SPECJALNE - Rubryka

Rekomendacje płytowe 2009

14 stycznia 2010



Rekomendacje płytowe 2009

Dziesięć mniej znanych płyt z 2009 roku, o których naszym zdaniem warto napomknąć słowo czy dwa.


Bran Flakes
I Have Hands
[Illegal Art]

Idziesz sobie ulicą, a tu taki jeden cię zaczepia, fioletowy garniak, zamiast twarzy ma radosną emotikonę, krzyczy "I have hands!" i rzeczywiście, ma trzy ręce i wszystkie cię biorą w tany! Lądujesz w jakimś podrzędnym barze, nagle się okazuje, że to rodeo tak naprawdę jest, tańczysz więc gawota z bykami w metrum 2/2, a ten od emotikony cię wyciąga na ulice, akurat się odbywa parada ku czci Eye of the Tiger, z Donem Knottsem i Ronem Paulem na czele, dołączasz się, stepujesz parę kroków, ale nie! To nie tak, że utrzymamy ten wątek, piosenka o Donie Knottsie trwa z dwadzieścia siedem sekund około (tyle dokładnie), więc tak naprawdę to jesteś w klubie dla old-boyów i dyskutujesz o tym czy Siouksowie oprócz wschodniej Santee, środkowej Yankton i zachodniej Teton to się na jakieś jeszcze grupy dzielili, potem facet-emotikona wprowadza na salę śpiewające psy (napisałem na początku płyty, śpiewające płyty są u Avalanches) i zaczyna do tego beatboksować, że "poison should be stored in very special place and poison should be written on every barrels face”. Ej no weź, to tak naprawdę jest kaseta próbna, sprawdzamy czy rozgłośnia Żuława w województwie lubelskim działa, jest! Jakieś specjalne myśli dodać? No to jest najlepsza gówniana płyta tego roku, a jest jeszcze na niej mnóstwo glam popu, więcej dziecięcych chórków, śpiewająca babcia, melodyjek z porannego programu dla dzieci, jeden z trzech tenorów, rady odnośnie życiowego sensu i wszystkie te dobrze nam znane klasyczne motywy ze starych reklam i dokumentów. Czysty mash-up (najbardziej kluczowe słowo w opisie całej płyty), a ten tekst pisałem klikając "losuj artykuł" na Wikipedii i myślałem, że to dobry pomysł dopóki nie wyskoczyła mi gerontofilia. –Ryszard Gawroński



Harmonic 313
When Machines Exceed Human Intelligence
[Warp]

Poprzednie, wymyślone wraz z Tomem Middletonem, projekty Marka Pritcharda nie dawały rady, jako jednak mocno sztampowe. Przedmówca opisywanego tutaj projektu – Harmonic 33 – okazał się dopiero ciekawym pomysłem, taki ambientowy Amon Tobin, powiązany z poprzednimi projektami Pritcharda. Po dodaniu raptem jednej cyferki spodziewałem się sympatycznej kontynuacji, a tu taka cudna zaraza. Na When Machines Exceed Human Intelligence Australijczyk dał upust swoim szerszym horyzontom, które zahaczają o to, co aktualnie modne, niemiłosiernie rozstrajając wszystkie syntezatory w piwnicy. Elektroniczny 2009 w gorzkiej pigułce. –Filip Kekusz



Shafiq Husayn
Shafiq En'A-Free-Ka
[Plug Research]

