SPECJALNE - Rubryka

Rekomendacje albumowe 2018

25 stycznia 2019

W tym roku pomijamy rekomendacje singlowe, bo tych przez 12 miesięcy dostarczał nam DJ Carpigiani, i rzucamy dziesięć propozycji płytowych z 2018 roku, które według nas są godne zainteresowania.


Ashley Monroe: Sparrow

Ashley Monroe
Sparrow
[Warner Bros.]

W swoim artykule na temat country Alex Macpherson (wielbiciel country, ale przede wszystkim czołowy poptymista dziennikarstwa muzycznego) opisywał symptomy niewielkiej rewolucji na scenie jednego z najbardziej konserwatywnych światopogladowo i skostniałych dźwiękowo gatunku muzycznego. Za rewolucję odpowiadają, rzecz jasna, kobiety, ale skoro wszyscy znają (a przynajmniej powinni znać) znakomite Golden Hour Kacey Musgraves, warto zwrócić uwagę na skandalicznie przeoczone Sparrow Ashley Monroe. W porównaniu do płyty Musgraves, zazwyczaj porzucającej klasyczne Nashville na rzecz świadomego brzmieniowo popu, czwarty album Monroe to rzecz zdecydowanie bardziej tradycyjna – dlatego też trudniej przyswajalna dla ludzi, których skojarzenia z country biegną raczej w kierunku Mrągowa. Niesłusznie, utwory Ashley Monroe sprawdziłyby się doskonale w aranżacji rocka gotyckiego (prowadzony przez przygniatająco smutną wiolonczelę "Orphan"), wykwintnego synth-popu lat 80. ("This Heaven") niezależnego rocka ("Wild Love"), r'n'b ("Paying Attention") czy dream popu (rozmarzony closer "Keys To The Kingdom"), ponieważ są świetne, po prostu, a przecież dobry songwriting nie zna ograniczeń gatunkowych. Teksty na Sparrow umiejętnie balansują pomiędzy ważką i błahą tematyką, brzmiąc wiarygodnie zarówno gdy Monroe zwraca się do zmarłego ojca w "Daddy I Told You", jak i wtedy gdy rozpamiętuje niesatysfakcjonujacy związek ("I wish I was still half drunk / Still tangled up / Still making love / But instead I'm alone in bed / With you in my head"; cóż za wersy!). Ten zbiór bezpretensjonalnych piosenek powinien zawstydzić wszystkie Snail Mail, Mitsky i Soccer Mommy tego świata. Zdecydujmy więc może, czy słuchamy fajnej muzyki, czy po prostu tej dobrej. Śliczna płyta, przyrzekam, "can't get you out of my head" i pewnie długo, długo. –Paweł Wycisło

posłuchaj


Djrum: Portrait With Firewood

Djrum
Portrait With Firewood
[R&S]

Performatywność portretu nie daje oglądać go biernie; Felix Manuel inspiruje się jasno – Artystką Obecną i "visceral poetry". Elektronika ciężka, ambientalna, jazzująca i niepozostawiająca wiele do życzenia, jeżeli chodzi o misterną technikę jego wykonania. Szepty, westchnienia i wyciszenia przypominają te wszystkie techno-monologi wplatane w najgorsze (w sensie, że najlepsze) duszne imprezy na jakich byliście (a jak nie byliście, to uwierzcie mi w to skojarzenie na słowo). Dosyć agresywne przejścia i piskliwe uderzenia w potylice prowokują mięśnie do ruchów wibrująco-maniakalnych albo transowych lewitacji na kilkanaście centymetrów ponad chodnikami; trochę tańszego spiritualizmu, trochę czystego drum&bassu, ale przede wszystkim – powrót do "żywych" akustycznie instrumentów – klasycznych tąpnięć w fortepian i wiolonczelowych pociągnięć bądź szarpnięć. Nie będę się chyba wychylać na tyle, ażeby stawiać tę płytę chociaż gdzieś w pobliżu monumentu roku dwa tysiące osiemnastego jakim było Nothing Is Still, ale nie na każde skojarzenie mam wpływ; wychyliłam się, przesadziłam, no może, ale Djrum, choć daleko od Vynehalla, ma szansę przyprawić o podobne odbiorcze doznawanie. Głębokie techno-pulsy i drewniane grzechotkowe przeskoki w "Showreel, Pt. 3" lekko oszałamiają (szczególnie od 4:40), a "Creature, Pt. 1" pozwala wrócić do siebie, gdy słuchacie nie po kolei. "Blue Violet" jest mieszanką powyższych, ale nie z braku pomysłu, tylko dopełnienia tego naprawdę dobrego. "Sparrows" pozwala wysłać przyjaciołom pocztówkę znad krawędzi, a potem spaść w tiule na samo dno, czyli jak to zwykle bywa, gdy się dramatyzuje. Yeah, "Sex" is great but have you ever been in love? Warto spróbować. –Adela Kiszka

