynacje z popem (Young Heartache z 2009), o czym zresztą chyba najdobitniej świadczy mash-up Dilli z Pet Sounds: Pet Sounds: In The Key Of Dee. Przełomem było You Drive Me To Plastic, na którym rozwinął skrzydła, prezentując niejednoznaczną, kalejdoskopową wizję w równym stopniu zahaczającą o disco, co o new wave i stos innych gatunków. Jednak chyba dopiero na Loop The Loop Jenkins "okrzepł" nieco i odnalazł własny, treściwy, piosenkowy język. Oczywiście można się spierać, czy te utwory równie dobrze nie mogłyby ukazać się w 2001 na fali popularności melodyjnej, popowej elektroniki lub emotroniki, ale to nie byłaby dla mnie jakaś wielka wada. Co ciekawe, na liście inspiracji Bulliona (polecam zajrzeć na jego profil na Spotify) znajdują się takie nazwiska, jak Rundgren, Wyatt czy jeden z bardziej niedocenionych zespołów lat 80., China Crisis.

Jenkins działa bardziej jak kolażysta niż klasyczny songwriter, wychwytując podobieństwa w pozornie odległych elementach. Dzięki tej metodzie, która niejako "wymusza" eklektyzm, Bullion, jawi się jako interesujący reinterpretator popowej (i nie tylko – ślady Numana/Kraftwerk w "Speed") tradycji. Jego utwory są jak drogi pełne niespodziewanych zakrętów i wzniesień. Weźmy choćby takie "Self Capering", które nasuwa skojarzenia rozciągające się od zremiksowanego sunshine popu lat 60., przez Nightmares On Wax, po jakieś składanki z Cafe Del Mar i Person Pitch, albo "Unless" z motywem jakby wyciętym z Human Story 3, który powoli pojawia się i znika, oddając stopniowo miejsce dziwacznemu, chilloutowemu popowi. Warto też wspomnieć o "Get To The Heart Of It", które pobrzmiewa echami wywróconego do góry nogami, spowolnionego China Crisis, choć początek wcale na to nie wskazuje. W sumie jest to "sprawa, która się toczy", dopuszczam każdą możliwą interpretację, bo punkty wspólne można odnaleźć w wielu niespodziewanych miejscach, a czasem mam po prostu wrażenie, jakbym słuchał jakiejś nigdy nie powstałej, "barokowej elektroniki" z lat 60. Oczywiście na szerszym planie należałoby też określić Jenkinsa mianem dalekiego duchowego spadkobiercy Endtroducing....., ale raczej tylko gwoli "sprawiedliwości dziejowej".

Dzięki takiemu podejściu otrzymujemy rzecz na "pierwszy odsłuch" przypominającą kolorową, acz spokojniejszą sampladelię Avalanches albo Pandy Beara, ale jednak mniej repetycyjną, bardziej linearną, przez co wpadającą w kategorię intrygującego avant-popu. Oczywiście, bardziej niż zbiorem hooków Jenkins działa na wyobraźnię przez wspomnianą wcześniej nieprzewidywalność swoich quasi-suit, ale wycofany wokal gościa też na swój sposób stanowi wartość dodaną. Miejsce Loop The Loop na mojej liście roku jest niezagrożone i kto wie, czy płyta Bulliona nie okaże się po jakimś czasie większym growerem, niż mogłem przypuszczać. –Jakub Bugdol

posłuchaj

przeczytaj krótką piłkę


Chaos In The CBD: Invisible Spectrum (EP)

Chaos In The CBD
Invisible Spectrum (EP)
[Rhythm Section International]