Jeśli świat jest sprawiedliwy to Shafiq prędko zyska trochę na popularności, ale wciąż nic nie zapowiada, by kiedykolwiek był tak bogaty jak aranże jego piosenek. Nie wiem czy już wiecie, ale to są cholerne orkiestracje! Już na tym poziomie porównania z D'Angelo nie wytrzymują. Przesłuchajcie Shafiq En' A-Free-Ka a potem puśćcie sobie Brown Sugar – obiecuję, że pomyślicie: "co tu tak pusto?". Oczywiście, nie mam nic przeciwko Archerowi, ale to jest po prostu trochę inna muzyka. Organiczne, quasi-jazzowe podkłady kontra szaleńcze podtapianie w wielopoziomowych melodiach smyków, dętych, elektronicznych zabawek i słodziutkich wokali. Nawet jeśli początkowo nie sposób ogarnąć tego ekstrawaganckiego przepychu, to odkrywanie kolejnych kart dostarcza przyjemności, nie tylko na poziomie rozwiązywania dźwiękowej łamigłówki (przypuszczam, że nawet Horntveth gościł mniej instrumentów, nagrywając swój album), lecz również tej powodowanej chłonięciem naturalnie gorącego, afrykańskiego vibe'u. Zwarte wymiatacze, jak "Lil' Girl", "Major Heavy", "The U.N. Plan" (Ty & Kory & wejście wokali – znakomite) czy "No Moor", pokazują, że Husayn ma ogromny popowy potencjał. Tyle, że do tego musiałby zacząć poprzestawać na małym a on chyba wciąż woli założyć turban i robić swoje. Kurde, jest z nimi (Sa-Ra – przypomina J.B.) twardy orzech do zgryzienia i, nie powiem, trochę mnie to jara. –Jan Błaszczak



Sore Eros
Second Chants
[SHDWPLY]

Mijają miesiące, a ja dalej nie potrafię uwolnić się od tego albumu. Wyraźnie wyczuwalna aura osobistego nieszczęścia, które popchnęło Roberta Robinsona do skrzyknięcia dawno niewidzianych kumpli i nagrania tej płyty, wciąż urzeka, nawet jeśli za oknem nie jest już gorąco i duszno tylko zimno i do bani. Nowatorskie (w pewnym sensie) podejście do tematu nagrywania, polegające do na zejściu do piwnicy i graniu tego, co ślina na język i struny przyniesie, w dalszym ciągu ciężko mi zrozumieć i chyba nigdy do końca w to nie uwierzę, ale taki już jestem trochę niewierny Tomasz. Ten album brzmi jak coś, czego można by się oczekiwać po gościu, który kiedyś nosił toboły za Arielem, tylko że na Second Chants nie znajdziecie raczej żadnych psychodelicznych odjazdów. Nie oznacza to, że płyta nudzi – broń Boże, z każdym przesłuchaniem odsłania coś nowego, co tylko dowodzi potencjału Robinsona jako kompozytora. Nieśmiałe próby tworzenia quasi-shoegazowych teł gdzieniegdzie, grobowo-smutne liryki "One By One", sprytnie przemycane urocze melodie, jest tego trochę jakby nie patrzeć. A poza tym może i jestem trochę naiwny, ale wydaje mi się, że dawno nikt nie był z nami tak szczery. Szkoda tylko, że chłopacy z redakcji do końca się nie poznali i widzimy się tu a nie gdzie indziej, ale lepszy maślak w garści.

A Sore Eros w najbliższym czasie znowu planują coś wydać, oto mała zajawka. Swoją drogą – kapitalne, kto z nas nie marzył o nagrywaniu lo-fi po paru piwach z kolegami? –Kacper Bartosiak



Syntaks
Ylajali
[Ghostly International]

Mamy tu do czynienia z mroźną, elektroniczną scenerią, gdzie shoegaze'owe mgły przeplatają się, z kojącymi melodyjkami à la wczesny Múm. Fragmenty dream-popowe przywodzą na myśl Cocteau Twins, z tą różnicą, że dla duńskiego duetu żeński wokal jest po prostu kolejną z nachodzących na siebie, zdelay’owanych warstw dźwięku. Wyjątek stanowi closer "Dark Night", w którym po raz pierwszy miast "niebiańskiego nucenia" słyszymy konkretne słowa (i to po angielsku). Co ciekawe wśród inspiracji Skandynawowie wymieniają cały katalog filmów – od La Dolce Vita Felliniego, po Labirynt Fauna. I przyznaję, że taka "Phantasmagoria" (nie tylko tytułem) z lekka przypomina niepokojący klimat świata Del Toro. Momentami naprawdę magiczne. –Paweł Greczyn



