SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja 2018: Azja

9 stycznia 2019

Witajcie, w końcu przyszedł czas na azjatycką muzykę na Porcys w większym wymiarze. Oczywiście wszystko przez mały czas czasu, ale mam nadzieję, że w 2019 roku będzie trochę lepiej i w jakiejś formie uda mi się popisać trochę w Orient Expressie. Tymczasem 2018 rok był dla muzyki azjatyckiej całkiem ciekawy: jak zwykle sporo kpopowych singli, które rozświetlają mainstreamową część tej zabawy, sporo projektów poważniejszych, niezalowych i tych na granicy żartu. Płyt wybitnych nie stwierdziłem, piosenek również, ale kilka z wymienionych poniżej rzeczy na pewno zostanie ze mną na dłuższy bądź krótszy czas. W zestawieniu moich ulubionych płyt znalazło się miejsce dla ambientu, prog i jazz-rocka, k i j-popu, micro-house'u, vaporwave'u, synth-popu, minimalizmu, noise-rocka, post-punka, IDM-u, folku, folkotroniki, lo-fi emo czy chociażby sophisti-popu. Z selekcji singlowej rezygnuję, bo w czasach streamingów wystarczy plejka – a na niej 60 tracków, które kojarzą mi się z azjatyckimi dźwiękami 2018 roku. To tyle, zapraszam do zerkania i być może odkrywania.

PS. O kilku rzeczach wspomniałem już wcześniej (dokłanie w Orient Expressie #16), więc dodałem tylko dopisek tam, gdzie powinien się znaleźć.


Alva Noto / Ryuichi Sakamoto: Glass

Alva Noto / Ryuichi Sakamoto
Glass
[Noton]

Słuchając tej kompozycji czuję się, jakbym był zamknięty w jakiejś odrealnionej jaskini na zupełnie innej planecie. Czuję niepokój, ale nie strach, jestem ciekawy, ale nie znudzony. To jak muzyka z art-house'owego horroru, w którym dba się o każdy detal tkanki i faktury. Ale tak jest tylko przez pewien czas, bo później opuszczam moją wyimaginowaną jaskinię, mogę na własne oczy (uszy) przekonać się, jak wygląda nowy świat wokół mnie. To coś w rodzaju kosmicznego new-age'u, który fascynuje cały czas, dlatego napięcie nie spada nawet na moment. No i warto wytrwać do końca, którego nie zdradzę (Orient Express #16).

posłuchaj


April: The Blue (EP)

April
The Blue (EP)
[WYT]

Bardzo lubię, gdy ktoś potrafi umieścić na płycie 5 piosenek, które mogłyby być singlami. Jest tu tylko jedna ballada – kończąca małą płytkę "Stand By Me", ale kompozycja i unoszący się refren nie pozwalają na krytykę (chyba mój faworyt). Ale po kolei: "The Blue Bird" to wypieszczony k-pop z bezbłędnie wyważonymi akcentami, "Beep" to już zwiększenie tempa i przeskok na bangerowe rejestry. Nie ma tu jednak mowy o przesadzie (zwróćmy choćby uwagę na mostek na wysokości 2:47) – dziewczyny mają wszystko pod kontrolą. "Angel Song" to zdaje się najbardziej letni song w kolekcji, ale wcale nie obniża poziomu (Orient Express #16).

posłuchaj


Aseul: Asobi

Aseul
Asobi (EP)
[Astro Kidz]

Aseul na dobre zakochała się w synth-popie i zdaje się, że wszystkim wyszło to na dobre. Jasne, jej wcześniejsze, bardziej dreamowe rzeczy (których aura tutaj też jest w pewien sposób obecna, bo weźmy chociażby atmosferę "Sandcastles" czy higjlight "Always With You") były całkiem przyjemne i "ładne" (singiel "Loveless"), ale dopiero bardziej przebojowe i ściślej popowe piosenki pokazały potencjał dziewczyny. Dodatkowo Asobi jest cenne również dlatego, że pokazuje koreański pop, który wyrasta niejako z niezależnego rdzenia – kpop jest fajny, ale nie tylko ta forma liczy się w Korei Południowej jeśli chodzi o muzykę popularną. Ja tam życzę Aseul samych sukcesów, bo już w tej chwili zyskała jakąś uwagę mniejszych i większych mediów, a jej kolejny ruch może przynieść jej i nam jeszcze więcej dobra.

posłuchaj


BoA: One Shot, Two Shot (EP)

