SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja roczna 2009: Punk / noise

21 grudnia 2009



Punk, noise i pochodne przyjemności nie były kluczem do zrozumienia upływającego roku, potwierdzając zazwyczaj generalne tendencje. Tak jak w przypadku innych gatunków, tak i tutaj należało: szukać przodujących wydawnictw poza głównym nurtem recenzenckim; dwoić się i troić, by zobaczyć te wszystkie wyśmienite kapele "na żywo"; czasem uszczypnąć się na wieść o wielkim powrocie a czasem (częściej?) zakląć szpetnie i odstawić album w kąt.

Nawet jeśli nie był to dla punku rok niezwykły, to warto odrobinę przybliżyć wydarzenia, premiery ostatnich dwunastu miesięcy, nadrabiając, poniekąd, lukę w tegorocznych recenzjach. Poniżej dwadzieścia premier bądź wydarzeń, które zdaniem autora zasługują na odrobinę życzliwej uwagi.

Aids Wolf
Nosił wilk razy kilka, no i się, cholera, donosił. Co więcej tytułowy zespół nie wydaje się być największą bolączką zespołu, tej doszukiwałbym się w mózgu. Absolutnie powaleni Kanadyjczycy, wydający dla Skin Graft Records (Melt-Banana, Arab On Radar, U.S. Maple), powracają z kolejnym, chorym dziełkiem. Dwudziestokilkuminutowe Dustin' Off The Sphynx zawiera jednak bardziej skondensowany materiał niż The Lovvers (nie ma miejsca na jedenastominutowy, ciężkostrawny eksperyment). Reprezentatywnym utworem może być furiacki open'er zatytułowany "Old Fashioned Values". Jeśli przejdziecie przez to, powinno wam się spodobać. Jeśli odrzuca was PRE czy The Intelligence, to nawet się w to nie pakujcie.

Americans In France
Tutaj przechodzimy do treści bardziej zbliżonych do gustów przeciętnego zjadacza porcys. Pretzelvania to dobrze zrealizowana, obdarzona, więcej niż przyzwoitymi, hookami, dowcipna wariacja na temat Pixies. Świetny Black'owski open'er zachęca. Później trochę Pavement'owych nawiązań gorszego sortu. Ale przynajmniej Pavement'owych. Wiem, wiem, miało być o punku, więc jeszcze tylko przywołam kolejnych zdolnych kopistów (tym razem Sonic Youth) znanych jako Magik Markers i lecimy dalej.

Bob Mould
Bob ma się dobrze i starzeje się z klasą. Co prawda z roku na rok jego dokonania coraz bardziej przypominają płyty Eitzela, ale przecież my tu lubimy gościa. Bardzo solidny, (auto)refleksyjny, pop-rockowy album od faceta, który niegdyś brał udział w odkrywaniu hardcore'u dla Stanów a potem zaczął pisać lektury obowiązkowe dla każdego fana punku na świecie. Nawet zadeklarowanych straightów.

Cloak/Dagger
Jason Mazzola jest jednym z tych twardych kolesi, którzy nie muszą już walczyć o respekt na dzielni. Chyba, że są akurat na tej niewłaściwej, wtedy to pewnie muszą. Wokalista straight-edge'owej kapeli Count Me Out (podobno ikonicznej – nie wiem, trochę za dużo jak na mnie) zabrał kumpla-perkusistę, przygarnął kilku innych, ogarniętych w punkowym klimacie, koleżków i… zaczął śpiewać. Serio! Tegoroczny efekt w postaci Lost Art, choć niewątpliwie czerpie ze źródła o nazwie Black Flag, to więcej zawdzięcza zespołom Reissa: Hot Snakes czy Pitchfork. Tyle, że sekcja rytmiczna mniej wyraźna, brzmienie gładsze. Szybkie i dobrze się nuci. Ramones?