posłuchaj


Georgia Anne Muldrow: Overload

Georgie Anne Muldrow
Overload
[Brainfeeder]

Nie w głowie mi przegrzebywać się przez przepastną, sugerującą twórczą nadgorliwość dyskografię popularnej GRAŻYNKI; na ten moment wystarczy mi przywołać z pamięci kwiecisty neo-soul Umsindo i filmowo rozegrany rap A Thoughtiverse Unmarred oraz taką ogólną tendencję Amerykanki do zacierania granic gatunkowych w obrębie – używając dużego skrótu myślowego – "czarnej" narracji muzycznej ostatnich dziesięcioleci. Stąd niespecjalnie się zdziwiłem, gdy przeglądając zeszłoroczną ofertę Brainfeedera, ujrzałem w katalogu wyrazisty artwork jej najnowszej płyty. Muldrow, ze swoim avant-garde’owym pstryczkiem z tyłu głowy, nadaje się tam jak mało kto – i Overload zdaje się taki stan rzeczy potwierdzać. W ciężkiej atmosferze jazzu, soulu i zawiesistej, brainfeederowskiej smoły udało się dostrzec artystce znajomy idiom, a następnie wykuć z niego krążek na miarę czołówki własnego dorobku.

Należy tutaj wspomnieć, że talent Muldrow objawia się na Overload na wielu poziomach: od rozległego songwritingu po produkcję większości utworów; najsilniejszym jej orężem wciąż pozostaje jednak wyrazisty, niestroniący od najprzeróżniejszych wyzwań głos. Czy jest to futurystyczny funk "Aerosol", wyperfumowany jazz "Conmigo" czy thundercatowy psycho-soul "Bobbie’s Ditty", wokal Georgii góruje nad całą resztą muzycznej tkanki niczym smog nad przeciętnym małopolskim miastem. A przecież ta "reszta" też daje w palnik: słodki wątek utworu tytułowego chowa się w labiryncie ponapinanych progresji akordów, "Blam" pławi się z klasą w dudniących liniach basu, a dźwięki i tekstury coveru "You Can Always Count On Me" Gap Band mnożą się i mienią jak w kalejdoskopie. Overload jest płytą odrobinę niespójną, miejscami przytłaczającą, ale niezwykle grywalną i odsłaniającą poukrywane skarby z każdym kolejnym odsłuchem; wygrywa dla mnie rok w neo-soulowej kategorii OPEN i w odniesieniu do poprzedniego staje się odpowiednikiem CTRL SZA, miast nastoletnich pytań o naturę relacji międzyludzkich, dając jednakowoż dojrzałą, dorosłą próbę odpowiedzi. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Różni Wykonawcy: Gumba Fire: Bubblegum Soul & Synth Boogie In 1980s South Africa

Różni Wykonawcy
Gumba Fire: Bubblegum Soul & Synth Boogie In 1980s South Africa
[Soundway]