Chaos In The CBD to dwóch Nowozelandczyków: bracia Ben i Louis Helliker-Hales, którzy już od ŁADNYCH PARU LAT wypuszczają, czy to na mp3 czy to na dwunastkach, swoje house'owe numery mające trząść parkietem. I naprawdę warto spojrzeć na to, co pojawiło się na tych krótkich wydawnictwach − to bezwzględnie kawał solidnego i rzetelnego, dancefloorowego gówna. Ale gdzieś tak od 2015 roku, chyba przy okazji Midnight In Pekcham, braterskie duo dokonało twistu: miast dopieszczać syntetyczną poetykę tanecznych tracków, zaprosili do swoich produkcji organiczną materię żywych instrumentów, przez co zyskały one "ciepło" i "uczucie", którego próżno szukać na poprzednich próbach. I tak oto w 2016 roku wychodzi EP-ka Invisible Spectrum, stworzona również w nowej konwencji, która niezwykle mi odpowiada. Słuchając tych trzech indeksów mam wrażenie, jakby ktoś obdarzony sporym wyczuciem zmiksował w jedną logiczną całość kawałki DJ Sprinklesa, Gotan Project i Banco De Gaia. Cóż mogę powiedzieć więcej: w ostatnim czasie bardzo często RACZĘ się właśnie tego typu house'owymi melanżami z "duchową" otoczką. I coś mi się wydaje, a nawet więcej − mam pewność − że moje zamiłowania podziela całkiem spora liczba słuchaczy. −Tomasz Skowyra

posłuchaj


Sarathy Korwar: Day To Day

Sarathy Korwar
Day To Day
[Ninja Tune]

Kontemplacje w oparach orientu, plemienne śpiewy wielkiej Afryki – ekskursje w stronę kiepsko udokumentowanych pod kątem muzycznym zakamarków świata towarzyszą artystom nie od dziś. Poszukiwania te zazwyczaj mają pobudki głęboko personalne, tożsamościowe, choć nie jest to zasadą, czasami to kwestia specyficznie ukierunkowanych zainteresowań. U Sarathy Korwar to coś pośredniego: choć sam ma indyjskie pochodzenie,Day To Day jawi się jako próba zrozumienia muzyki ludu Siddhi (potomków afrykańskich migrantów zamieszkujących tereny Azji), samodzielne śledztwo o podłożu antropologicznym. Bardziej od samych brzmień i egzotycznego instrumentarium, Korwar zainteresowany jest sposobem myślenia grajków Siddhi, dlatego nie traktuje ich (nagranych w formie field-recordings) jedynie jako jakiś tam element swojej układanki, a zamiast podejścia "z kamerą wśród" preferuje solidny, prawie naukowy research, stąd wszystko tu jest nie tylko przemyślane w każdym calu, ale również płynie niezwykle naturalnie. Dodajmy do tego, że Sarathy unika rozwleczenia, a formalną kanciastość – kardynalny grzech praktycznie wszystkich tego typu etnicznych wycieczek – amortyzuje miękkim, ninjatune’owym flow i bajkowo-przygodową otoczką w stylu Journey In Satchidananda Alice Coltrane. Jeżeli szukacie intrygującego blendu polirytmicznych medytacji, jazzowego jam-session i ideologii dzieci świata, Day To Day powinno Was zadowolić. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Larry League: Put To Rest

Larry League
Put To Rest
[3200]

Ekipa z Atlanty nie po razy pierwszy (w tym roku ukazało się jeszcze 3200) łączy popowy trap z ekstrawagancją niektórych artystów z Dark World (zwłaszcza rapowej wersji Dj Lucasa; "modern Beastie Boys", hehe) i elementami bopu ("Crystal"). To w sumie białasowska interpretacja tego zabawnego, dziwacznego, rapowego nurtu spod znaku Lil Uzi Verta, który pozwala skromnie, ale jednak marzyć o otworzeniu/zainspirowaniu nowych dróg w popie, co może ziścić się szybciej, niż myślimy, zwłaszcza w kontekście zapowiadanych solowych materiałów z drużyny Rae Sremmund ("Black Beatles" zaostrzyło apetyty na pełnowymiarowy skok w chartsy). Póki co, Put To Rest to jakiś tam powiew świeżego powietrza, atakuje tym, czego można oczekiwać po solidnych wyrobach rapowych w roku 2016 – jest dużo autotune'owych hooków czasem też z bopowej działki ("Bands Like Vacation"), chwytliwe i poryte bity oraz całkiem porządna charyzma. Choć momentami naśladownictwo przeważa nad oryginalnością, to ja czekam z niecierpliwością na dalsze wydawnictwa, bo potencjał jest całkiem duży i trochę żałuję, że "Crystal" rzutem na taśmę nie zmieścił się moim top 50 singli tego roku. –Jakub Bugdol

posłuchaj


 Mobbyn: Mobbyn

Mobbyn
Mobbyn
[Fonografika]

Ja: Czasem w głowie formułuję zupełnie niepotrzebne opinie na różne tematy, które nikogo raczej nie obchodzą.