Double Dagger
A to już, nie ukrywam, jeden z moich tegorocznych faworytów. Nagrany w opuszczonym biurze, w Baltimore debiut pod banderą Thrill Jockey chrzęści, trzeszczy i rezygnuje z gitary. Rozpanoszenie się basu sprawia, że More może wam przypominać o debiucie Black Eyes, ale jest bardziej nieokrzesane. Młodzieżowe rozkminianie śmierci poparte skandowaniem w "Vivre Sans Temps Mort", dość eksperymentalny, lecz zapieprzający niczym stare, dobre Minor Threat "We Are The Ones", bardziej skomplikowane rytmicznie (jakieś NoMeansNo) "Camouflage" czy, w pewien sposób przebojowe, "The Lie / The Truth" pozwalają mieć nadzieję, że Thrill Jockey może się w przyszłości dorobić nowego Jesus Lizard.

Fontana
Katalog X! - małego labelu z Michigan – wymiata naprawdę solidnie. Trudno powiedzieć czy powinien zwrócić waszą uwagę na, stosunkowo, melodyjny Tyevk, The Frustrations z psychodelicznym posmakiem czy najcięższą w zestawie Fontanę. Self-titled tego ostatniego, to na pewno album, z którym warto pobyć chwilkę. Potrafi przyłożyć ciężkim (metalowym nawet) riffem, ale doda do tego jakiś chwytliwy refrenik, Scratch Acid (a nawet Ramones) po siłce czy gitarową solówkę. "When She's Not Wearing Black" i "Yer Generation" highlightami. Na pewno muszę jeszcze trochę poogarniać ten label, ale polecać można już teraz.

Future Of The Left
Przyszłość Lewicy nigdy nie będzie nam już obojętna, jako że wyrasta z tradycji, z którymi się całkowicie utożsamiamy. Mam na myśli, oczywiście, nieodżałowane McLusky, którego to były wokalista oraz bębniarz zasilają szeregi Future Of The Left. Wydany dwa lata temu debiut trzymał niezły poziom, ale ciśnienia nie podnosił – tak czy owak następcy trzeba było dać szansę. Było warto, bo chłopcy wciąż w formie. Otwieracz choćby: bardziej podniosły niż przesterowane, obleśne killery z Do Dallas, ale wydzierania się – już jak najbardziej w starym klimacie. Singiel ("The Hope That House Built"), jak dla mnie trochę zbyt wygładzony, ale hook refrenu niezaprzeczalny ("Come join, come join our hopeless cause"). Momenty więc są, ale jako całość nie jest już tak różowo, bo im dalej w las, tym więcej skipowania ("You Need Satan More Than He Needs You", "Yin/Post-Yin"). Wciąż jednak są w stanie grać zajebiste utwory, więc warto trzymać kciuki, żeby się jeszcze dogadali z Chapplem.

HEALTH
Get Color to z kolei całkiem równa płyta. Brakuje jej trochę highlightów, ale słucha się przyjemnie od początku do końca. Trudno jednak orzec czy to noise, czy noisorożec. Kompozycje czasem zawierzają wytworom elektronicznym, co skłania mnie to traktowania HEALTH w kategorii silniejszego brata Crystal Castles; czasem poddają się flegmatycznemu wokaliście i zmierzają w kierunku starego, dobrego emo; kiedy indziej zaś próbują udowodnić, że ten noise to nie jest im tak całkiem obcy. Zdaje się, że to ostatnie wychodzi im właśnie najgorzej. Cokolwiek by jednak nie mówić, to jeśli implementować noise na indie salony, to właśnie w taki sposób. Pytanie, czy w ogóle to robić.

Iggy Pop
Prawdziwe dane osobowe: Iggy Pope. W kończącym się roku jak zwykle szalał, wyzywał, reklamował, i skupiał na sobie uwagę świata. Ale któż na to bardziej zasłużył? No i nagrał dziwną płytę. To znaczy ona nie byłaby dziwna, gdyby ją nagrał Alan Delon – ale chansons u byłego lidera The Stooges? No tak, ale chyba nie można być "liderem The Stooges" po sześćdziesiątce. Dużo akustyka, trochę Nowego Orleanu i Iggy w charakterze Lanegana. Ale uwaga! Nie jest to aż tak złe, jakby się mogło wydawać.

