SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja roczna 2010: Indie rock

10 stycznia 2011



Rekapitulacja roczna 2010: Indie rock
autor: Patryk Mrozek

Zacznijmy od ogólnej myśli: wydaje mi się, że w dwa tysiące dziesiątym mało kto zajawiał się tak naprawdę indie jako zjawiskiem, gatunkiem, czy wrażliwością. Nie, żeby była to konsekwencja pikującego poziomu bieżących wydawnictw (jak miało to miejsce kilka lat temu), ani też objaw masowego przesycenia kategorią – choć w niektórych środowiskach tego typu (od)ruch bez wątpienia miał miejsce; chodzi raczej o to, że sama ona, czyli łatka indie-rockowa, przestaje właśnie na naszych oczach istnieć.

Podział na wytwórnie niezależne i mainstreamowe ma się co prawda w porządku (choć zbliżają się do siebie nieustannie), ale nie odzwierciedla już na dobrą sprawę nic. Tak jak niezalowe credo semi-ideologiczne wyparowało pod koniec lat dziewięćdziesiątych (a wedle niektórych nawet i wcześniej), tak w tym momencie opuszcza nas pewien ulotny pierwiastek na przecięciu brzmienia, songwritingu i ekspresji, który decydował dotychczas o przynależności muzyki z różnorodnych przecież pod-stylistyk do jednego grona niezal-rockowego.

Bez spajającego elementu poszczególne indie-rockowe style radykalnie oddalają się od siebie, podłączając do (jak dotąd) nieprzystających kategorii lub złowieszczo tworząc nowe na boku. Na pograniczach mainstreamu wyłania się nam przykładowo nowa estetyka "modern-alternative", łącząca w sobie ostatnie tchnienia nu-indie (najpełniej zrealizowane przez Arcade Fire i The National) z najbardziej Radiohead-podobnymi przejawami niezalu (znakomity skądinąd Halcyon Digest). Ostateczny efekt zdaje się być tym, czym Smashing Pumpkins byli piętnaście lat temu, potencjału komercyjnego nie ujmując.

Tam, gdzie aspiracje do rządzenia światem ustępują szczeniackiej zajawce zrobienia czegoś z niczego, a profesjonalne studio Porcie 7 i stercie kaset, tam także króluje dwuznaczność i brak wspólnego mnożnika. Gdzie indie-rock powinien spotkać się z elektroniką i "popem", Kacper Bartosiak wkracza mężnie i odbiera mi połowę dobrego materiału. Z drugiej strony, część co bardziej "domowych" wydawnictw więcej wspólnego zdaje się mieć z tuzami outsider music niż Guided By Voices; w tego typu twórczości skupienie uwagi ląduje obecnie na dziwaczności i niepowtarzalności użytych środków wyrazu, zaprzeczając wręcz typowo-niezalowemu podejściu "lo-fi ku uwydatnieniu songwritingu".

Ostatnia część tego, co w zamierzchłej przeszłości zwaliśmy indie-rockiem przenosi nas w czasie do wczesnych lat osiemdziesiątych; w rejonach pogranicza garażówki, ninetiesowego lo-fi i Blink 182 znajdują się zespoły, które same siebie mają wyłącznie za "punk" i z zaskakująco dobrym rezultatem rozpowszechniają ideały old-schoolowego DIY. Gdy umieścić No Age w kontekście koncertów obecnej sceny Eagle Rock, z naśladowców ninetiesowego lo-fi robi się nam nowy Black Flag; i o to właśnie kolesiom chodziło.

Reasumując, w dwa tysiące trzynastym spodziewam się rekapitulacji (w stu czterdziestu znakach oczywiście) "muzyki rock'n'rollowej", gdzie wspomnimy o siedemnastej płycie Walkmen, Chinese Democracy 2 i nowym Kanye Wescie. Tymczasem na dzień dzisiejszy zostajemy w ręce z garścią trochę chaotycznych rekomendacji muzyki pogranicza, odzwierciedlających powyższe tendencje i braki. Oto pięćdziesiąt najfajniejszych płyt tego "typu", jakich dane mi było wysłuchać w ubiegłym roku:

50 Young: Voyagers Of Legend
49 Off!: First Four EPs
48 Avi Buffalo: Avi Buffalo
47 Whines: Hell To Play
46 War On Drugs: Future Weather
45 Sleigh Bells: Treats
44 Reading Rainbow: Prism Eyes
43 Moonhearts: Moonhearts
42 MGMT: Congratulations
41 Male Bonding: Nothing Hurts
40 Girls: Broken Dream Club EP
39 Feeling Of Love: OK Judge Revival
38 Black Keys: Brothers
37 Arcade Fire: The Suburbs
36 National: High Violet
35 Beach House: Teen Dream
34 Allo Darlin': Allo Darlin'
33 Sufjan Stevens: The Age Of Adz
32 Land Of Talk: Cloak And Cipher
31 Swans: My Father Will Guide Me Up A Rope To The Sky
30 Tamaryn: The Waves
29 Marnie Stern: Marnie Stern
28 Ted Leo And The Pharmacists: The Brutalist Bricks
27 Jaill: That's How We Burn
26 Serena-Maneesh: SM 2: Abbyss In B Minor
25 Big Troubles: Worry
24 Soft Pack: Soft Pack
23 Grass Widow: Past Times
22 Here We Go Magic: Pigeons
21 Happy Birthday: Happy Birthday

20 Sufjan Stevens: All Delighted People EP
Wyśmienicie świeży zwiastun trochę rozczarowującej płyty. Eklektyczny Sufjan, jak każdy w obecnej erze.