Myślę, że bycie laikiem w tak niszowej dziedzinie sztuki, jak południowoafrykański elektropop lat osiemdziesiątych nie jest żadnym wstydem. Niemniej jednak, przeoczenie powyższej kompilacji albo niezdawanie sobie sprawy z istnienia gatunku zdecydowania zubaża bibliotekę każdego konesera dobrych melodii. Przekrojowa antologia pokazuje bowiem zwykłym śmiertelnikom magiczny świat fascynującego kontynentu, widziany z nieoczywistej perspektywy syntezatorów i automatów perkusyjnych. Śliczne piosenki stanowią ciekawą ilustrację istotnego punktu w historii tamtejszej kultury. Obserwujemy artystów próbujących oswoić trudną do przetrawienia, chwiejną rzeczywistość transformacji poprzez śmiały flirt tradycjonalizmu z nowoczesną technologią. Unosząca się nad całością chmura strachu przed zmianą, podnosi emocjonalną temperaturę wydawnictwa oraz intensyfikuje ekscytujący dysonans wywołany połączeniem dwóch estetycznych galaktyk. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Jan Jelinek

Jan Jelinek
Zwischen
[Faitiche]

Jan Jelinek to wciąż jeden z moich ulubionych ludzi. Nawet jeśli nie robi zamachu na pełnoprawny projekt, to i tak z atencją wysłuchuję kolejnych, powstałych w jego odrealnionym micro-uniwersum rzeczy. Zwischen na papierze wygląda na mocno pretensjonalną rzecz: oto w każdym z tracków jedna "znana osoba" z najróżniejszych obszarów życia publicznego (mamy tam takie nazwiska/wykonawców, jak John Cage, Ernst Jandl, Yoko Ono, Marcel Duchamp czy Lady Gaga; ogólnie tracklista całkiem wymiata) zostaje wciągnięta w jelinkowy wehikuł dźwięków, a właściwie fragmenty głosu tej osoby. Jednak niemiecki producent i kompozytor to osoba, której skrajnie intelektualną optyka zawsze mnie fascynuje, a czasem pokazuje inne oblicza świata. Na tym pobocznym albumiku Jelinek mocno brnie w awangardowe elektroakustyczne eksperymenty (ścinki, fale, mikro-basy, szumy, przetworniki...), pozostawiając daleko w tyle swój house z okolic pierwszych wydawnictw i oddaje hołd Słownemu Ambientowi. Ale tak jak pisałem: kupuje tego kolesia w każdym wydaniu, więc nie postrzegam Zwischen jako album "trudny" czy wymagający – dla mnie czystą przyjemnością jest słuchanie dźwięków płynących z laboratorium pana Jana. Czasem mam ciarki (końcówka "Alice Schwarzer..."), czasem uśmiecham przy uroczej parodii ("John Cage..."), innym razem odczuwam niemały niepokój ("Joseph Beuys..."), przypominam sobie o wydanym w tej dekadzie Farben & James DIN A4 ("Lady Gaga..."), grzęznę w avant-wariatkowie elektroakustyki ("Yoko Ono...") lub zatapiam w nawiedzonym ambiencie (coda w "Max Ernst..."). Niby nic wielkiego czy nowego, ale jakoś fascynuje mnie ten album na kilku płaszczyznach i wciąż często do niego wracam. Ale mam świadomość, że niektórych takie dźwięki rodem ze Studia Eksperymentalnego Polskiego Radia mogą odrzucać, zniechęcać i męczyć, ale dla tych, którzy znajdują przyjemność w słuchaniu eksperymentów mocno odległych od mainstreamu, Zwischen może okazać się całkiem miłą półgodziną sesją. Ci drudzy pewnie wiedzą co zrobić, a ci pierwsi niech też się nie wahają – posłuchajcie: choćby po to, aby sprawdzić, jak brzmi zreverbowane, słynne pociąganie nosem Slavoja Žižka. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