The Intelligence
Ziomy z Seattle chyba nie całkiem się jeszcze otrząsnęły po śmierci Cobaina, bo mają rozbiegane oczy i szaleją. Zaczynem znajomości było A Frames, ale tak się jakoś stało, że do drugiego etapu przedarł się tylko Finberg. Osadzony na rewelacyjnych riffach noise-rock z Deuteronomy nawiązywał poniekąd do chwalebnej historii Cows i radował chyba każdego dobrego człowieka na tej planecie ("Dating Cops"!!!). W tym roku The Intelligence nie próżnowali, wydając dwa albumy. Crepuscule With Packman (bliższe takiemu Black Forest) jest nagrane w sposób bardzo lo-fi i zastępuje swoje dotychczasowe atuty psychodelizującymi wstawkami i chałupniczym posmakiem. Nie jest to najlepsza decyzja. Drugi krążek (Fake Surfers) stoi w rozkroku: bardziej zwarty, wyrazisty i rockowy niż Crepuscule With Packman, lecz wciąż lżejszy, bardziej pokręcony, melodyjny (60'te) niż album z 2007. Do którego zresztą Fake Surfers startu nie ma.

Japandroids
To już przerabialiśmy. Nie, nie przeszło mi, dalej się zasłuchuję. Zarówno w tych bardziej punkowych, hałaśliwych, nawiązujących do Washington D.C., fragmentach, jak i w piosenkach stylizowanych na amerykańskie indie pokroju Superchunk czy Plastic Constellations. W ramach dobrej woli, na porównywania z Wavves spuszczę zasłonę milczenia i raczej podrzucę jakiś dobry link. Widzimy się na nadchodzących koncertach!

Jawbox
Teorii pewnie jest kilka, ale przychylałbym się do tej, że albumowo Jawbox załatwili sprawę bez wpadki. W najbliższej przyszłości będą mieli niebywałą okazję to spieprzyć, bo się właśnie reaktywowali. Z drugiej strony jakoś mnie to nie martwi. Niech tylko nie skończy się to na jednym koncercie, ale na strojeniu się przed "FF=66" w jakimś środkowoeuropejskim lokalu.

Lightning Bolt
Briany robią swoje. Kartek mi nie wysyłają, ale wnioskuję, że wiele to się u nich nie zmienia. Na szersze wody wypłynęli zaskakująco melodyjnym i bezwstydnie wymiatającym Wonderful Rainbow, następnie na Hypermagic Mountain zestawiali (ciężarowo) metalowe riffy z prawie drum'n'basową perką ("Birdy") – tyle historii. Więc cóż mogliby nam zaoferować na Earthly Delights, jeśli nie pochodne powyższych? No właśnie. Spogłosowany, niewyraźny wokal Chippendale'a z rzadka wyłania się zza repetytywnych konstrukcji rytmicznych, które choć wciąż są dziełem nietuzinkowych muzyków, nie jarają już tak jak kilka lat temu. "Colossus" jako pewna odskocznia całkiem mi pasuje. Dwunastominutowy, instrumentalny noise-progowy closer wciąga, choć teoretycznie nie powinien. Niezła płyta, ale bez przesady z tym powtarzaniem.

Mi Ami
Album raczej dla intelektualistów niż punkowych entuzjastów. Szerokie spektrum inspiracji zdradza już rozpoczynający "Echononecho": odrealnione, wciągające pejzaże spod znaku Gang Gang Dance czy Pocahaunted; cowbell (czyli wiadomo która wytwórnia) i dopiero gdzieś w dalszej perspektywie gitarowy zgiełk. Świadome i bardzo sprawne wykorzystanie patentów "na czasie" oraz nazwisko wokalisty sprawiają, że Watersports zapisze się w zbiorowej świadomości raczej jako dzieło ambitne, niż "udziwnione". No i słusznie. Przytakuję. Tyle, że jakoś zawsze wolałem McElroya od McCormicka.

Shitty Limits
Jeden z fajniejszych brytyjskich albumów jakie dane mi było słyszeć w tym roku. Oczywiście, można powiedzieć, że konkurencja nie była bardzo wymagająca, ale to nie jedyny powód. Beware The Limits na każdym kroku przypomina o tym, że kiedyś na Wyspach to się, cholera, grało! Momentami nawiązuje do Wire, czasem przypieprzy mocniej i przypomni o Jesus Lizard a jeszcze w innym miejscu pochwali się chwytliwą, proto-punkową melodyjką (The Sonics). Gorsze niż protoplaści, ale wciąż dobre. Aż dziw bierze, że hajpowane przez NME.