Telepathe
Dance Mother
[V2]

Pierwsza żeńska formacja z brooklyńskiego tygla, której rzeczywiście jestem w stanie słuchać, do tej pory kojarzona była z, (bardzo) mocno zainspirowanym kolegami z Gang Gang Dance, singlem "Sinister Militia". Naśladownictwo wyszło powyżej średniej, ale bardziej mnie cieszy, że Dance Mother to połamany, neurotyczny, uporządkowany już avant-pop bez szamańskich ambicji, oparty na raczej aerobikowym rytmie. Na każdym kroku czuć piętno gęstej produkcji Davida Sitka, ale panie mają wystarczająco charakterystyczną, nieinwazyjną manierę, że broniłyby się i bez niego (choć z większym trudem). Otwieracz – miazga. –Filip Kekusz



M. Templeton + aA. Munson
Acre Loss
[Anticipate]

Zaprzęganie Templetona do różnych przedsięwzięć audiowizualnych ma długoletnią tradycję, a ze wszystkich filmowców, z którymi współpracował Kanadyjczyk najdłużej towarzyszył mu właśnie awangardowy filmowiec aAron Munson. Filmiki przygotowane przez Munsona w ramach projektu Acre Loss stanowią zwieńczenie kolaboracji polegającej głównie na tworzeniu przez Templetona muzyki do wizualizacji prezentowanych live. Jeśli chodzi o warstwę dźwiękową projektu, ciekawe, że jak na micro-ambient płyta ma wyraźny posmak retro sci-fi – wszak wiele wątków przywodzi na myśl soundtrack z cumowania sondy kosmicznej na księżycu albo jakiegoś clouse encounters. A jednak zgrabnie i mimochodem łączy się ta inżynieria dźwiękowa z wysmakowanymi obrazkami przyrodniczymi (ćwierkanie), gospodarczymi (krzątanie przy zmywaniu) i heckerowskimi marinami (wygenerowane fale, podmorskie szumy i drgania). Sposób wykorzystania pociachanych instrumentów akustycznych kojarzy się najbardziej z weneckimi nagraniami Fennesza. I jest to chyba nawet podobna liga. –Michał Zagroba



Washed Out
High Times (EP)
[Mirror Universe Tapes]

Z dwóch EP-ek Washed Out wydanych w 2009, High Times pozostała tą mniej zauważoną, pewnie głównie dlatego, że nie ma na niej "Feel It All Around" (wielkie mi mecyje z tym samplem, nie nudźcie już). Ale jest też lepsza – zarówno bardziej spójna i bardziej zróżnicowana niż Life Of Leisure. Ten krótki albumik małych impresji może pochwalić się tylko dwoma prawdziwymi piosenkami – skorodowanym od leżenia na plaży reggae "Belong" i kolejną perełką zniszczonego popu, w postaci "Olivii". Reszta to instrumentalne szkice w równym stopniu niedokończone co nasycone barwami. Ernest Greene zaciera granice między tym co zsamplowane i tym co zagrane i ściska wszystko w format uroczych pocztówek znad morza, czasami sennie odrealnionych, czasami obdarzonych konkretnym groovem, jak "Yeah", w którym Curtis Mayfield został zrobiony z gumki i patyczka. –Łukasz Konatowicz



Wicked Awesomes!
Punk Holograms
[Psychic Handshake]

Swego czasu poświęciłem im już akapit, ale skoro okoliczności tak nobilitujące, to wypada coś dodać. Otóż Kanadyjczy na pełnym luzaku próbują reinterpretować amerykańską psychodelę, zawartość prastarych zinów, post-punkową duchotę, by układać z tego piosenki. Materiał jest oczywiście dziwny i wyprodukowany bez litości dla ucha, ale mimo wszystko w pewnych (bardzo wąskich) kręgach już darzony jest kultem. Wszystko rozbija się bowiem o hooki, czadowe sprzężenia i nieogarnianie skąd się to wszystko bierze. Tłumacząc naprędce: wokalnie to wyleźli ze studni Iana Curtisa; podczas gdy muzycznie sytuują się gdzieś pomiędzy The Hospitals a The Intelligence – na którymkolwiek poziomie byście to interpretowali. –Jan Błaszczak



