SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja 2017: Pop

26 grudnia 2017

2017 zapamiętam jako rok, w którym określenie "mainstreamowy pop" ostatecznie przestało dla mnie znaczyć cokolwiek. Wszystko, co najciekawsze w mainstreamie zgarnia rap i nawet największe gwiazdy, takie jak Katy Perry, są skazane na wsparcie w postaci migosowego hip-hopu 3D, natomiast wokalistki pokroju Taylor Swift gubią się nieco, odtwarzając wyeksploatowane schematy popowego gwiazdorstwa. Pojedyncze zwiastuny zmiany (Sophie, Charli XCX) są intrygujące od co najmniej kilku lat, jednak nie wykiełkowały jeszcze w spójną, masową wizję. Jesteśmy więc w okresie przejściowym, ale wcale mi to nie przeszkadza, bo wysokobudżetowy hip-hop wystarczająco zaspokajał mój głód komercji. Nieco na uboczu, pojawiło się jednak wiele wartościowych albumów, otwarcie flirtujących – czy to z pozycji indie, czy r'n'b – z estetyką szeroko pojmowanego poptymizmu. Przed Wami 15 najciekawszych popowych płyt tego roku. Zapraszamy do lektury. –J.Bugdol


Exit Someone: Dry Your Eyes

Exit Someone
Dry Your Eyes (EP)
[Atelier Ciseaux]

"Najbardziej wykwintna EP-ka tego roku". Napisaliśmy o niej chyba najwięcej w POLSKIM INTERNECIE. Duet Gillies/Moon nie pozostawił wątpliwości, kto w 2017 rządził w dyskretnym, refleksyjnym sophisti-popie. Bogactwo harmonii dopełniające instrumentalny minimalizm, czyli idealna równowaga między skromnością a songwriterskim rozmachem. Sześć malutkich szkatułek po brzegi wypełnionych słodyczami. Zajadam się od stycznia i wciąż nie mam dość. –J.Bugdol

posłuchaj


Rina Sawayama: RINA

Rina Sawayama
RINA
[self-released]

Cyberpunkowy pop, czyli rzecz z pomiędzy retro-futuryzmu i bycia na czasie. Bycie w niedoczasie? Sawayamie udało się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu – z jednej strony prezentuje nośny, przebojowy pop wyznaczający poniekąd współczesne trendy, z drugiej – wskrzesza tę odnogę lat 80., która do tej pory była penetrowana głównie przez podziemnych hauntologów i amatorów vaporwave'u. Żeby było ciekawiej, gdzieś pomiędzy prześwituje r'n'b wczesnych lat 00. "Sprawa jest w toku", a Sawayama nie zwalnia i AKCELERUJE w stronę chartsów. Bardzo kibicuję. –J.Bugdol

posłuchaj


Alexandria: Cut Of Cloth

Alexandria
Cut Of Cloth
[Awful]

Cut Of Cloth jest naturalnym, do bólu konsekwentnym rozwinięciem zeszłorocznej EP-ki Promise. Wciąż mamy do czynienia z ambientowo-microhouse'owym r'n'b owiniętym wokół wokalu Alexandrii, który koresponduje z chłodem Sade i Lisy Shaw. Czy formuła się wyczerpała? I tak i nie. Na dłuższą metę numery z Cut Of Cloth potrafią zlewać się w jedno, ale dla mnie tegoroczny album i tak jest w ścisłym topie najlepszych płyt r'n'b tego roku. Po prostu nie widzę na horyzoncie nikogo, kto prezentowałby podobnie oryginalną wizję gatunku. Stąd wielki props dla producenta albumu, Ethereala. –J.Bugdol

• posłuchaj


Ducktails: Jersey Devil

Ducktails
Jersey Devil
[New Images]

Pomińmy gorszą część historii, choć przygnębiająca ironia tytułu i tak odwraca uwagę od muzycznych treści. Skupmy się jednak na albumie. Wydaje się, że Mondanile zszedł z powrotem do sypialnianych podziemi, by ochłonąć nieco po próbach z sophisti w skórze indie popu, który miał ambicje na pitchforkowo-festiwalowy rozmach. Bywało lepiej, ale Ducktails wciąż nie zatracił umiejętności przełamywania sztampowego indie, niebanalną hauntologiczną w swoich intencjach harmonią. Posłuchajcie chociażby refrenu "Mannequin" – zrozumiecie o co mi chodzi. –J.Bugdol

• posłuchaj


Moses Sumney: Aromanticism

Moses Sumney
Aromanticism
[Jagjaguwar]