BoA
One Shot, Two Shot (EP)
[Avex / SM Entertainment]

W tym roku Koreanka powróciła na dwa fronty: japoński (album Kono Mama De Li No Kana) i rodzimy. One Shot, Two Shot to kolejny (bo zdecydowanie nie pierwszy) mini-album singerki po stronie koreańskiej. Oczywiście od pierwszych sekund błyszczy tytułowy kawałek, który wyjaśnia dogłębnie, na czym polega dance'owe r&b w Korei. Potem jest trochę delikatniej ("Everybody Knows"), ale cały czas interesująco – śpiewane frazy szybko wchodzą do głowy. "Nega Dola" to z kolei sprawny mariaż gitar i syntezatorów w popowym ujęciu – również plus. I właściwie każdy indeks jakoś się broni, nawet jeśli daleko mu do perfekcji ("Your Song") (Orient Express #16).

posłuchaj


Callme: Hello No Buddy (EP)

Callme
Hello No Buddy (EP)
[Avex]

Na mini-albumie Hello No Buddy, najnowszym wydawnictwie dziewcząt, zaskoczeń więc nie ma – już od ocieplonego chiptunem r&b w tytułowym kawałku wszystko zmierza w znanym, ale jakże przyjemnym kierunku. Ale to pod drugim indeksem kryje się najbardziej, moim zdaniem, ripitowalny track, czyli wyperfumowany "You Don't Know Me". Jednak trochę mniej przekonują mnie momenty, w których Callme uciekają w populistyczny, stadionowy j-pop ("Don't Be Afraid") lub robiącą niezłe wrażenie, ładną balladę "Prayer", która choć pokazuje inną stronę zespołu, to niewiele tutaj wnosi. Zdecydowanie wolę takie piosenki jak "All I Need", które może nie błyszczą oryginalnością, to jednak są znacznie bardziej wyrazistsze. Żadna piosenka mnie tutaj "nie boli", więc jak najbardziej polecam posłuchać całość (Orient Express #16).

posłuchaj


Fishdoll: Noonsense

Fishdoll
Noonsense
[Paxico]

To jedna z najbardziej zaskakujących mnie azjatyckich płyt zeszłego roku. Jakoś średnio kojarzę to, co dzieje się w chińskim popie i raczej nie oczekuję od niego wiele, a tu nagle pojawia się ktoś taki, jak Fishdoll i nieco przewraca mój pogląd. Noonsense to dziwny zlepek tanecznego popu, przystępnego IDM-u, trip-hopu, alternatywnego r&b czy nawet muzyki filmowej, który zaskakuje świadomością, doborem środków i niezwykle aktualną produkcją. Brzmi to jak nieco bardziej wyswobodzona z popu wersja Negative Gemini lub Laurel Halo z ostatniego longplaya Dust (dobrym przykładem będzie "Black Feather") – nieważne, czy piosenki pływają w jakmimś gęstym, ambientowym roztworze ("Blueeyce"), brzmią jak jakiś przypis do produkcji Prefuse 73 ("Bejing Well" czy znakmoity "Bubbling Bop"), w każdym wariancie Fishdoll odnajduje się świetnie. Jestem bardzo zaintrygowany i czekam na dalszy rozwój wypadków i zdecydowanie zwracam waszą uwagę na ten frapujący mały zbiór tracków.

posłuchaj


Foodman: Aru Otoko No Densetsu

Foodman
Aru Otoko No Densetsu
[Sun Ark]

Nie mogę do końca przekonać się do dekonstrukcji footworku wykonywanej przez Foodmana, bo trochę pachnie mi to wszystko niezbyt precyzyjnym eksperymentem bez większego sensu, ale przyznaję, że to wydawnictwo jakoś mnie ruszyło. Co prawda, nadal sporo tu randomowej rytmiki (w moim odczuciu), ale Japończyk punktuje tu i broni się dzięki umiejętnemu zagospodarowaniu przestrzeni ambientowym tłem. Gdzieś tam na drugim czy trzecim planie wreszcie zacząłem dostrzegać spoiwo dla wymyślnych, pociętych samplowych klocków i całość nabrała namacalnego kształtu (przypomina mi się eksperymentalny japoński pop z lat 80.), a dzięki temu poszukiwania zdają się mieć jakiś cel. Nie wiem dokładnie jaki, ale tym razem zupełnie mnie to nie obchodzi, skoro jestem zadowlony ze słuchania. Tak trzymać. Plus warto jeszcze sprawdzić EP-kę Moriyama.

