SPECJALNE - Rubryka

Rekomendacje albumowe 2017

12 stycznia 2018

Analogicznie do rekomendacji singlowych rzucamy dziesięć propozycji płytowych z 2017 roku, które są godne zainteresowania.

 

Bell Witch: Mirror Reaper

Bell Witch
Mirror Reaper
[Profound Lore]

Coroczne rekapitulacje to nie tylko okazja do podsumowania sukcesów innych i chwalenia się własnymi zwycięstwami, ale też chwila na odrobinę egzystencjalnych refleksji. Mirror Reaper jest albumem idealnie współgrającym z posylwestrowymi rachunkami sumienia. Zdewastowani śmiercią współzałożyciela grupy, mistrzowie doom metalu stworzyli monolityczne opus magnum, stanowiące prawdopodobnie najpiękniejszą elegię w historii rocka (tak!). Prawie dziewięćdziesięciominutowa kompozycja nadaje gatunkowym kliszom wręcz mistycznej wymowy. Charakterystyczne, żółwie tempo przygniata niczym wszechogarniające uczucie żalu po stracie bliskiej osoby, a koktajl z chóralnych wokali oraz zwierzęcych zawodzeń, bezlitośnie rozdziera serce na pół. Co więcej, katartyczny finał wtrąca zaskakująco optymistyczny element do cierpliwie budowanego, melancholijnego pejzażu. Coś niesamowitego. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Big Blood: The Daughters Union

Big Blood
The Daughters Union
[Dontrustheruin]

Małżeństwo z Portland wydaje bardzo dużo, bardzo nieregularnie i na bardzo różnym poziomie. The Daughters Union wpasowuje się jednak w pierwszy, najlepszy, etap twórczości Big Blood – kiedy grali oni przede wszystkim hymniczny, nieskomplikowany folk-rock cechujący się odpowiednim poziomem (moje ulubione absurdalne słowo) "zakwaszenia". Ale nie w znaczeniu dekadencko-używkowym, a powykręcany w sposób naturalny – umiejętnie operujący estetyką lo-fi i wyciskający z niej wszystko to, co stanowi o sile alternatywnej szkoły DIY. Granie poza głównym nurtem pozwalało uprawianej przez nich sztuce zawsze plasować się gdzieś w słodkim, melancholijnym i wyemancypowanym bezkresie. Bez prób usilnego wpisywania się w kontekst, a jeżeli już coś manifestowali, to zawsze z metką "retro". W ten sposób, w zeszłym roku, połączyli oni "amatorski" sznyt (stosunkowo ubogie instrumentarium, campsite'owe zacięcie oraz "szkolniackie" akordy) z efektowną podniosłością. Postawili na efekciarsko-dramaturgiczne "harcerskie" piosenki przyprawione dozą absurdalnego, "kastowego" humoru. I nawet, jeżeli ktoś nie do końca kuma ich lot, to wśród ludycznych coverów Silver Apples czy The Troggs, zawsze powinien odnaleźć coś dla siebie. Najnowsze Big Blood pisane jest bowiem przystępnością wiecznej repetycji poszczególnych tematów, a także chwytliwością – powtórzmy raz jeszcze – hymnicznych refrenów. Wydobywa na wierzch wszystko to, co w bawiącej się tradycyjnym folkiem awangardzie leży czasem zbyt głęboko ukryte pod grubą warstwą eksperymentatorskich wycieczek współczesnych "etnicznych" grajków. King Gizzard & the Lizard Wizard "na biedno" – dla mnie najlepszy easy-listening w tej kategorii w roku ubiegłym. –Witold Tyczka

posłuchaj


CARE: Luv In The Ruins

CARE
Luv In The Ruins
[Winspear]