Artur Rawicz: No i słuchaj, rozmawiałem z jednym z moich znajomych ostatnio <niewyraźne>, doszliśmy do wniosku. Czym jest dla ciebie, dlaczego podoba ci się rap?

Ja: Najlepszy rap to taki, który się pamięta. Cytaty. Inicjalne dla mojego kontaktu z polską odmianą tego gatunku było rapowanie na bezdechu pierwszej zwrotki wraz z refrenem "Refleksji", uczenie się na pamięć Gdzie jest Eis?, porozumiewanie się cytatami z Reno czy Obrońców Hardkoru. Tu jest pole karne, tu się rozgrywa akcja, o to w tym wszystkim chodzi. Mobbyn-fenomen opanował przeglądarki, bez kitu. Jaki ma sens po raz wtóry wymyślać kolejne przymioty Belmondoe'a, Oyche'a i reszty bandy, wszystko już zostało wyłożone dziewięć tysięcy razy, nasmarowane okrutnym Caps Lockiem w komentarzach pod każdym kawałkiem. "Telefony" nie są moim singlem roku tylko dlatego, że historycznie ukazały się w 2015, ale to w tym roku towarzyszyły mi na każdej imprezie, na prawie każdym spotkaniu towarzyskim. To jest inny stan umysłu, inna forma. Trudna do zrozumienia przez niektórych, przez niektórych uwielbiana. Hustla-slackerska przewózka przed monitorem. Tak to wygląda. Movement, rozumiesz? –Antoni Barszczak

posłuchaj


PREP: Futures (EP)

PREP
Futures (EP)
[B3SCI]

Nie jest wielką tajemnicą, jakie uczucia żywimy tu w Porcys do tego Brytyjskiego składu, więc dla stałych czytelników ta rekomendacja nie będzie z pewnością zbyt odkrywcza, ale ze względu na jakość materiału, którym częstują nas od jakiegoś czasu Londyńczycy, należy im się prawilna wspominka, choćby w tej rubryce. Samo Futures to też rzecz mało zaskakująca, w takim sensie, że 3/4 tych utworów znaliśmy i propsowaliśmy już wcześniej, więc EP-ka ta właściwie spełnia rolę uporządkowania tych cudownie relaksujących numerów i umożliwienia postawienia sobie typów na półce obok jakiegoś Prince'a (i to nie jedynie ze względu na alfabetyczny porządek – obok wspominanych już Inc. czy Steely Dan, nawet takie skojarzenia pojawiały się gdzieś z tyłu mojej głowy przy pierwszym kontakcie z PREP). Tak więc tych, którzy do tej pory jakimś przykrym sposobem mijali się z tym bandem, informuję, że indeks pierwszy, jedyny, którego dotychczas nie znaliśmy, absolutnie nie odstaje poziomem od reszty tych lekkich w odbiorze, ale aranżacyjnie wyszukanych i nieoczywistych kawałków. Chłopaki potwierdzili miejsce w naszej drużynie. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Mikael Seifu: Zelalem

Mikael Seifu
Zelalem (EP)
[Rvng Intl.]

Po wypuszczeniu znakomitego "The Lost Drum Beat" Mikael Seifu wciąż intryguje, mimo że cierpi na chorobę charakterystyczną dla wielu młodych artystów, a mianowicie niezdecydowanie. Z jednej strony stawia na tradycyjny etiopski sound, z drugiej natomiast prowadzi fragmentaryczną, strzępkową narrację osnutą wokół soulującego dubstepu Buriala, przepalonego chilloutu Gonjasufiego i noir techno w duchu Andy’ego Stotta. Na papierze wygląda to smakowicie, ale nad stricte materiałową równowagą radziłbym w przyszłości popracować. Nie mówmy jeszcze o przysłowiowym wymyślaniu prochu, jakim jest zbudowanie własnego muzycznego języka przez Seifu, bo jest jeszcze na to zdecydowanie za wcześnie, ale trzeba przyznać, że Zelalem ma momenty, jeszcze jak. "The Solipsist" urzeka swoją filmową, nieco zwichrowaną aurą, "Soul Manifest" to podszyty afrykańskim nerwem optymistyczny rewers najlepszych momentów właściwych dla twórczości wspomnianego już autora  Untrue, jednak najlepsza jest tutaj precyzyjnie rozplanowana hipnoza wieńczącego całość "ዘላለም (Vector of Light)". Miejmy nadzieję, że długograj będzie ukoronowaniem dojrzałości oraz kompozycyjnej wyrazistości Afrykanina, a nie tylko sprawnie przepracowanym ćwiczeniem stylistycznym, choć nikt nie mówi tutaj o nieudanej próbie. –Jacek Marczuk