Zo!
...Just Visiting Too (EP)
[Foreign Exchange Music]

W przeciwieństwie do wydanej w 2008 roku Zo! & Tigallo Love The 80s, na tej EP-ce człowiek od mojej ulubionej produkcji na Leave It All Behind, czyli "If She Breaks Your Heart", sięga po nieco bardziej zapomniane utwory, ujawniając wszystkie inspiracje. Zaczyna od "Perfect Angel", utworu Minnie Riperton z 1974 roku napisanego przez Steviego Wondera. Żart polega na tym, że oryginał brzmi jak utwór Foreign Exchange i koło się zamyka. Re-edit/remaster, który jest tu wartością pozytywną, nie narusza sacrum, a śmiało przenosi stary kawałek (w sensie dosłownym, bo brzmienie nie zestarzało się nawet o rok) w końcówkę lat zerowych. No dobra, ale jak rzuca na kolana "Nights Over Egypt", cieplutkie zafunkowane r&b z 1981 roku, które wyraża wszystko, co lubię w crossoverze dekady disco i dekady electro-popu; widzicie, wcale nie byłoby to duże zaskoczenie, gdyby dotknął tego Nile Rodgers... Zo! rezygnuje z funkowych korzeni, podkreślając raczej charakterystyczne dla Foreign Exchance chłodne brzmienie werbla, kontrastujące z cieplutkimi klawiszami i wygładzonymi wokalami, tym razem należącymi do Carlitty Durand. Pozycja "Crazy You" jako własności Prince'a nie zostaje zagrożona. Nie jest to żaden z moich ulubionych kawałków Księcia, ale on umie to tak zaśpiewać, że nie wkrada się nuda, a Sy Smith niekoniecznie się to udaje.

W 1982 roku Don Blackman, "funk-jazz pianist, singer, songwriter, producer born in Queens, New York" wydał debiutancki album, na którym znalazła się kompozycja "Holding You, Loving You". Tak się składa, że cały zachwyt pada tam na melodie, które grają klawisze – Zo! wydaje się mieć tego świadomość, dając nam instrumentalną smooth-jazzową rozkosz. "My Flame" z 1978 roku, autorstwa Bobby'ego Caldwella, który Notorious B.I.G. samplował w "Sky's The Limit", doznaje chyba największej przemiany i rozgniata z wejściem syntezatora, gdy wkład Zo! w końcu staje się wyraźnie słyszalny. "Something Special" to jeden z licznych wyników współpracy Roda Tempertona i Quincy'ego Jonesa, którzy napisali takie mało znane utwory jak "Thriller", "Rock With You", czy "Off The Wall". Nie jest ciężko wyobrazić sobie jego obecność na płycie, z której pochodzą dwa ostatnie. Zo! wycisza kawałek do poziomu swojej pościeli i wielkomiejskiej, późnonowoczesnej wrażliwości. Jest jeszcze "The Highways Of My Life" klasycznych The Isley Brothers, które uzyskuje jakby zaimprowizowaną kontynuację, choć mam wrażenie, że trochę odstaje od reszty utworów. Rekomendujemy tę płytę z dwóch powodów – jest śliczna, świetnie wyprodukowana i zaśpiewana oraz jest zbiorem rewelacyjnych klasyków, które niekoniecznie się pamięta. Absurdem byłoby, gdyby ta krótka płytka nie trafiła do top 10, jeśli byłaby płytą autorską, a że to tylko covery, o czym łatwo zresztą zapomnieć, to warto ją chociaż dostrzec tutaj. –Kamil Babacz

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"