posłuchaj


GOT7: Present : You

GOT7
Present: You
[JYP Entertainment]

Kpop w męskim wydaniu (doh) nigdy jakoś specjalnie mnie nie przekonywał, bo zbyt często popadał w przeestetyzowanie i cierpiał z powodu chałturniczych EDM-owych zapędów i marnych ballad. Wyjątkiem w tym roku okazuje się boysband GOT7, który dzięki znakomitej produkcji pokazuje, że wszystko jest możliwe. Argument na poparcie tezy? Pierwszy z brzegu – opener "Lullaby", gdzie dziej się tak wiele, że trudno ogarnąć za pierwszym odsłuchem. W dodatku przypomina nagrywki Lido, gdy ten był w formie. Potem wcale nie jest gorzej: "Enough", "No One Eles " czy balladowy "Sunrise" pokazują, że fuzja kpopowego trapu i r&b w wydaniu chłopięcym może się udać. Jasne, druga część albumu nieco odstaje jak dla mnie, ale i tak słuchałem bez marudzenia.

posłuchaj


H.Takahashi: Low Power

H.Takahashi
Low Power
[White Paddy Mountain]

H.Takahashi w tym roku został zauważony w kilku miejscach i bardzo mnie to cieszy. Członek tria Unknown Me zajmuje się delikatnym wyciszonym ambientem, który trochę kojarzy mi się z tym, co robi Jonny Nash, a więc inny kolega badający introwertyczną stronę dźwięku. Low Power to zestaw kilku kojących impresji, w których kryje się ciepło i uczucie, a nie bezbarwny muzak. Dość nietypowy ambient z dzisiejszych czasów, ale mam wrażenie, że wraca moda na taką estetykę – tutaj można chyba wskazać Hiroshiego Yoshimurę jako jednego z patronów tej odmiany (oczywiście wiadomych tropów w postaci na przykład Briana Eno nie ma sensu przytaczać). Inną sprawą jest to, że właśnie takiej dawki uspokajającej muzyki szukam na co dzień i między innymi dlatego tegoroczne rzeczy od Takahashiego bardzo mi PODESZŁY (przypomnę, zę Low Power to tylko jeden album Japończyka z 2018 roku – można też sięgnąć po bardziej new-age'owy Escapism). No i jak doskonale się przy tym śni.

posłuchaj


Haruruinu Love Dog Tenshi: Lost Lost Dust Dream

Haruruinu Love Dog Tenshi
Lost Lost Dust Dream
[Ourlanguage]

To z kolei ciekawy przykład damskiego r&b trapu szukającego ujścia w nieszablonowym art-popie. Rozmazane, postrzępione, zamglone piosenki niby stąpają po mainstreamowym gruncie, ale co chwilę jedna kończyna odrywa się od ziemi i szuka sobie innego terenu – ambientu, IDM-u, house'u czy synth-popu. Trochę szkoda, że czasami kawałki są zbyt jednowymiarowe i opierają się na jakimś jednym wariancie, ale gdy tylko Haruruinu przenosi się gdzieś ze swoim skromny r&b, od razu wychodzą z tego ciekawe akcje. Ale gdy na przykład pod koniec wjeżdża skryty "Plasma" z autotune'em to też nie ma powodu do narzekań. A to znaczy, że Lost Lost Dust Dream to coś więcej niż ciekawostka z azjatyckiej ziemi.

posłuchaj


Haru Nemuri: Haru To Shura

Haru Nemuri
Haru To Shura
[Perfect Music]

O tej płycie było naprawdę głośno w niemainstremowych mediach. Nic dziwnego – Haru Nemuri uwiodła większość zgrabnym połączeniem tricotowych riffów osiadających nierzadko w lo-fi'owej glebie z typową dla japońskich muzyków elektroniką, a więc dziwaczną, przegiętą, wywróconą do góry nogami. Do tego sporo brudnych gitar jak z shoegaze'u czy nawet około post-punkowego łupania, no i całkiem interesujące piosenki, które mimo niezbyt popowych czynników potrafią wplątać się do głowy. Zresztą, jeśli dobrze się przysłuchać, to uda się znaleźć wręcz tundrowe igraszki w postaci "Nineteen" (początek). A jeśli ktoś potrafi poskładać w jedną całość słodkość japońskiego popu i zawsze zyskującą szacunek na niezalowej dzielni ALTERNATYWĘ, to bankowo może liczyć na docenienie.

