SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja: Metal

4 kwietnia 2007



Rekapitulacja kwartalna (styczeń-marzec 2007): Metal

W poprzednim odcinku: Paweł uprzedził decyzję starszyzny i zgłosił się na ochotnika do eksploracji dzikiej i niezbadanej krainy metalu, by ku chwale Porcys odkrywać nowe pasjonujące muzyczne pastwiska, nawiązać kontakt z autochtonami i ewentualnie werbować spośród nich tych, którzy skłonni są nawrócić się na jedynie słuszną drogę Niezalu. We chwytającej za serce scenie pożegnania Borys uściskał śmiałka, Michał pokazał mu parę obezwładniających chwytów, których nauczył się z filmów z Jackie Chanem, a Zelda wręczyła magiczny wywar ze świńskich racic oraz amulet z żabiej łapki, poczym nasz bohater przy dodających otuchy okrzykach reszty ekipy wyruszył w nieznane. Tyle tytułem niezobowiązującego wstępu, przejdźmy do interesów.

Zacznijmy może od Greków z Rotting Christ i ich nowego krążka Theogonia. Nooo, bardzo przyjemny black-metal z odrobiną ciekawych brzmieniowych chwytów w postaci piszczałek miejscowych pastuchów, gregoriańskich mruczanek i takich tam regionalnych suwenirów w sam raz dla turystów. Mają wpadające w ucho riffy, mają wokalistę zawodzącego po angielsku z cieszącym pogańskie ucho kanciastym helleńskim akcentem – cóż więcej potrzeba by zadowolić Rogatego?

Furze to z kolei projekt jakiegoś dowcipnisia z Norwegi, albo wizjonera; cholera, trudno się domyśleć czy pod tymi groteskowo umalowanymi mordami kryje się błazeński uśmieszek, czy sataniczny grymas. Nieważne, UTD to split z... samym sobą, oba mini-albumy mają tak idiotycznie nazwy, że wybaczycie mi ten solidny wypełniacz, ale MUSZĘ je przytoczyć: Beneath The Odd-Edge Sounds To The Twilight Contract Of The Black Fascist vs. The Wealth Of The Penetration In The Abstract Paradigmas Of Satan MISTRZOSTWO. Ale ale, sama muzyka też niczego sobie, pojebane bombastyczne jazdy na włochatej kuli sfuzzowanej gitary podparte porządną perkusyjną robotą pałkera Satyriconu niejakiego Frosta (loool Śnieżynka, ja pierdolę kochani, wy może tego nie wiecie – no bo niby skąd? – ale ci popaprańcy wykazują najwyższą lotność w dziedzinie wymyślania sobie arcyabsurdalnych ksywek). No i wokal, nie jest jakąś dominantą, ale różne jego wariacje, powijające się tam gdzieś w tle miksu, każą mi podejrzewać, że w ich nagrani brali udział państwo Gucwińscy i ich podopieczni, bo cholera raz coś tam ryczy jak głodny kojot, a innym razem piszczy jak pieprzony myszoskoczek! Jakkolwiek głupkowato wypadła ta płyta w moim opisie to oprócz oryginalności na tle zwyczajowego black-metalowego pitu-pitu na jej korzyść przemawia również fakt, że generalnie słuchanie jej to czysta frajda.

Jeśli jesteśmy już przy nietuzinkowym brzmieniu, to pora zapoznać nas z szefem tutaj dzisiejszej rekapy i w ogóle metalu w tym kwartale. DHG (Dødheimsgard) Supervillain Outcast to album, który spotkał się z największym poklaskiem wśród kołtuniastej dziczy i nie pozostaje mi nic innego jak się pod tym podpisać. Norweski band, skądinąd znani z otwartego podejścia do metalowej formuły, postanowił pójść na całość i przetestować ile pojebanych pomysłów uda im się wsadzić na jeden album. Wychodzi z tego dość ostra jazda: trochę thrashowej młócki (miejscami bardziej piosenkowej), przerywana dziwacznymi skitami w klimacie chorału gregoriańskiego, dużej ilości dark-wave'owej i industrialowej elektroniki. Brzmi to jak nic czego było mi dane do tej pory uświadczyć, i sądząc po reakcji bardziej kompetentnych kolegów po fachu, nie jest to wynik mojej ignorancji w temacie.