JK Flesh: New Horizon

JK Flesh
New Horizon
[Electric Deluxe]

Justin Broadrick nie widzi w techno muzyki "klubowej" ani tym bardziej "tanecznej". Solowe projekty lidera Godflesh i Jesu, zamiast wywoływać u słuchacza euforię, doprowadzają do szału szorstkimi, maniakalnie zapętlonymi teksturami. New Horizon brzmi jak Msza Święta cyberfetyszystów przyjmujących opłatek w postaci kilograma gwoździ polanego benzynowym sosem. Nadrzędnym celem najbardziej paraliżujących pięćdziesięciu minut 2018 roku jest wprowadzenie w otępiający zmysły, klaustrofobiczny trans. Dziki rollercoaster o nazwie JK Flesh to zabawa tylko dla zahartowanych przez Ballarda wielbicieli apokaliptycznych wzruszeń. Pamiętajcie, żeby wziąć ze sobą zestaw leków na uspokojenie. –Ł.Krajnik

posłuchaj


KOKOKO!: Liboso

KOKOKO!
Liboso
[Transgressive]

Kinszasa, stolica Demokratycznej Republiki Konga, to miasto, które się słyszy bardziej niż widzi. Zgiełk i tumult społeczeństwa są jego nieodłączną częścią. Gdzieś w całym tym chaosie, między narzucanymi przez rząd przerwami w dostawie prądu, kreuje się nowa scena muzyków, której na razie najjaśniejszym punktem jest kolektyw KOKOKO!. Wokalista i producent Makara Bianko, wraz z przyjaciółmi z dzielnicy Ngwaka, tworzy instrumenty poprzez re-wiring i up-cycling materiałów i przedmiotów znalezionych na ulicach Kinszasy: części silników, maszyn do pisania czy plastikowych butelek. Podczas gdy takie wynalazki powstały na początku z konieczności, gdyż zespół nie mógł sobie pozwolić na kupno gitar, grupa szybko zdała sobie sprawę, że właśnie dzięki nim nadała swojej muzyce oryginalny wydźwięk. Po złożeniu studia nagrań wykonanego z materaców i połowy stołu do ping-ponga, nagrano materiał, którym zainteresowali się Brytyjczycy z Transgressive Records. Tak oto zespół zaczyna się już cieszyć uznaniem w alternatywnych środowiskach, trochę jak Mbongwana Star cztery lata temu. Na Libosom bitem raz kieruje przesterowany dźwięk spowodowany naciskaniem kciuka na kabel audio, innym razem szarpnięcie elektrycznego Likembe, instrumentu kojarzonego głównie z legendarną kongijską grupą, Konono Nº1. Zniekształcone, organiczne dźwięki uzupełnione dawką elektroniki, w połączeniu z niezwykle ekspresyjnym wokalem tworzą zupełnie nową jakość w muzyce. Wola przetrwania zawsze napędzała kreatywność. –Adam Kiepuszewski

posłuchaj


Różni Wykonawcy: Kumo No Muko: A Journey Into 80's Japan's Ambient And Synth Pop Sound

Różni Wykonawcy
Kumo No Muko: A Journey Into 80's Japan's Ambient And Synth Pop Sound
[Phonica]