Chciałbym, żeby takich płyt, które łączą swobodę i harmoniczne bogactwo r'n'b ze smutnym, ale sensownym gitarowym plumkaniem było więcej. Sumney na przestrzeni jednego albumu żeni Archera z Björk, doprawiając wszystko paranoicznością Radiohead. Tropy doskonale znane, ciekawie korespondujące z "20-leciem roku 1997", podane jakby "upside-down", nieco sauté, ale wciąż z emocjonalnym uderzeniem. Przyznam, że dla mnie ta płyta, to największy grower roku. Zrazu niepozorna, nieco szkicowa, po kilku odsłuchach odsłania cały ból i smutek. Nawet nie szukajcie na bandcampie popowych futurystów i emo-raperów, bo "tu i teraz" jest na wyciągnięcie ręki. Nad niczym bardziej zeitgeistowym nie zapłaczecie w końcówce tego roku. –J.Bugdol

• posłuchaj


Nite Jewel: Real High

Nite Jewel
Real High
[Gloriette]

Jewel jak to Jewel – tu podrąży disco/house, tam zahaczy o pop, a każdy jej gest spowija słońce, plaża i myśl o miłosnych lub popkulturowych fatamorganach. Jeśli chodzi o modne w podsumowaniach muzycznych narzekanie na politykę, 2017 nie był dla mnie wcale wyjątkowy – był rokiem nadającym się do popowego (a zwłaszcza ambientowego) eskapizmu, jak każdy inny. Najbardziej w ucieczkach "w głąb siebie", pomagał mi właśnie ten album. Pakiet chwytliwych, przemyślanych mini-bangerów był pod ręką przez całe lato, a niejedno poranno-sobotnie śniadanie umilał bas "2 Good 2 Be True". –J.Bugdol

P.S. warto przypomnieć sobie również kolaborację z Omarem S. Sumney miał rację, że żyjemy w latach 80., zapomniał tylko wspomnieć, że Madonna wciąż ma 20-kilka lat i nagrywa z Quincy Jonesem.

• posłuchaj


Lorde: Melodrama

Lorde
Melodrama
[Republic]

Szczerze przyznam, że początkowo ta płyta zupełnie po mnie spłynęła, ale jako że "Green Light" to totalny earworm (jednak), to Melodrama zostaje na dłużej. Trzeba przyznać, że dziewczyna ma talent do singli: swego czasu "Royals" nucili pewnie nie tylko widzowie TVNu. W Kosakowie Lorde mówiła swoim fanom, że zdecydowanie nie jest cool person, tylko luzer jak oni (my). Coś w tym jest. Nie stworzyła płyty roku, ale przyjemny pop dla złamanych serc opłakujących księcia w lśniącej zbroi. –A.Kania

posłuchaj


Kelela: Take Me Apart

Kelela
Take Me Apart
[Warp]

Długogrający debiut Keleli jest elektryzujący ("Waitin"), wciągający ("LMK"), świetny ("Enough"), zmysłowy (każdy), ale nie idealny. Czuć w nim Janet Jackson, vintage, brokat i gwiazdki Milky Waya. Take Me Apart nie jest kolejną płytką alt rnb, w której trudno odróżnić artystę od artysty, a co dopiero utwór od utworu - na Boga, Arca maczał w tym palce, więc jak mogło wyjść z tego jeśli nie coś dobrego, to przynajmniej pokręconego? A, no i w rankingu tegorocznych wydawnictw traktujących o rozstaniach zdecydowanie wygrywa z Melodrama. –A.Kania

posłuchaj


Björk: Utopia

Björk
Utopia
[One Little Indian]

Nigdy nie byłam fanką Björk. I nie piszę tego, dlatego że chcę być kontrowersyjna, bo jak można nie uwielbiać ikony islandzkiego niezalu, tego rejkjawickiego Thoma Yorke’a łączącego folkową, elektroniczną awangardę z operowym zaśpiewem? Ano, może dorosłam. Jednak mimo wszystko Utopia sprawia, że serce staje się ciepłym płynem, zupełnie nieskażonym, z którego potem, już po zupełnym przeżyciu tego swoistego katharsis, można wytworzyć coś zupełnie nowego, co z lekkością weszłoby w symbiozie z wodospadami i wielorybami. A może to też kwestia Arci, który po dwóch latach znów owocnie (wykwintnie) powtarza współpracę z dwiema popowymi artystkami – w końcu przy Vulnicurze też zrobił swoje, a co do tej drugiej to właśnie wspomniana nieco później w tym rekapie Kelela przy okazji Take Me Apart, z którą też wcześniej Alejandro Ghersi współpracował przy Hallucinogen. Ale wróćmy do Utopii, może to właśnie kwestia zderzenia wenezuelskiego żaru z islandzkim chłodem? Nie, to zbyt banalne. –A.Kania

posłuchaj


SZA: Ctrl

SZA
Ctrl
[Top Dawg Entertainment / RCA]