Nagelfar, Naglfar w mitologii nordyckiej statek zbudowany z paznokci zmarłych, na którym w dniu ragnarök przypłyną jedni z wrogów bogów. Komendę nad Naglfarem obejmie olbrzym Ymir, a przy jego sterze stanie Loki. Dysponując tak zajebistą nazwą granie przyzwoitego metalu to już tylko formalność. Nic dziwnego, że nazwą tą legitymowały się dwa zespoły. Pierwszy, szwedzki, bez "e" między "g"i "l", bardziej interesujący nas z perspektywy tej rekapitulacji, wydał właśnie piąty album Harvest. Kolesie grają black-metal z elementami death-metalu, mają fajne melodie, wokal nadający się do reklamy przewlekłego zapalenia strun głosowych, czyli wszystko co sprawi, że na twarzy nawet najsroższego Vikinga zagości uśmiech. Drugi, niemiecki, z "e", padł co prawda w roku 2001 ale ich ostatnie tchnienie pod nazwą Virus West miało reedycje w zeszłym roku i na moje ucho ich progresywno-black-metalowe jazdy mogą sprawić jeszcze więcej radochy.

Death-metal nigdy nie przestanie mnie zaskakiwać kipiącymi weń pokładami gówna czekającymi tylko na śmiałków, którzy je odkorkują i zamienią na gejzer tryskający strumieniem cieplutkiego i aromatycznego fekału. Vital Remains na swoim Icons Of Evil po prostu okradają samych siebie z godności. Nie to, że mam coś przeciwko epatowaniem symboliką ukrzyżowania Jezusa na ich okładce, bynajmniej nie mającego zachęcić mnie do wielkanocnej zadumy. Ja stary ateusz ani w Boga, ani tym bardziej w Szatana nie wierzę. Chociaż chyba w któregoś będę musiał zacząć, bo to co tu się dzieje nie może być dziełem ewolucji, naturalnej selekcji czy nawet pieprzonego UFO. A wyglądało to tak: zarzuciłem sobie kawałek z ich Myspace, mający zachęcić mnie do zakupu ich płyty. Zaczyna się całkiem spoko, agresywna napierdalanka po garach, mocarne riffy i nagle po kilkunastu sekundach TO... CO TO KURWA JEST?! Ludzieeee, tego by sam pieprzony George Lucas nie wymyślił! To nie jest żaden potwór ani mutant, ani w ogóle żadna forma życia oparta na węglu, ani krzemie, ani kurwa nawet gumie do żucia przyklejonej pod ławką... To jest gadające ujście zlewu! Tak! Mój zlew wydaje taki odgłos jak spływa z niego woda! Potem się okazuje ze ich jest dwóch: jeden o głębszym tonie wydaje z siebie odgłosy podobne do puszczenia bąków w czasie kąpieli w wannie; drugi, taki raczej backing vocal, piszczy jak Toudi po kastracji. No ręce opadają, toć gdyby w nocy nawiedził mnie Szatan i takim głosikiem skłaniał do podpalenia paru kościołów, oczywiście abstrahując od tego, że większość polskich świątyń to betonowe bunkry przystosowane do przetrwania ataku nuklearnego, a co dopiero jakiegoś pożaru, to uprzejmie bym mu odmówił, za to gorąco namawiałbym go do zrobieniem paru dubbingów w stylu Borewicza. Już nawet nie chce mi się wspominać o perkusji, która tutaj, zgodnie z death-metalową tradycją, dużymi połaciami przybiera karykaturalną postać bicia rekordu bpm, jakby kurwa zaraz mieli wprowadzić jakiś protokół z Kioto ograniczający liczbę uderzeń w bęben dla pałkerów i gościu chciał w akcie protestu popełnić seppuku napierdalając w werbel póki nie padnie z wycieńczenia. Z tego wszystkiego to tylko gitarzysta mógłby przykuć moją uwagę, gdybym oczywiście miał kiedykolwiek jeszcze fantazję zapuścić sobie ich płytę. Się uniosłem, przepraszam wrażliwych.