posłuchaj


Vinyl Williams: Brunei

Vinyl Williams
Brunei
[Company]

Nawet jeżeli za nie do końca trafne uzna się wtłaczanie Brunei w ramy hypnagogicznego popu, to trudno nie przyznać, że nowy materiał Williamsa cechuje charakterystyczny "wyśniony" urok. To podróż i zadurzenie rozdarte pomiędzy niebezpiecznym tripem a krajoznawczą wycieczką, między halucynacyjnym Brunei a Berlinem na lekkim rauszu. Zwodzi ambientalnym chillwave'em openera, ale już po chwili zgrabnie sprowadza na ziemię rytmem sugestywnie kanciastym, wyraźnie zadłużonym u teutońskiego Motorik, chroniąc przed kompozycyjną dezynwolturą, która dawała o sobie znać na poprzednich wydawnictwach Amerykanina (inna sprawa, że takie Into jest jak najbardziej godne polecenia). I jak przy każdej świetnej płycie – trudno wskazać słabsze momenty, za to bez problemu można wyłuskać te najciekawsze: "Riddles Of The Sphinx" wirtuozersko spaja narracyjną progresję psychodelicznego popu z krautrockowym transem, podczas gdy "Mercurial Vestiges" koi zmrożonym szeptem, nie tak znowu odległym od tego, co na płytach Violens wyczynia Jorge Elbrecht. Warto wspomnieć, że koleś jest wnukiem Johna Williamsa – liczba midi(synth)chlorianów w rodzinie się zgadza, a funkujący marsz republikański "Feedback Delicates" na oślep krainą maligniczną brnie, mistrzu Bundicku. Mógłbym deliberować o pokazie synergicznej siły, która z klasycznych elementów tworzy oryginalną całość; tłumaczyć, że to zbiór olśniewających tracków, jedna z moich ulubionych płyt roku... 6.3? Od 6.3 nawet nie odbieram telefonu. Niektórzy mają dżointy i płyty winylowe, a my pointy i płyty Vinyl #love. –Paweł Wycisło

posłuchaj

przeczytaj recenzję


Virginia: Fierce For The Night

Virginia
Fierce For The Night
[2016, Ostgut Ton]

Jest już naprawdę późno, czujesz się coraz bardziej ociężały, powieki wszczynają próbę ograniczenia pola widzenia, ale wiesz, że to jeszcze nie jest moment, by zmienić otoczenie, bo istnieje jeden diabelsko ważny argument, a być może to postać, która każe ci trwać w tym nielogicznym imprezowym impasie. Sytuacji towarzyszą gęste dźwięki dobiegające z ogromnych głośników, wypuszczając w przestrzeń fragment płyty, której nocny charakter jest już nawet zawarty w tytule. Fierce For The Night to bardzo umiejętny analogowy house, kompozycyjna wypadkowa wpływu numerów, które Virginia Nascimento nominalnie grała na swoich didżejskich setach. Utwór tytułowy, "Bally Line" oraz "1977" to najmocniejsze punkty, które mogą konkurować z innymi zeszłorocznymi faworytkami w dziedzinie syntetycznego electro-disco, od singli Jessy Lanzy, przez "Let Me Be Me" Nite Jewel (wspierana przez Dâm-Funka), aż po znakomite "Randomness" Olgi Bell. Fierce For The Night zapewnia atmosferę Berlińskiej sceny klubowej, nawiązując również do Nowojorskiego kwaśnego house'u połowy lat 90, z nieco melancholijno-gorzkim głosem Virginii. –A.Kasprzycki

posłuchaj

przeczytaj krótką pilkę

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
ArcaArca
Porcys Składak: Yo La Tengo