W dobie galopującego newsfeedu i faktycznych możliwości poznania milarda płyt, które musisz usłyszeć przed śmiercią, przydługie albumy, absolutnie nie przejmujące się statystycznym czasem możliwości utrzymania koncentracji słuchacza w dzisiejszej rzeczywistości, uchodzą na sucho już właściwie jedynie Drake'owi i zakładnikom własnej formuły, w stylu szamana Giry czy jakichś nowych zbawców proga. CARE na swoim drugim długograju wyłamują się z tej teorii. Poruszając się we wszystkich możliwych kierunkach, czasem w obrębie jednego utworu, Amerykanie indie-popową treść najróżniejszej maści wkładają w quasi barok-prog-popowe, dziesięciominutowe formy. W "You Hallucinate" początkowe igranie z metrum przechodzi płynnie w power-popowe skandowanie, zmieniając synthowy nieregularny temacik na gitarowe solówki, a następnie jakieś harde riffy szybko ustępują miejsca oszczędnym, tłumionym arpeggiom, na tle których Majetich zawodzi jedyną stałą na tym LP – swoim głosem. Dwa utwory wcześniej ambientowe plamy mijają się z jazzowymi dęciakami, trzy później Jamie Stewart w alternatywnej rzeczywistości próbuje nagrać trochę bardziej normalną piosenkę. Jeśli więc możecie poświęcić tę godzinkę z hakiem i nie uprzedzicie się do wokalnej ekspresji typa przypominającej momentami skrzyżowanie Murphy'ego z kutafonem z Beiruta, otrzymacie niespieszne minisuity napakowane pomysłami, które dowodzący projektem Justin Majetich wyjmuje ze swojej przepełnionej muzycznym mięskiem głowy. –Stanisław Kuczok

posłuchaj


Daniel O'Sullivan: VELD

Daniel O'Sullivan
VELD
[O Genesis]

Daniel O'Sullivan jest zapracowanym człowiekiem. Współpracując z Ulver, Sunn O))), współtworząc Guapo, Æthenor, Grumbling Fur, Laniakea, występując z This Is Not This Heat, zaznaczył wyraźnie swoją obecność na współczesnej, eksperymentalnej scenie muzycznej, jako jeden z jej cichych, raczej niedocenianych bohaterów. Piszę o niedocenieniu, ponieważ solowy debiut O'Sullivana, wydany w czerwcu 2017, zainteresował dość wąskie grono recenzentów, a odpowiednie uznanie, w postaci miejsca na liście rocznej, zyskał chyba tylko w podsumowaniu niezawodnego The Quietus, co nie powinno dziwić, biorąc pod uwagę sympatię, z jaką kolejne projekty O'Sullivana spotykały się na łamach tego serwisu.

A jest to płyta wybitna. To moje prywatne zdanie, które opiera się przede wszystkim na silnym wrażeniu obcowania z arcydziełem – pierwszą, czystą dziesiątką, którą przyznaję świeżo wydanemu albumowi. Kiedy ukazywały się te niekwestionowane "dziesiątki" XXI wieku, Kid A i Amnesiac, byłem jeszcze nastolatkiem, przyjmującym po prostu do wiadomości, że mam do czynienia z dziełami wielkimi, wyznaczającymi artystyczny azymut na przyszłość. W późniejszych latach unikałem tak mocnych deklaracji, w obawie przed przesadą, z której później będę się wycofywać. Tym płytom, z którymi czuję się najmocniej związany, nie przyznawałem ocen, przekonany, że to przecież tylko cyfry, które nie mają dla sztuki większego znaczenia. Dopiero w przypadku VELD odczuwam silne pragnienie, by napisać: "tak, to jest moje 10.0", przede wszystkim dlatego, że traktuję ten album jako sumę największych fascynacji muzycznych życia, estetyczne spełnienie marzeń, dzieło, z którym, być może bardziej, niż w przypadku jakiejkolwiek płyty wydanej w moich czasach, poznawanej "od zera", bez ciążącego na niej bagażu historycznego, chcę się utożsamiać.

"The Pendulum", podniosła, przepiękna uwertura otwiera przed słuchaczem drzwi do gustownie i drobiazgowo urządzonego ogrodu (jak widzi to sam twórca), bogatego, wewnętrznego Świata (geograficzny tytuł albumu nawiązuje do opowiadania Raya Bradbury'ego, to kolejna z tych małych-wielkich, "moich" rzeczy, które sprawiają, że czuję się tu jak w domu, ale lubię odczytywać go również jako swoistą wariację na temat słów oznaczających w językach germańskich świat: "Welt", "wereld", "world"). "It's nice to be the centre of so many different worlds", śpiewa O'Sullivan w "Scorpio Rising Blues", kompozycji wyłaniającej się w dostojnym tempie z tkanki "The Pendulum", obrazku z życia prywatnego artysty, który zapowiada najbardziej osobiste dzieło w jego karierze, a także najbardziej różnorodne, kolaż z piosenek, które powstawały w wyobraźni O'Sullivana przez sześć lat. Ten osobisty wymiar powracać będzie w najbardziej intymny sposób w urokliwej miniaturce "Do A Deer" i mantrze "The Projector", gdy w miksie pojawi się głos córki muzyka - Ivy, której przyjście na świat zbiegło się z początkiem prac nad albumem. Ale podróż przez Świat, choć przepełniona czułością i ciepłem, obfitować będzie także w elementy awanturnicze – w utrzymanej w estetyce songwritingu Briana Eno kompozycji "Hc Svnt Dracones" ("tu są smoki" – sygnatura umieszczona na Globusie Lenoxa, oznaczająca niezbadane terytoria, do których żeglarze nie śmieli się zapuszczać). To właśnie z tego obszaru kuli ziemskiej, zanim nie został opisany przez kartografów i nie stwierdzono tu obecności mitycznych bestii, pochodzi reichowski trans "Apocryphium", w którego instrumentalnym przepychu zagnieździł się tekst gnostyckiego poematu Grzmot: Umysł doskonały.