posłuchaj


Ichiko Aoba: qp

Ichiko Aoba
qp
[Victor Entertainment]

Niewiele jest takiej muzyki z Azji, bo umówmy się: nie po to sięga się po japoński pop, żeby znaleźć spokój w folkowych pieśniach. A jednak Ichiko Aoba w jakiś sposób przełamuje ten stereotyp i na swoim albumie qp zanurza się w smutnych oszczędnych piosenkach na akustyku. Niby nic wielkiego, bo temat został już przewałkowany przez tyle wielkich balladzistek i singer/songwriterek, że można by machnąć ręką, ale jakoś trudno odmówić uroku temu tej skromnej kolekcji. Założę się, że część z was, gdy tylko sięgnie po album Ichiko, przyzna mi rację w tej kwestii.

posłuchaj


Joji: Ballads 1

Joji
Ballads 1
[88rising / 12 Tone Music]

Tutaj już całkowicie opuszczamy świat j-popu i zanurzamy się w doskonale znanej od kilkunastu lat stylistyce emo-r&b w lo-fi'owym wydaniu. Jeśli szukać patrona i jednej wielkiej inspiracji dla japońskiego songwritera, to trzeba by postawić na James Blake'a (ale też Bon Iver z ostatniej płyty czy nawet Frank Ocean stoją blisko) – "Slow Dancing In The Dark" raczej nie powstałby tak szybko, gdyby nie dokonania Anglika. Choć jak dla mnie najbardziej uroczym nagraniem jest tu słodki "No Fun" sklecony przez samego Jam City. Szkoda tylko, że nie każdy jutuber potrafi się tak przestawić, jak właśnie Joji.

posłuchaj


Jyocho: The Beautiful Cycle Of Terminal

Jyocho
The Beautiful Cycle Of Terminal
[No Big Deal]

Takiej lekkiej, pop-rockowej muzyki w Japonii jest mnóstwo, ale jednak większość jest zbyt schematyczna i pozbawiona jakichkolwiek indywidualnych cech. Jyocho to wyjątek, a udaje się jej to dzięki songwritingowi. Zamiast utartych rozwiązań woli nieco pokomplikować piosenki i próbuje wydusić z nich coś więcej. Idzie za tym umiejętność w tworzeniu zapamiętywalnych motywów, które są wypadkową folkowej kruchości i precyzyjnego math-rocka z Japonii (od Tricot nie da się uciec). Jeśli nie jesteście przekonani, to sprawdźcie "Aporię" przypominającą mi na przykład Spangle Call Lilli Line czy mniej elektryczny utwór tytułowy i wtedy będziecie wiedzieć, czy The Beautiful Cycle Of Terminal jest dla was.

posłuchaj


Kikagaku Moyo: Masana Temples

Kikagaku Moyo
Masana Temples
[Guruguru Brain]

W openerze pojawia się prawdziwa indiańska uczta z sitarem w roli dania głównego, a czym byłaby muzyka z Azji bez tych orientalnych, wschodnich barw i motywów. Ale Masana Temples to totalnie eklektyczna płyta, gdzie słychać coś z Tame Impala (sekcja w "Dripping Sun"), coś z Can ("Nazo Nazo" czy "Majupose"), a także coś z psych czy hard-rocka z lat 60., a wszystko to okala japońska wyobraźnia i świadomość. Może dziś taka muzyka brzmi mocno anachronicznie (w najlepszym przypadku sentymentalnie), ale od czasu do czasu można sobie chyba zaaplikować i taką dawkę dźwięków. I wcale nie trzeba czuć się oszukanym.

posłuchaj


Koenji Hyakkei Dhorimviskha

Koenji Hyakkei
Dhorimviskha
[Magaibutsu / Skin Graft]

"Jeżeli komuś nie siedzi, na poziomie konceptualnym, cała ta kobajańska jazda Christiana Vandera i jego Magmy, to ukojenie znajdzie w ramionach Dhorimviskha" – pisał red. Tyczka w swoim blurbie o albumie Koenji Hyakkei w drugim odcinku rubryki Equalizer. Ja powiem szczerze, że niby mi osobiście pasuje, ale nie zawsze. Dlatego też przyswoiłem te wariackie jamy na przecięciu prog i jazz-rocka, gdzie udało się zmieścić sporo popowego potencjału. Ja wiem, że pewnie niektórzy znawcy tematu mogę kręcić nosem, bo ta trochę przegięta forma nie każdemu może pasować, ale wydaje mi się, że jeśli posłuchają uważnie, to wciągną się w to granie. Mam wrażenie, że najciekawsze rzeczy dzieją się wtedy, gdy cała akcja schodzi niby na bok i do głosu dochodzą precyzyjnie skomponowane i wzajemnie przeplatające się tematy (dobrze słychać to w chyba moim ulubionym "Djebelaki Zomn"). Przekonani wiedzą, o co chodzi, a reszta niech sprawdza śmiało – nawet jeśli na początku trochę się pomęczycie, to powinniście odnaleźć satysfakcję z poświęconego czasu.