Odpowiedni produkt na właściwe czasy, chciałoby się rzec. Dziś, żyjąc w erze składanek i mixtape'ów, bardzo ciężko o rzetelne kompilacje i właściwą selekcję utworów składających się na proponowane słuchaczowi wydawnictwa. Zalani treścią gubimy melomański rezon, ale chwała niech będzie ludziom pokroju Alixkuna, którzy potrafią poskładać nieprzystające do siebie puzzle i sklecić taką płytę pełną gębą – z krwi i kości. Europejczyk, który na stałe osiadł w Japonii, już od kilku lat częstuje wszystkich konceptualnymi dj mixami, w których przedstawia "dawną" (60s/70s/80s) muzykę Kraju Kwitnącej Wiśni. Te antropologiczno-taneczne sety zawsze robiły wrażenie (zwłaszcza house'owe ハウス Once Upon a Time in Japan...), jednak przy okazji Kumo No Muko pierwszy raz nie jestem w stanie potraktować materiału, w którym maczał palce Alixkun, jako zestawu dźwięków wypełniających przestrzeń biurową. Kumo No Muko angażuje słuchacza już na wstępie, kiedy w dokanałówkach swój taniec rozpoczyna prymitywny ksylofon. Miękka, syntezatorowa drzemka zaczyna się w zasadzie od pierwszego klawisza i zdaje trwać w nieskończoność. Channeling Alixkuna zapewnia nam nie tyle ambientowo-popową składankę, a raczej bardzo uduchowiony lot w new age'owym stylu. Wszystkie arpeggia brzmią tu jak posmarowane brokatem, a akustyczne wywijasy dętych i szarpanych lśnią w słońcu niczym różnokolorowe witraże. Jeżeli było wam kiedyś po drodze z odrealnionym minimalizmem Hiroshiego Yoshimury (Wave Notation 1: Music for Nine Post Cards), to z Kumo No Muko poczujecie się jak w domu. Właśnie tak uzależniająco działa ta nieznośna lekkość beatu. –Witold Tyczka

posłuchaj


Winter: Ethereality

Winter
Ethereality
[Org Music]

Skoro za oknami śnieg i końcówka stycznia to może warto posłuchać tego SKŁADU. Nie będę nikogo czarował, że to jakaś wybitna płyta – po prostu rezydujący w LA Winter grają rzeczy, które są mi całkiem bliskie i tu nie ma innego wytłumaczenia. Zadebiutowali miłym długograjem Supreme Blue Dream (w sumie też polecam zerknąć uchem) w 2015 roku i już trzy lata później powrócili z, moim zdaniem, jeszcze bardziej zwartym i konkretnym materiałem. Może i po głębszej analizie wyjdzie na to, że w 2019 roku takie osadzone mocno w dream-popowo-shoegaze'owej tradycji lat 90. płyty, jak Ethereality (o której wspomniano już w rekapie indie) są zwyczajnie zbędne, ale co poradzę, skoro co jakiś czas, zwłaszcza pod koniec roku, przypominałem sobie tego longplaya. Są tu ŚLADY Lush (śliczny opener czy "Zoey"), riffowa celność Smashing Pumpkins ("You Don't Know Me"), brutalizm MBV z trzeciego LP (końcówka "Black Sea"), coś z debiutu Lilys ("Sunshine Devine") albo ETERYCZNOŚĆ Cocteau Twins ("Blue Eyes"). Ogólnie SOLIDNE DREAMPOPOWE GRANIE, które nie zostało ani specjalnie dostrzeżone, ani zbyt docenione w zeszłym roku. Niemniej zapamiętam sobie postać Samiry Winter, która jest FRONTWOMANKĄ całej formacji i pewnie gdzieś w okolicach 2021 roku sprawdzę, co tym razem udało jej się zrobić z kolegami z zespołu. Znowu może być całkiem miło. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Young Jesus: The Whole Thing Is Just There

Young Jesus
The Whole Thing Is Just There
[Saddle Creek]