Z rozpalających wyobraźnię krain na bezpieczne wody prowadzi art-rockowa perła "Luminous Fibres", przygotowująca grunt pod szaleńcze piękno najbardziej singlowego nagrania na płycie – "Sabotage Devices", uderzającego kontrastem szamańskiej energii i dystyngowanej elegancji. Tu właściwie kończy się pierwsza część albumu (idealnie układa się to na winylu, w tym właśnie momencie wyciągamy drugą płytę z koperty), tu też zaczyna się bardziej wymagający akt przedstawienia. O ile "Be Honor You" świeci jeszcze odbitym blaskiem poprzednich nagrań, dryfując w gitarowej plecionce, o tyle kolejne impresje przyjmują zdecydowanie bardziej ceremonialny, mistyczny charakter, rozwinięty w pełni w wieńczących całość osiemnastu minutach kosmicznego drone'u "Plants", zamaszystego podpisu artysty pod dziełem. Docieramy do miejsca, w którym pojawiające się tu i ówdzie echa twórczości Sylviana, Eno, Hollisa, wpadają do bezkresnej galaktyki Coil. I nic nie dzieje się przypadkiem – album nagrywany był w domu przy Tower Gardens Road, należącym do przyjaciela O'Sullivana – Iana Johnstone'a, niegdysiejszego partnera Johna Balance'a, autora okładek Black Antlers i The Ape of Naples, którego śmierć zbiegła się z ukończeniem albumu.

Ten skrótowy opis nie tłumaczy wam zapewne, czemu tak bardzo upieram się przy tym, by VELD nazywać arcydziełem, jego nieobecność w większości podsumowań roku, z którymi się zetknęliście także nie sprzyja temu, by mi wierzyć. Cóż, być może jest to tylko iluzja, której ulegliśmy razem z żoną, czyniąc VELD najczęściej odtwarzanym albumem na przestrzeni ostatnich kilku miesięcy w naszym domu. Może to wspomnienie tych spacerów ze słuchawkami na uszach, gdy dobrze znane, krakowskie ulice zmieniały swoje kształty, światła zaczęły układać się pod innym kątem, uwypuklając ukryte detale w miejskiej architekturze, a grunt pod nogami przybierał nieznane dotąd wymiary miękkości. Nawet ostatnio zgubiłem się, słuchając VELD po raz setny, znając go już na pamięć, gdy podczas powrotu z pracy pomyliłem nie tylko tramwaje, ale i kierunki. Być może to wszystko przypadki, które niczego nie oznaczają. Ale wiecie, jak to jest, gdy usłyszycie coś, co jest dla was doskonałe. Z pewnością nieobce są wam nienasycone pragnienie, łapczywość, uzależnienie i tęsknota w chwilach, gdy nie możecie do tego powrócić. W końcu chęć, by dzielić się tym ze wszystkimi, tak jak ja robię to tutaj, wierząc głęboko w to, że może ktoś jeszcze odczuje VELD w taki sposób. A nawet jeśli wzruszycie ramionami, przejdziecie nad tą płytą z obojętnością, niechęcią nawet, będę szczęśliwy, że mogłem o niej napisać.