posłuchaj


Lonely Leary: Through The Park, Almost There

Lonely Leary
Through The Park, Almost There
[Maybe Mars]

Pewnie na co dzień nie słuchacie chińskiego post-punka, ale akurat w przypadku Through The Park, Almost There możecie zrobić wyjątek. Brzmi to jak walka o swoje własne prawa za pomocą gitar, ale chyba nietrudno się dziwić. Natomiast jeśli chodzi o samą muzykę, to wyczuwam tu coś na przecięciu A Place To Bury Strangers i naszego rodzimego Kaseciarza (tylko z poważną miną). Może na papierze nie wygląda to jakoś szczególnie znakomicie, ale gdy wjeżdża riff "Summer Begins", to jakoś zapominam o tym, że kompletnie nie słucham już takiej muzyki i raczej mnie nie interesuje. Wydaje mi się, że siłą Lonely Leary jest autentyczność, a że jeszcze potrafią napisać zgrabny numer bez bezsensownych przesterów i darcia mordy? Spoko ziomy.

posłuchaj


Loona: [+ +] (EP)

Loona
[+ +] (EP)
[Blockberry Creative]

Ciąglę upatruję w tym girlsbandzie nowej jakości w k-popie. Na razie wszystko jest dobrze, bo czy dziś trzeba nagrywać album, by potwierdzać swoją pozycję w grze? A już w Korei to w ogóle nieistotne – tu liczą się mordercze single, dzięki którym zdobywa się masową popularność. Loona ma już wiele fajnych singli, w 2018 roku przyszedł czas na EP-kę (właściwie EP-ki, bo była jeszcze Beauty & The Beat) i w tym brzmiącym jak r&b z 2000s na sterydach, ale z trzema łyżkami cukru udało się zamknąć całą specyfikę k-popu. Rozpędzony "Hi High", oldschoolowe "favOriTe" czy skrajnie poptymistyczny "Perfect Love" – to są zapewnienia, że Loona jeszcze całkiem długo będzie mnie zadowalać super piosenkami. Czekam na więcej, więcej i więcej.

posłuchaj


Mid-Air Thief: Crumbling

Mid-Air Thief
Crumbling
[self-released]

Uprawiający folktronikę Koreańczycy zgarnęli całkiem sporo propsów w zeszłym roku – także w naszym biurowcu znajdzie się sporo szalikowców ich debiutu. Ja osobiście jakoś nie mogę przekonać się całkowicie do tej płyty: jasne, spoko kombinują dzieciaki, mają SMYKAŁKĘ to tworzenia piosenkowych struktur i słychać u nich też ciekawe inspiracje (od Four Teta przez cały blok kapelek w stylu Grizzly Bear), ale coś mi ciągle nie gra. Może nie potrzebuję zbytnio takiej muzyki? Może trochę "trąci myszką"? Może to jednak nie moje granie, jeśli chodzi o songwriting? A może dlatego, że jakoś za szybko kończą to, co zaczęli? Weźmy na przykład "Curve And Light": dlaczego ten kawałek zmienia się po upływie minuty i piętnastu sekund!? Ta początkowa minuta z hakiem to coś w rodzaju mojego popu marzeń tej dekady – błogi prog-pop z cudnymi przenikającymi się motywami w obrębie jednego wymuskanego motywu przywołującego ducha J*Davey. Niestety potem wkracza jakaś próba przemycenia Sigur Rós i czar pryska. No nic to, na razie mamy niezły początek w wykonaniu Mid-Air Thief, zobaczymy, jak dalej potoczą się ich losy.

posłuchaj


Midori Takada & Lafawndah: Le Renard Bleu

Midori Takada & Lafawndah
Le Renard Bleu
[New Masterpiece]