Niech was nie zmyli nazwa – Young Jesus to nie kolejny mesjasz amerykańskiego trapu, ale indie rock, który zbawić może co najwyżej tęskniących za znakomitym gitarowym albumem w 2018 roku. Swoją drogą to był znakomity rok dla Saddle Creek – ta ciesząca się estymą, lecz odrobinę zapomniana wytwórnia wydała świetną płytę Adrianny Lenker i równie dobrą Hop Along, niemniej prawdziwą perłą jest The Whole Thing Is Just There, czyli czwarty krążek facetów z Chicago. Jezu, jakiś jam band, midwest emo, math rock, patos? Polecam rzucić okiem na playlistę z trasy Young Jesus: Anthony Braxton, Sun Ra, Moondog, Debussy, Reich. Jak to jest, gdy fani free jazzu i impresjonizmu biorą się za granie indie rocka? Skrajnie upraszczając i unikając jednoznacznej odpowiedzi: efekt brzmi trochę tak, jakby Storm And Stress wpadli na pomysł, żeby napisać piosenki. Nic nie jest tak proste, jak się wydaje. Może z muzyką powinno być jak z miłością, ale ze słuchaniem muzyki jest jak z relacją międzyludzką – jak nie potrafisz niczego poświęcić (czasu, innych), to chyba znaczy, że jest średnio ważna. Skoro płyty roku często spoczywają na brzegu uwagi, to płyń wreszcie do tego źródła, płyń.

Opener, konsekwetnie rozbijający fale o wybrzeże psychodelicznie sfuzzowanego rocka, w końcu sam rozbija się o skałę – w math/midewestowej kaskadzie, by powrócić i ostatecznie wykrzyczeć: "It’s not enough to hate the world we live in!" (to może być prawda, jak woda słona od łez, morze!). W "Saganism Vs. Buddhism" z trywialnie pianistycznej ballady wypływa wczesne Modest Mouse, pojawia się również refren, a on, cóż mogę więcej rzec, tonie w atonalności. Niespodzianki, rozumiecie, gdy nieskrępowane piosenkową strukturą "piosenki" mogą zaskakiwać, czasem dryfować. Więc "Fourth Zone Of Gaits" prześlicznie wiruje w wodzie, ze slowcore'owym marazmem w wielkim błękicie, z gitarowymi refleksami słońca. "Bell", jak napisał redaktor Chełmecki, brzmi "jakby Eric Satie grał midwesty"; tak chyba brzmią spełnione marzenia, gdyż rzeczywiście – ta pieśń naprawdę ciąży, upada w smutku mrocznej toni jak jakieś Gymnopédie, której mimozowata ckliwość doskonale komponuje się z manierycznym wokalem. "For Nana" to niby konwencjonalny lament w stylu Grizzly Bear, który kończy podróż klasycznie opływającym arpeggiami midwest emo, jednak ma swoją post-rockową i free jazzową przystań, i ma też piękny moment, gdy gdy gość śpiewa "I wonder how heart exist beyond the beat" i dopiero po tych słowach pojawia się perkusja. Dobijamy w końcu do ostatniego utworu, 20-minutowego "Gulf", chociaż statek pijany, latarnie morskie nie świecą i można udawać, ale przecież nie trzeba! Przypomina mi się "Battery In Your Leg" Blur – tam też czekamy na konkretny motyw, tutaj jednakże oczekiwanie umila najbardziej udana reinkarnacja Tima Buckleya. I motyw oczywiście powraca, po wielu, wielu minutach, wśród zawodzenia syren. Przy dziewiczym odsłuchu już wiedziałem, że nie usłyszę nic bardziej wzruszającego w 2018 roku. Sprawdzałem niedawno w przypływie emocji i wciąż mam ciary, gdy się pojawia. Solidny szkielet rytmiczny (a także emocjonalny wrak statku) The Whole Thing Is Just There trzyma wszystko w ryzach, tylko mięśnie pojawiają się nie tam, gdzie zwykle, organy zwisają na wszystkie strony świata, nad wszystkim bije wielkie serce-lodowiec. Spokojnie, weź głęboki oddech, z tego body horroru wynurza się melodramat; happy end też się pojawia, bo indie rock umiera, ja razem z nim. Ale cóż to był za związek, jakie morze smutków, jaki strumień uśmiechów! A nawet nie potrafię pływać. –Paweł Wycisło

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Relacja: Tauron Nowa Muzyka 2019
SkeptaIgnorance Is Bliss