Ponieważ o żadnej płycie nie chciałem dotąd napisać tak bardzo, jak o tej. –Piotr Gołąb

posłuchaj


Jan Schulte: Tropical Drums Of Deutschland

Jan Schulte
Tropical Drums Of Deutschland
[Music For Dreams]

Ech, niech chcę nikogo urazić, ale Niemiaszki zawsze mieli ciągoty do wyjątkowo grywalnych i jednocześnie wyjątkowo estetycznych eksperymentów. Dobitnym uwypukleniem moich słów jest zdecydowanie słuchowisko o dość przewrotnym tytule Tropical Drums Of Deutschland, za które odpowiada Jan Schulte – pochodzący z Düsseldorfu muzyk i didżej, który występuje również pod pseudonimami Wolf Müller oraz Bufiman, a także w zespołach Montezumas Rache i Young Wolf. Ten wielobrawny miks rozpoczyna się od wzniosłej mantry w stylu Popol Vuh, by po chwili zdecydowanie zmienić azymut, zaskakując nas repetywnością a la "Drumming" Reicha, new-age'owymi oparami ambientu w duchu Gigiego Masina lub rozszalałym funkowym groovem. Tropical Drums Of Deutschland to spotkanie krautrocka z dzikim afrykanizmem, organiczności z bezwstydną celebracją oraz melodyjności z grubo ciosaną rytmiką bębnów. Warto sprawdzić nie tylko ze względu na dość instagramową okładkę. –Jacek Marczuk

posłuchaj


Jlin: Black Origami

Jlin
Black Origami
[Planet Mu]

Black Origami jest chyba jedną z bardziej kontrowersyjnych i ciężkich w odbiorze płyt tego roku – dla ludzi niemających nigdy do czynienia z footworkiem, pierwsze zetknięcie z Jlin może się skończyć cielesnym szokiem poznawczym pomieszanym z bardzo intensywnym bólem głowy. Nieuchwytna w jednoznaczną definicję i mocno kopiąca po nerkach kompozycja producentki ze stanu Indiana jest głęboko osadzona w industrialnym drum & bassie, ale figlarnie łączy też ze sobą IDM z grime'em, grime z post-house'em i post-house z brutalnym hip hopem. Interpretowanie tej płyty poprzez wyjście od obrazka z okładki i tytułu albumu nie będzie bezzasadne i nie bez znaczenia. Czarne słoniowe origami sugeruje skomplikowany muzyczny strukturalizm, pewną ciężkość w składzie i rozbiorze. Jlin nie chodzi o to, żeby ci się naiwnie i przy pierwszym odsłuchu spodobało, żebyś sobie potańczył i pomachał stopą z przyjemnością; Black Origami nie ma brzmieć dobrze, nie o to rozbija się następca Dark Energy.

Naczytałam się i nasłuchałam wielu głosów na temat jej hermetycznego stylu, że jego efektywność jest budowana na nadużyciach dźwiękowych, a jej efektowność jest – z tego co widzę – zupełnie relatywna i mocno indywidualna. Nie będę sobie odmawiać egzaltacji w słowach przy tym albumie, bo na szczęście nie muszę, a szczery zachwyt wciąż mnie nie opuszcza. Jerrilynn Patton tworzy z zimnych, perkusyjnych patternów nęcącego basu i plemienno-magicznych, rozanielonych dośpiewów wyrafinowaną płytę z kategorii hardhitting prosto w mózg. Nieczytelne na pierwszy rzut oka, noise'owe kompozycje pełne zsyntezowanego szumu i ciasnego samplowania wymagają wiele zaangażowania ze strony odbiorcy albo pozostania jedynie w przy pierwszym rzucie oka. I ja rozumiem, że może się po prostu nie chcieć docierać tam, gdzie Jlin próbuje nas poprzez niejasny rytm zaprowadzić – żyjemy przecież w czasach speed-datingu i mody na zblazowanie. Ale spróbować warto. Producentka napomyka Pitchforkowi, że chce z nas samych zrobić piękny kawałek orgiami. Ja się dałam, chociaż przy pierwszych odsłuchach towarzyszyły mi nieustające, fizyczne wzdrygnięcia i dreszcze wędrujące po całym rdzeniu kręgowym – tak było, nie zmyślam. I nie ukrywam – to wcale nie były miłe odczucia. Ale posłuchałam drugi raz, trzeci i piąty, męczyłam się i słuchałam; i z tego męczeństwa w końcu przyszło zrozumienie. Jedno z moich ciekawszych muzycznych przeżyć tego roku – dać się zdezorientować i zgubić w tej futurystyczno-dystopijnej architekturze, by na końcu – chcieć na końcu tej mini recenzji użyć słowa n a d p ł y t a, ale ostatecznie tego nie zrobić (sic!) – żeby nie dostać sugestii, że znowu za moją sprawą Porcys gets emotional. Ale Tindera odinstalowałam.