Przez większość odsłuchu tej płyty krąży gdzieś w pobliżu myśl "wow, słucham Franka Oceana, ale coś się stało i jego wokal stał się bardziej kobiecy". Czasem do tego alt rnb jednak przedostają się powiewy ugładzonego dancehallu, jakby podebranego po kryjomu Rihannie, jak chociażby w singlowym "Drew Barrymore". Ta płyta jest jakby pocieszeniem, że wspomniani wykonawcy wydali swoje albumy w ubiegłym roku, więc teraz odpoczywają, ale ich fanom ciągle potrzeba nowości. To raczej nie kwestia featów Kendricka i Travisa Scotta, ale w tym rnb tworzonym przez SZA niezupełnie występuje to charaktersytyczne okapywanie zmysłowością, tam jakby bliżej jest do rapu i tańców z głową na gołębia. –A.Kania

posłuchaj


Miguel: War & Leisure

Miguel
War & Leisure
[RCA]

Ulubiony latino lover amerykańskiej krytyki muzycznej ponownie proponuje krasny produkt prince'opodobny, naszpikowany spoconymi riffami i figlarną elektroniką, stanowiącą automatyczne zaproszenie na parkiet. Jedynym (umownym) novum jest nieco siermiężny kontekst ideologiczny, kwaszący beztroski erotyzm, pływający w płynach ustrojowych Miguela. Poza tym wszystko gra i buczy. Pozostaje więc tylko cierpliwie czekać, aż autor Wildheart w końcu dokona pełnej transformacji z krótkodystansowego singlowca w albumowego maratończyka, umiejącego utrzeć nosa Frankowi i spółce. –Ł.Krajnik

posłuchaj


Thundercat: Drunk

Thundercat
Drunk
[Brainfeeder]

No, moi drodzy! My tu mamy do czynienia z prawdziwym kuriozum i to w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Oto album chełpiący się instrumentalną wirtuozerią oraz kompozycyjnym geniuszem autora, a jednocześnie projekt pachnący niewymuszonym luzem, nadającym całości przebojowego sznytu. Dyrygent tego unikalnego przedsięwzięcia to targany sprzecznościami lekkoduch, miotający się pomiędzy ambitnym, dźwiękowym kubizmem, a poczuciem humoru gimnazjalisty. Schizofreniczny, funk-popowy kalejdoskop to gwarantowany przepis na udane święta. –Ł.Krajnik

posłuchaj


Sevdaliza: Ison

Sevdaliza
Ison
[Twisted Elegance]

Nokturalny trip-hop z Iranu – prawda, że brzmi wyśmienicie? Co prawda Ison nie dorasta do obietnicy z pierwszego zdania tej minirecenzji, ale i tak potrafi tchnąć odrobinę magii w szare, zimowe noce. Przyjemności serwowane przez ten album można porównać do chwil spędzonych z filmografią Dario Argento. W obu przypadkach pierwsze skrzypce gra pieczołowicie konstruowana atmosfera, przykrywająca ewentualne niedostatki dzieła. Jeśli w przyszłości pani Alizadeh popisze się większą selektywnością pomysłów, to ma szansę na stworzenie czegoś naprawdę wielkiego. –Ł.Krajnik

posłuchaj


inc. no world: Living (EP)

inc. no world
Living (EP)
[Handsome Dad]

Jazzowaty wdzięk w połączeniu z ciepłem neo-soulowego ogniska oraz szczyptą uroczej, songwriterskiej niezdarności – tak brzmi przepis na sukces według tego amerykańskiego duetu. Najnowsza EP-ka formacji potwierdza to, co już wiemy – dwójka dżentelmenów z LA pięknie sobie radzi we własnoręcznie wypracowanej niszy, ale nie ma raczej szans na awans do ekstraklasy. Eteryczność obranej przez nich artystycznej drogi, zbyt często zahacza o muzykę ilustracyjną w wersji r&b. Mimo że bardzo lubię takie drobne przyjemności, to nie obraziłbym się, gdyby Daniel i Andrew spróbowali kilku sparingów w wadze ciężkiej. –Ł.Krajnik

posłuchaj


Alex Cameron: Forced Witness

Alex Cameron
Forced Witness
[Secretly Canadian]

Dawno, dawno temu pewien kultowy amerykański komik wydał album pt. The Day The Laughter Died. Był to prawie dwugodzinny zapis improwizowanego występu, mającego na celu rozbicie oczekiwań publiczności w drobny mak. Spragniona zabawnego wieczoru widownia otrzymała festiwal czerstwych, rubasznych dowcipasów, którym towarzyszyła grobowa cisza, przerywana okazjonalnymi wyrazami oburzenia. Jednak stojącego na scenie faceta nie zmartwiły skrajne reakcje, albowiem udało mu się osiągnąć swój cel – zadowolił samego siebie. Założę się, że Alex Cameron słucha tego nagrania przynajmniej dwa razy dziennie. –Ł.Krajnik

posłuchaj


Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
M83Knife + Heart
Sweet Joseph"Corner Store"