Midori Takada wróciła z nowym utworem – dla mnie to był całkiem niezły news, nie wiem, co państwo myśleli. Pewnie kojarzycie tę zasłużoną perkusistkę i kompozytorkę z albumu Through The Looking Glass (słusznie zresztą), więc słuchając jest najnowszej kompozycji powinniście być usatysfakcjonowani. Może żadne cuda się tu nie dzieją, a wiśnie nadal kwitną w spokoju, ale już samo to, że Takada wraz z nowojorską wokalistką Lafawndah poniekąd wraca do tej samej rzeki mnie ucieszyło. A więc znowu mamy medytacyjny minimalizm i prawdziwy nektar dla ducha. Całość nosi znamiona nieco awangardowych pieśni z ostatnich albumów Björk, co nie jest żadną nowością u Japonki. Pozostaje mi tylko gorąco zachęcić was do wysłuchania tego trwającego raptem 20 minut utwory i skosztowania choć odrobiny japońskiej duchowości.

posłuchaj


No Kissa: No Kissa

No Kissa
No Kissa
[New Masterpiece]

Vaporwave? Ambient? Screw? To z notki na Bandcampie. Rzeczywiście No Kissa topią się gdzieś między ambientowymi mirażami Dream Catalogue, ale robią to całkiem zgrabnie i fachowo. Ten ich rozmyty vaporwave może nie brzmi już dziś specjalnie świeżo czy odkrywczo, ale wciąż niesie za sobą klimat niepodrabialny i unikalny. A dla mnie, czyli osoby, dla której vaporwave to lekka ściema (bo czasem wystarczy znaleźć zapomniany synth-popowy SZLAGIER z lat 80., zwolnić go mocno i mamy vaporwave) ma to jednak spore znaczenie: posłuchajcie No Kissa, bo w tych vaporowych mgłach czai się dramatyczny western, soft rockowa zgadywanka, fortepianowe malowidła z nawiedzonego domu czy po prostu prostolinijny ambient na sam koniec.

posłuchaj


Pasocom Music Club: Dream Walk

Pasocom Music Club
Dream Walk
[self-released]

O tym projekciku już kilka razy pisałem, ale zdaje się że dopiero w 2018 roku udało się stworzyć pełnoprawny album. Dream Walk to dziwaczny, retro-avant dance-pop, na którym pełno starych sampli, disco motywów, bajerów z najróżniejszych szufladek, ale znalazło się też miejsce dla j-popu w podobie Satellite Young (myślę o kawałku "Oldnewtown"). Uproszczając sprawę: pomyślcie, że Pasocom Music Club to taka japońska wersja The Samps, a więc mniej więcej podobny stopień mieszania tanecznych komponentów (dance, vapor, chillwave, retro-disco), ale japoński odpowiednik jest bardziej zachowawczy i skromniejszy. Polecam obadać.

posłuchaj


Passepied: Neon To Tora (EP)

Passepied
Neon To Tora (EP)
[Warner Music Japan ]

Mimo wydawniczej PŁODNOŚCI japoński skład "nie schodzi poniżej pewnego poziomu", więc ze spokojem można sięgnąć po Neon To Tora, czyli najnowszy mini-album składu. Okej, może nie jest to jakieś wybijające się wydawnictwo w ich równiutkiej dyskografii, ale już witający nas z miejsca tytułowy opener z kapitalnie poprowadzonymi synthami, "połamanymi" akordami i centralną przebojowością trzeba wpisać na wyimaginowaną listę the best of Passepied. Później, co trochę mnie zaskakuje, więcej tu gitar, tak jakby zespołowi brakowało takiego grania. Z zadania wywiązują się całkiem nieźle (solidne "Matinée" czy zadziorne "Kakurenbo" jako przykłady), ale dopiero gdy znowu zaczynają "grzebać" przy kompozycji ("Tobiuo") i gdy stawiają na klawisze (jak w spoglądającym w stronę post-disco "Orange"), dostaję to, na co czekam (Orient Express #16).

posłuchaj


Shinichi Atobe: Heat

Shinichi Atobe
Heat
[DDS]

Shinichi Atobe kolejny już raz ląduje w zestawieniu moich ulubionych azjatyckich wydawnictw roku, ale czy może być inaczej? Japończyk z każdym rokiem rozwija się coraz bardziej, a każdy kolejny manewr, jaki wykonuje, pasuje mi jeszcze bardziej. Tym razem producent postanowił HARATAĆ W GAŁĘ z samym Sasu Ripattim, czego koronnym przykładem jest trwający ponad 12 minut, zabójczy opener "So Good, So Right". Atobe udała się jeszcze jedna rzecz: przeskoczył nieco uschematyzowany format outsider-house'u (podobnie zresztą jak Ross From Friends, ale to inna bajka) i właściwe teraz to on rozkłada karty w tej grze. No i jeszcze najśmieszniejszy track w zestawie, czyli "Heat 4" – jakiś czas temu, podczas spaceru, słuchałem tego na małych słuchawkach i myślałem, że dokumentnie się spieprzyły. Na szczęście już w domowym zaciszu okazało się, że ze słuchawkami wszystko jest w porządku, a track po prostu jest tak przedziwny.