A, tak a props (sic! 2) – moje dwa absolutne faworyty następują na Black Origami tuż po sobie – misteryjne "Kyanite" oraz stworzone z Williamem Basinskim, monumentalne "Holy Child". Holy shit. –Adela Kiszka

posłuchaj


Kettenkarussell: Insecurity Guard

Kettenkarussell
Insecurity Guard
[Giegling ]

Kettenkarussell to pochodzący z Weimaru duet muzyków tworzących (wspólnie, jak i solo) pod pseudonimami Herr Koreander (a.k.a. Konstantin) i Leafar Legov, jedni z czołowych założycieli kolektywu/wytwórni Giegling. Muzyka Niemców określana jest jako mieszanka downtempo i ambientalnego microhouse'u, ale nie oczekujcie prostych interpretacji ich muzycznych kreacji. Porównywani często z Boards Of Canada, niewątpliwie posiadają swój unikatowy styl i już na pierwszym albumie – Easy Listening – pokazali jak chętnie przekraczają ramy utożsamianego z nimi genre. Podobnie i teraz, na Insecurity Guard demonstrują, że taneczna muzyka klubowa nie musi być jednorodna i przewidywalna w swojej formie, a może być zniuansowana stylistycznie, amorficzna. I tak w rozpoczynającym playlistę "Gate" pulsuje dudniący subbass, z rzadka nawiązujący dialog z pojedynczymi dźwiękami pianina, na tle trwających w ciągłym zawieszeniu syntezatorowych plam, które na przemian wolno się wznoszą, by za chwilę równie sennie opaść. "Everything" charakteryzuje szybsze, bardziej "klubowe" tempo z przeciągłymi synthami, gdzie mocny kick drum kontrastowo przeplata się z wybrzmiewającymi lirycznie cymbałkami, efektownie się uzupełniając. Z kolei w zamykającym, ale równie marzycielsko-usypiającym "Brueder" słyszymy żywe perkusje, dźwięki klarnetu oraz fletu. Sami przyznacie, nie do końca kojarzy się to wszystko z klasycznym house'owym instrumentarium. Nawiązując do nazwy zespołu, można by powiedzieć, że o ile płyta to przysparzająca wielu wrażeń, niczym "emocjonalny rollercoaster" (cudownie wyświechtany zwrot), to jej atmosferę porównałbym raczej do słodko-gorzkiej przyjemności z jazdy na skrzypiącej karuzeli ze starego i trochę zapomnianego lunaparku, takiego z naszego dzieciństwa, w którym wata cukrowa miała najsłodszy smak. Jeśli też szukacie takich nieco melancholijnych odlotów, to Insecurity Guard na pewno wam to ułatwi. –Krzysztof Łaciak

posłuchaj


Lily And Horn Horse: Next To Me

Lily & Horn Horse
Next To Me
[Ramp Local]

Next To Me to dość poważnie przeoczona rzecz, choć Borys gdzieś pod koniec wakacji rekomendował singiel "Next To Me" w jednym z tajnych pokojów naszego Biurowca ("molekularne Bird/Bee" – ciekawe, co na to Lena Jonkisz?), ale na szczęście i dla niej znalazło się miejsce w naszym końcoworocznym podsumowaniu (choć nie w jego regularnej sekcji). Gdy słucham projektów Lily Konigsberg, od razu przychodzą mi na myśl KNOWER ze swoim "nowym popem", zwłaszcza, że oni również zaczynali od bardzo niepozornych, posranych wydawnictw, a jak się wszystko skończyło (choć przecież nadal trwa...), wszyscy tutaj zgromadzeni dobrze wiemy. Dlatego też traktuję ten niesamowicie frapujący zbiorek jako przystawkę przed czymś naprawdę wielkim. Ale żeby nie było – z każdym kolejnym przesłuchaniem Next To Me "bierze" mnie mocniej. Ta wdrożona w ramy shortplaya, modernistyczna, rozczłonkowana, amorficzna, pozytywkowa cassiopeia pod żandarmerią rytmicznych wyładować to prawdopodobnie najbardziej świeże granie 2017 roku z okolic popu.