Shudder To Think
Wiadomość o tym powrocie trochę przepadła w cieniu reaktywacji Jawbox i Pavement. Szkoda by było, bo przecież to kolejny zespół, który mógłby uczyć dzisiejszych matołków, jak pisać piosenki. Takie melodyjne, ale przy tym kompozycyjnie zawiłe i umiejętnie wymiatające. Trudno wierzyć, że reprezentanci Washington D.C. nagrają jeszcze kiedyś drugie Pony Express Record, ale już dziś dostajemy od nich cd-ka. Oto na pełnej szybkości Shudder To Think rejestruje swój reunionowy koncert i wydaje go pod tytułem Live From Home. Fajny przekrój, zarówno dla starych fanów, jak i dla tych jeszcze niezorientowanych w temacie.

Vicious Circle
Pale Blue Dot to solidna łupanina w klimacie 80's Dischordów, a jeszcze bardziej ubiegłorocznego Fucked Up, Refused czy nawet Mastodona. Głośne i epickie. Wszystko byłoby proste (i trochę nudnawe), tyle że, od czasu do czasu, te wymiatacze przetasowywane są zrezygnowanymi lo-fi'owymi kompozycjami ("For Carl") – i to jest nawet ciekawe. Nagrane przez Jonaha Falco z Fucked Up, co też w zasadzie słychać. Nie będę z tym często obcował, ale nie rozstajemy się jeszcze.

We Versus The Shark
Jedna z najsmutniejszych wiadomości tego roku. Wygląda na to, że na naszych oczach rozpada się jeden z najbardziej zajebistych zespołów w swojej branży. Najpierw Sam a teraz wydaje się, że Scott. Cóż, wszyscy się starzejemy… tyle, że nie wszyscy z tego tytułu nagrywamy takie "This Graceless Planet", więc, kurde, nie róbcie nam tego! Będąc w Polsce, zapewniali, że po powrocie do Georgii zabierają się za nagrywki – miejmy nadzieję, że chociaż ten trzeci album zdoła ujrzeć światło dzienne. Gdyby jednak miało się stać najgorsze, to wrocławski koncert urósłby w moich oczach do rangi wydarzenia iście magicznego. Zwłaszcza, że przylazło 15 osób. Łyso wam?

Wicked Awesomes
Prawdopodobnie najbardziej kreatywne dziełko z pogranicza garażu, psychodeli i punku, jakie słyszałem w 2009. Co, niestety, oznacza dość spory problem z tagowaniem. Oczywiście Punk Holograms najbliżej do Sonic Youth z okresu Daydream Nation, ale to jeszcze nie załatwia sprawy, bo jeszcze słychać Stooges, Joy Division, Black Flag i inne. Za przystawkę obierzcie sobie "Ghost Beach", pełniący rolę singla, który powinien podejść także chillwave'owcom.. Bardzo równy i zaskakująco przystępny, jak na swoją niskobudżetową produkcję, album, do którego nie zrażają nawet tytuły tj.: "You Never Invite Me to Your Heavy Metal Vomit Parties".

Woody Alien
A co tam, miejmy na koniec jakiś polski akcent. Swego czasu już trochę napisałem, ale warto przypomnieć, że Ci goście robią kawał dobrej roboty i powinni z zadowoleniem wspominać 2009, kiedy to nagrali dobrą płytę i odbyli jakieś 4 miliony koncertów (plus ze 2 jako Plum). Możecie mi wytknąć, że przecież Microgod podoba mi się mniej niż Pee & Poo In My Favorite Loo!!, a mimo to nie marudzę. No właśnie, jakoś jestem zaskakująco spokojny o przyszłość duetu. Zresztą pewnie i tak wszystko wyjaśni się już w 2010. Ale po drodze jeszcze nowy Plum. Chłopaki, ileż można jechać na tym koksie?

Widzimy się za rok.

Jan Błaszczak, Grudzień 2009

BIEŻĄCE
Porcys 20.0: 20 porcyscore'owych płyt na 20-lecie serwisu
Wywiad z Young Leosią