Z początku myślałem, że Nadja i krążek Touched to propozycja francuskiego przemysłu fonograficznego, jakaś taka urocza dajmy na to algierska wokalistka pop-R'nB, finalistka lokalnego Idola. Później zobaczyłem okładkę i okazało się, że dziewczyna najprawdopodobniej przeszła niedawno jakieś burzliwe rozstanie, dalej przeczytałem nazwy utworów w guście "Mutagen" czy "Flowers Of Flesh" i skonstatowałem, że laska musi mieć poważne problemy upoważniające ją do wizyty u specjalisty od psychicznych. Na szczęście zapuściłem sobie płytę i odetchnąłem z ulgą, bo Nadja okazała się ambitnie doomowym projektem dwóch Niemców w guście Sunn 0))) poszerzonym o elektronikę, co mnie osobiście bardzo cieszy i odpowiada o wiele bardziej niż odjazdy jakiejś znerwicowanej divy na prochach... Chociaż...

Teraz będzie o Jesu, czyli coś dla was indie-pierdzimajtki co się boicie zamoczyć nogawki w prawdziwym ścierwie tworzonym na pohybel Jego Mroczności i potrzebujecie jakiś ciotowskich post-sraczko-metalo-shoegazowych substytutów (yeah, to zabrzmiało profesjonalnie, ciekawe ile płacą w "Metal Hammerze"?). Conqueror podąża ścieżką wyznaczoną przez zeszłoroczną EP-kę Silver, czyli same old Jesu shit. Zdecydowanie najbardziej luzacka propozycja z całej dzisiejszej rekapy: ładne, nudnawe ale ładne, tylko po tej całej ostrej młócce wokale zaczynają wydawać mi się jakieś takie... ok, koniec z metalem na najbliższy tydzień.

Info za Wikipedią: Gods Of War to najnowszy album koncepcyjny grupy Manowar, którego głównym tematem są Bogowie nordyccy. Tytuły kawałków dopełniają obrazu: "Overture To Odin", "Die For Metal". Generalnie jak widać humor panów nie opuszcza, dołóżcie do tego obcisłe skórzane gatki z cekinami i mamy gay–metalową płytę roku.

Teraz jeszcze zwyczajowy kącik patriotyczny. Katowicki Crystal Viper swoim The Curse Of Crystal Viper wskrzeszają najprawdziwszy heavy-metal, taki co znamy z filmów z lat 80-tych i teledysków Iron Miden gdy mieli takie śmieszne fryzury i spodnie z lycry. Na wokalu śpiewa pani o uroczym pseudo Leather Wych (yup, już wspominałem o tym fenomenie, z resztą sprawdzajcie resztę składu: Tommy Roxx, Andy Wave, Vicky Vick, Golem) i robi to rewelacyjnie, no może poza lekkimi naleciałościami akcentowymi. Gitarka ma smakowite plastikowe naleciałości 8-bitowego efektu (Pegasus też był 8-bitowy, to zobowiązuje) i generalnie grają kozackie Van Halenowe solówki. Na mój gust murowany kandydat do Porcastu, Borys I'm looking at ya...

Disclaimer: Autor, z racji na amatorski stosunek do tematu, nie ponosi odpowiedzialności za braki w warstwie merytoryczno-faktograficznej tekstu. Jeżeli uważasz, że pominięty został jakiś istotny element, ważny dla metalowego folkloru w minionym kwartale, koniecznie daj mi o tym znać! Jeżeli uważasz, że zespół X nie jest prawdziwym reprezentantem stylu Y, albo, że twoja ulubiona grupa został skrzywdzony pejoratywnymi epitetami Autora, albo w końcu masz po prostu altruistyczną ochotę wyrazić swoje zniesmaczenie z powodu powyższego tekstu, wiedz, że CIEMNOŚĆ, która cię spowija wynika z tego, iż Autor ma ciebie i twoje zdanie, przynajmniej koncepcyjnie, w DUPIE.

Paweł Nowotarski, kwiecień 2007

BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"