Choć trochę czasu upłynęło, zanim zdążyłem w miarę uporządkować wszystko w głowie. Bo z jednej strony są tu kapitalne, powykręcane hooki pływające w syntezatorowej zawiesinie, a z drugiej mamy urywaną formę z ambientowymi fakturami zlutowanymi z avant-popowym sznytem. Wreszcie elektroniczne oprogramowanie łączy się z żywą perką i uroczym głosem Lily oraz męskim Matta Normana, więc mamy tu coś w rodzaju zajebistej, muzycznej burzy w nie tak małej szklance wody z procentami. I można się tylko zastanawiać, jakie będzie kolejne uderzenie Lily? Wyważy proporcje na korzyść poptymizmu? Całkowicie przejdzie na eksperymentalną stronę mocy? Wtłoczy w to wszystko trap? Pójdzie w Mobbyn? A może utrzyma status quo dotychczasowych nagrywek? No cóż, "czas pokaże", jak to się wszystko rozwinie, a na razie skosztujcie tego słodko-kwaśnego wypieku, którym można "zajadać" się do woli bez żadnych konsekwencji. Bon appétit. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


MFC x VVALTZ: Margines (EP)

MFC x VVALTZ
Margines (EP)
[Health & Nature]

MFC to postać tragiczna, a Margines to najdonośniejszy tego przykład. Przez wielu nie traktowany poważnie i trudno się temu dziwić, wystarczy spojrzeć na jego facebookowy strumień świadomości – mnie śmieszy, ale jeśli ciebie nie, to nic to nie znaczy, i tak będziemy mogli się dogadać. Znany chyba głównie z jajcarskich kawałków i chyba najbardziej slackerskiego wypluwania słów na polskiej scenie mastermind Health & Nature, to postać mająca więcej do zaoferowania, niż tylko, fantastyczne skądinąd, teksty w stylu "opanowałem magazynierski żargon jak zapierdalałem na Zalando". Pierwszym zawodnikiem na arenie jest jednak niejaki Vvaltz, którego bity z jednej strony garściami czerpią z kasetowej hauntologi, ale też, choć to tylko moje skojarzenie, z Tylera circa Goblin czy nawet ech shoegaze'u ("Zapomnij"). Skojarzenie z szefem Odd Future jednak jest nieprzypadkowe – lirycznie Margines to podobnego rodzaju "spowiedź". To tutaj Młody Bóg idealnie moim zdaniem uchwycił balans pomiędzy pajacowaniem, a całkiem realną depresją. Zresztą tekst "Glonów" to niemal kliniczny obraz tejże przypadłości. Prawdziwy outsider rap i nie bez kozery mógłby tu zaśpiewać Młody Osa. –Antoni Barszczak

posłuchaj


Yves Tumor: Experiencing The Deposit Of Faith

Yves Tumor
Experiencing The Deposit Of Faith
[self-released]

Enigmatyczny producent, jeden z najciekawszych twórców współczesnego, poszukującego ambientu (przypomnijmy sobie chociażby "The Feeling When You Walk Away"), w zeszłym roku nie zwalniał tempa i po dołożeniu najlepszego tracka na Mono No Aware, wydał kolejny album. Zazwyczaj artyści zajmujący się ambientem łatwo wpadają w określoną stylistyczną szufladkę, jednak z Tumorem jest trochę inaczej. Wyrastając z eksperymentalnego hip-hopu (kolaboracje z Mykki Blanco), wypracował rzadko spotykaną gatunkową wszechstronność w operowaniu bogactwem ambientowych środków i stylów − czasem flirtuje z migotliwym synth-ambientem Roacha ("Synecdoche"), kiedy indziej wywołuje noise'owe sprzężenia bliskie Helm, króluje w wykorzystaniu sampli ("It's Love" Woo w sielankowym "E.Eternal"), nie unika też bitu ("My Nose My Lips Your Head Shape"), wypadów w wirującą, kolorową plądrofonię ("Africa Ashes") i osobliwy, skalpelowy post-chillout ("Paigon Hunting"). Bogactwo środków wyrazu zbliża Tumora do eksperymentatorów pokroju Lopatina, czyli twórców odważnie podważających granice między tym, co awangardowe i "użytkowe". Jestem pewien, że jeszcze nie usłyszeliśmy pełni jeho możliwości, a Experiencing The Deposit Of Faith jest zaledwie jednym z etapów. −Jakub Bugdol

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
SpiritualizedAnd Nothing Hurt
NonameRoom 25