posłuchaj


Suiyōbi No Campanera: Galapagos

Suiyōbi No Campanera
Galapagos
[Warner Music Japan]

Najmniej przebojowa, wręcz stonowana płyta Suiyōbi No Campanera. Absolutnie rozumiem delikatną zmianę kierunku: w nowej muzyce wszystko niesamowicie szybko kostnieje, więc cały czas trzeba szukać pomysłów na wskrzeszenie swoich pomysłów. Jeśli traktować tę najnowszą wypowiedź formacji jako sprawozdanie z wycieczki na Galapagos, to ciężko będzie się do czegoś przyczepić, bo jest tu i atmosfera ciepłych nocy, egzotycznych warunków, tropikalne bity (od minimal techno do post-EDMu) i spora dawka czegoś niedostępnego nam na co dzień. Muszę jednak wspomnieć o jednym: w tym szaleńczym wariackim pędzie, do jakiego przyzwyczaiła nas Wednesday Campanella (można też i tak) kryło się wiele kapitalnych rozwiązań wokół postmodernicznego dance'u. Na Galapagoś trochę tego zabrakło, no ale czy "Picasso" nie zachwyca wypieszczoną tkanką producencką? Czy "Melos" nie chwyta za poptymistyczne serce? Czy "The Sand Castle" nie jest hołdem dla japońskiego ambient-popu z lat 80.? A więc wszystko jest tak, jak powinno. Czekam na kolejny materiał i jeszcze raz dzięki za rozjebanie eksperymentalnego namiotu na zeszłorocznym OFFie.

posłuchaj


Sunset Rollercoaster: Cassa Nova

Sunset Rollercoaster
Cassa Nova
[Warner / Chappell Music Taiwan Ltd. ]

To teraz wycieczka to Tajwanu, gdzie żyje sobie taki zespolik Sunset Rollercoaster. Nie wiem, jak wy, ale ja pokochałem ich muzykę właściwie od pierwszego posłuchania: to cudownie beztroski, naznaczony ejtisowym synth-popem albumik, który pokochają wszyscy fani Prefab Sporut, Hall & Oates, Scritti Politti, ELO, China Crisis (skreślcie dopiszcie wedle uznania), no i oczywiście Ice Choir, Diogenes Club, Brian Ellis czy Roman À Clef. Nie zapominam o city popie (znajdziecie tu także coś z Tatsuro Yamashity), więc wszystko jest na miejscu. A Cassa Nova to muzyka cudownie niedzisiejsza (chyba że uwzględnimy hasło LATA 80. WRACAJĄ) i właściwie nie mam ochoty na wyróżnianie żadnych piosenek: odpalcie po prostu "Alomst Mature '87" i później już zleci. Dostaniecie kruche post-disco, szlachetny sophisti-pop, delikatny funk (czy boogie funk), czułe ballady i całą masę cudnych LIRYCZNYCH melodyjek (Orient Express #16).

posłuchaj


Takecha: Deep Soundscapes

Takecha
Deep Soundscapes
[Love Potion]

Spoko typ ten Takecha. Trafia ze stylistyką w moje upodobania, choć mam wrażenie, że trochę beznamiętnie podszedł do tematu. Ładnie to wszystko wyklikał i odmierzył jak od linijki, choć do zniewalających wyczynów micro-house trochę mu daleko. Ale jednak wygrywa moja miłość do akufenowego sub-dance'u ("Midnight Things" na pierwszy ogień), toteż Deep Soundscapes mogę polecić, a nie odradzić. Inna sprawa, że przy słuchaniu tej płyty sporo odgrywa klimat i zaangażowanie słuchacza – spróbujcie się skupić na muzyce i wtedy dostrzeżenie, że w tym zapętlonych, robotycznych stuknięciach i puknięciach bitu i rozstrojonych klawiszach czai się nie tylko poprawnie odwzorowany micro-house, ale też jakaś próba zatrzymania czasu. Z wiadomych względów nieudana, ale Takecha to dobry przykład, że cały czas trzeba próbować.