19 Black Angels: Phosphene Dream
Najbardziej "autentyczna" płyta ubiegłego roku; psychodeliczny roots, dla rockistów przede wszystkim.

18 Tyvek: Nothing Fits
Według fanów garażówki prawdopodobnie najlepszy krążek dwa tysiące dziesięć; z "porcysowej" perspektywy trochę mu brakuje, ale tak czy siak blisko podium stylistyki. Energia i brud.

17 Surfer Blood: Astro Coast
Nie taki nineties revival straszny jak go malują; Astro Coast to naprawdę przemyślana i wciągająca pozycja. Część uznania dla zespołu opiera się na samych wpływach, ale nie potrzeba przecież żadnego "sentymentu" by docenić miodność riffów "Harmonix".

16 Fresh & Onlys: Play It Strange
Nagroda dla kwintesencjalnego zespołu z San Francisco. Najbardziej "focused" i ekspansywna z garażówek.

15 Superchunk: Majesty Shredding
Superchunk circa On The Mouth i wszystko inne, co kiedykolwiek nagrali. Że komplement.

14 Cloud Nothings: Turning On EP / Leave You Forever EP
Druga część co bardziej "domowych" zespołów złośliwie przeczy wszystkim bzdurom, które wygaduję w tej rekapitulacji, dzielnie utrzymując ideały '91 czy innego "Gimme Indie Rock". Zobaczymy po debiucie.

13 Ô Paon: Curses
Na pograniczu indie, folku i muzyki eksperymentalnej ląduje Geneviève Castrée z najmocniejszym jak dotąd dziełem w karierze, zarówno Laurie-fucking-Anderson artystowskim jak i bezpośrednio poruszającym.

12 Best Coast: Crazy For You
Dwanaście razy ta sama piosenka plus epokowe "When I'm With You", ale sam miód przecież. Fajnego masz Twittera.

11 Harlem: Hippies
Bezpretensjonalny slacker-rock i namecheckowanie duszka Caspera; najbardziej melodyjny przedstawiciel noise-popowej sceny Austin w Teksasie.

10 Women: Public Strain
Kanadyjczycy dopracowali tu swoją wersję zgrzytliwie-skocznej rockowej psychodelii niemalże do perfekcji; szkoda, że zaraz potem się rozpadli.

09 Maserati: Pyramid Of The Sun
Where You Go I Go Too na post-hardcore'owo; jedno z największych zaskoczeń 2k10.

08 No Age: Everything In Between
No Age to przede wszystkim genialny zespół koncertowy, co wie już każdy czytający te słowa, bo przecież nie zabrakło Was w Katowicach. Ale hej, teraz można ich także posłuchać na płycie! Więcej niż raz!

07 Warpaint: The Fool
Warpaint są dla eksperymentalnej sceny LA tym, czym Pocahaunted byli w dwa tysiące ósmym. Do nas należy decyzja, czy upływ czasu rządzi czy raczej nie.

06 Ty Segall: Melted
Nie dopuszczę się kliszy tego porównania, ale garażowy tron znowu należy do singer-songwritera.

05 Violens: Amoral
Zaliczenie Violens do tej tu kohorty może wydać się kontrowersyjne, ale nowojorczycy przepuszczają brytyjski psych-pop przez ścisły filtr nowojorskiej gitarowości. Zespół jest z Nowego Jorku.

04 Ariel Pink's Haunted Graffiti: Before Today
Kontrowersja numer dwa – przynależność tym razem na gruncie mikro-kulturowym. Druga najgorsza płyta w karierze Pinka.

03 Wavves: King Of The Beach
Wyjątkowo wysoki współczynnik radości z dźwięku na minutę; otwieracz opusu Dinosaur Jr., Good Health, "First Date" i te sprawy. More chill than chillwave.

02 Tame Impala: Innerspeaker
Australijski Dungen z Lennonem na wokalu, aczkolwiek podszyty Malkmusowym riffem.

01 Deerhunter: Halcyon Digest
Każda z pozostałych płyt powyższego top pięć jest dla mnie muzycznie lepsza, ale tylko i wyłącznie ta może służyć jako podsumowanie rekapitulacji. Deerhunter to indie-rock w dwa tysiące dziesiątym; polecam na słuchawkach.

–Patryk Mrozek

BIEŻĄCE
IceageBeyondless
Lista przebojów Carpigiani: Notowanie #23