posłuchaj


Tofubeats: Run

Tofubeats
Run
[Warner Music Japan]

Tofu niemal zawsze oferuje jakościowe rzeczy. Szkoda tylko, że porzucił r&b i trochę ugrzązł w takim post-maxowym środowisku dźwięków. Natomiast zawsze broni się stroną producencką swoich tracków – po prostu gość wie, jak zrobić chwytliwy refren, nie boi się autotune'a i ma niezłe wyczucie co do dance-popu. Gdyby tylko był bardziej świadomym songwriterem, to pewnie lepiej spożytkowałby swój talent. No ale: na Run udało mu się wykręcić sporo japońskiego dancefloorowego gówna w różnych odsłonach: między innymi w kwaśnej ("You Make Me Acid"), chilloutowej ("Return To Sender"), 2-stepowej ("Newtown"). Czyli koleś wciąż daje sobie radę, nie skończył się, więc liczę tylko na to, że jakoś odnajdzie się na nowo i wtedy będziemy mogli rozmawiać znacznie poważniej.

posłuchaj


Toyomu: Toyomu

Toyomu
Toyomu
[Traffic]

Toyomu to ten sam koleś, który stworzył swoją własną wersję The Life Of Pablo bez słuchania, więc już wiadomo, że miejsce w Galerii Ludzi Pozytywnie Zakręconych ma jak w banku. Ale Toyomu cały czas klei swoje własne nagrywki: w tym roku na przykład wydał trochę wariackie elektroniczne jamy przypominające remiksy nagrań Yellow Magic Orchestra popełnione przez niezłego szajbusa. Ale żarty żartami, bo koleś potrafi machnąć coś w stylu japońskiego Machindruma ("Maboroshi"), wie, że cały czas trap rządzi światem ("Kitsune-no-Yomeiri"), zna się na żartach prawie jak Todd Rundgren ("Jailhouse Rock"), lubi czasem pobawić się świecącym synth-krautem ("Uran-ni-Kubittake"), no i myśli też o podróżach w kosmos ("Japanese Andromeda"). Więc zapomnijcie o jego skłonnościach do wygłupów i posłuchajcie na poważnie tej płytki – Toyomu serio na to zasługuje.

posłuchaj


Yuragi: Still Dreaming, Still Deafening

Yuragi
Still Dreaming, Still Deafening
[Flake Sounds]

Całe zestawienie kończę chyba dostrzeżonym i docenionym shoegaze'em skrytym na debiutanckiej płycie młodych Japończyków z formacji Yuragi. Nie ma co ukrywać, że Still Dreaming, Still Deafening to jakieś objawienie i nowa jakość w gatunku, ale trzeba przyznać, że ekipa z prefektury Shinga na całkiem obiecującym poziomie opanowała tricki i formalne podstawy shoegaze'owo-dream-popowej materii. Zestaw odniesień ten co zawsze, więc nie będę was zanudzał powtarzanymi od lat nazwami gigantów z lat 90. – powiem tylko, że może materiał zlewa się w jedną całość, ale marzycielskie gapienie się w buty Japończyków powinno spodobać się wszystkim tym, którzy lubią "ładne piosenki". Najbardziej konkretnym strzałem wydaje mi się "Utopia". Jeśli chcecie więcej, to sprawdźcie całość.

posłuchaj


Warto też posłuchać:

Animal Hack: Gift
Bambi: River Run (EP)
BoA: Kono Mama De Li No Kana
Cosmic Girls: WJ Please (EP)
DIA: Summer Ade
Gesu No Kiwami Otome: Suki Nara Towanai
H.Takahashi: Escapism
Humming Urban Stereo: V
iri: Juice
Jay Park: Ask About Me (EP)
Kikuo: Kikuo Miku 5
Kosmo Kat: Rose (EP)
Kudo Kamome: Apple Pie
La Makeup: Matra
Luby Sparks: Luby Sparks
Metome: Dialect
Miyabi: Neo City
Mondo Grosso: Attune / Detune
Naul: Sound Doctrine
Paloalto: Summer Grooves
Pasocom Music Club: Condominium. – Atrium Plants (EP)
Perfume: Future Pop
Utsuro Spark: Static Electricity
Yasutaka Nakata Digital Native
Young Hastle: Love Hastle


A na sam koniec plejka z singlami i album trackami, które jakoś tam definiowały mój rok w Azji.

Tomasz Skowyra    
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie