SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja 2015: Avant / Experimental

16 stycznia 2016

Tradycyjnie już porzucam formę encyklopedycznej rekapitulacji streszczającej panujące na konkretnych "scenach" nastroje, czy przebrzmiewające oraz rodzące się w bólach nowe "mody" na rzecz prostego, rankingowego zestawienia. Z grubsza rejestr ten stanowi indywidualną listę w moim odczuciu wartościowych wydawnictw mających swoją premierę w roku 2015, które z oczywistych względów, w przypadku większości artystów, w katalogu Porcys nie miały prawa się znaleźć – najczęściej z racji bariery gatunkowej, obecności nurtów odległych od linii programowej serwisu. Chciałem jednak wprowadzić pewną małą innowację pozwalającą usystematyzować i skatalogować te (każde na swój sposób) awangardowe wydawnictwa. Stąd podział quasi-gatunkowy: pięć nagrań wysoce zdehumanizowanych, kolejny zestaw z okolic ambientu* i drone’u, następnie jazzowy kwintet, aż wreszcie wspólnymi siłami dobrniemy do "niesprecyzowanego suplementu", w którym umieściłem sakralną elektroakustykę, wzorem roku poprzedniego egipską muzykę taneczną oraz kilka innych pozycji. Są to zarówno zestawy dźwięków docenione worldwide, nierzadko wspominane w rodzimej internetowej "prasie", ale także znaleźć tu można kilka stricte bandcampowych releasów oraz niesłusznie marginalizowanych kompozycji ze świata niedefiniowalnej współczesnej awangardy. Zapraszam.

* Brakuje Noto oraz Cantu-Ledesmy (którego krążek okazał się potwornym growerem i dziś na pewno podniósłbym mu ocenę "po przecinku"), gdyż tym LP poświęciłem nieco więcej słów w ramach regularnych recenzji. Idąc tym tokiem rozumowania pominąłem omówiony przeze mnie projekt Matany Roberts. Postanowiłem także zrezygnować z wzmianki o przepięknym Magnetoception palców J. Abramsa, bo twierdzę, że sedno tego albumu uchwycił w trzech akapitach Michał Pudło (Zajzajer #11).


INDUSTRIAL:

Kazuma Kubota: Utsuroi

Kazuma Kubota
Utsuroi
[Amethyst Sunset]

Doskonały w swej prostocie album z pogranicza ambientu i noise’u to pozycja, której zdecydowanie zabrakło w końcoworocznych, nie tak dawno publikowanych na łamach różnych portali zestawieniach. Bo choć Kazuma Kubota do największych tuzów japońskiej sceny eksperymentalnej nie należy i jego nazwisko kojarzyć można przede wszystkim z niezbyt udanego splitu z "one-hit wonderem" Kazumoto Endo (Switches and Knobs z 2011 roku), to mimo wyraźnie słyszalnych, elementarnych wręcz braków w kwestii płynności przejść od pustelniczych, (brzmieniowo) przedpotopowych pasaży do zdigitalizowanego, laptopowego hałasu, artysta swoją koncepcją zaskakuje. Tworzy bowiem coś na kształt neurobiologicznego turkotu skrytego pod cienką pierzyną amortyzujących loopów – buduje album daleki od kompozycji bezmyślnych, dostatecznie już przetrawionych i żerujących na "efekcie szoku" wynikającym z żonglerki poziomem natężenia dźwięku. Propozycja niezobowiązująca, acz niesamowicie pochłaniająca z racji swoich niespełna trzydziestu minut. A tak zupełnie na marginesie, to beatowa końcówka tytułowego utworu aż się prosi, mając w pamięci "Masked Laughter (Nothing's Left)", by poleciał na niej MC Dälek.

posłuchaj


Russell Haswell: As Sure As Night Follows Day

Russell Haswell
As Sure As Night Follows Day
[Diagonal]

Okej, wszystko wskazuje na to, że Russell Haswell naprawdę ślubował wierność zrytmizowanym blastom. Obcując z As Sure As Night Follows Day otrzymujemy od rezydenta Conventry wcale nie całkowicie nowy, rewolucyjny krążek a extended version zeszłorocznego, znanego i lubianego, ponad półgodzinnego workoutu. Powtórka z rozrywki: chamskie czwórki, industrial, nakładczy kick drumming i przeolbrzymia różnorodność. Zupełne przeciwieństwo harmonizujących prób podejmowanych przez wspominanego wyżej autora Utsuroi. I mimo faktu, iż w poprzednim wpisie narzekałem na męczący już wszędobylski chaos, tak zanurzając się w haswell’owskim uniwersum bardzo szybko jest się w stanie rozsmakować i rozkochać w kontrastowości poszczególnych nagrań, docenić towarzyszący procesowi twórczemu jasno nakreślony koncept. Żadnego z indeksów nie można interpretować w oderwaniu od całości, gdyż grozi to natychmiastowym zawaleniem się tej iście dominowej konstrukcji.

posłuchaj


Carter Tutti Void: f (x)

Carter Tutti Void
f (x)
[Industrial]

Nie chcąc uderzać w podniosłe tony, o współpracy dwóch filarów legendarnego Throbbing Gristle z o kilka dekad młodszym Voidem powiedzieć można tyle, że to energetyzujące tchnięcie "starego nowego ducha" w to całe (wciąż) nie schodzące z afisza techno w Trendzie. Pod względem mnogości tekstur – miazga. Zawsze widzę to tak: stara, zbutwiała brytyjska scena ejtisowego industrialu napotyka na swojej drodze funky-rave nie lubiących się definiować Factory Floor i jak tytułowa Gloria z filmu Lelio, mimo oczywistej dojrzałości, chętnie sięga po wszystkie dobrodziejstwa współczesności. Wypadkowa zjawiskowych live gigów (efektem których Transverse) oraz ponadprzeciętnego improwizacyjnego wyczucia doprowadziła do powstania retrofuturyzmu nie wybrakowanego, obfitego, a przede wszystkim dopieszczonego.

posłuchaj


Nurse With Wound & Graham Bowers: Mutation: The Lunatics Are Running the Asylum

Nurse With Wound & Graham Bowers
Mutation: The Lunatics Are Running the Asylum
[Red Wharf]

Trzeciego czerwca bieżącego roku, po długiej walce z przewlekłą chorobą zmarł Bowers. Brytyjski artysta na przestrzeni ostatnich kilku lat wsławił się w światku muzyki konkretnej kilkoma zarejestrowanymi we współudziale z flagowym projektem Stapletona, Nurse With Wound, materiałami. I choć naprawdę, z ręką na sercu, trudno jest wyraźnie zaznaczyć granicę – moment do którego swoją autorską wizję realizował Graham, a gdzie za sterami zasiadali (mimo wszystko) młodsi koledzy po fachu, to niewątpliwie nieżyjący już muzyk wpływ na obecne brzmienie NWW miał całkiem spory. Od czasu dziewiczej kolaboracji Rupture, przez zachowawcze Parade i Excitotoxicity, skończywszy wreszcie na Mutation, w porównaniu z generycznymi industrialnymi wydawnictwami z lat osiemdziesiątych, Nurse stali się mniej fabryczni, a stokroć głośniejsi oraz dadaistyczni (choć nie czerpią z kolaży sensu stricte) na modłę "Futurismo" z Merzbild Schwet, czy The Sylvie and Babs Hi-Fi Kompanion. Przykre to, że dopiero tragedia Bowersa zobligowała mnie do choćby napomknięcia o poliptyku Brytyjczyków, ale obronić się mogę jednym: marcowe Mutation mimo stosunkowo ubogiego wachlarzu użytych dźwiękowych wyimków, chyba najbardziej spośród czterech tych czterech wspomnianych części urzeka intensywnością, pointylizmem, konwulsyjnością oraz ma największe repeat value. A to już w około-stapletonowskich produkcjach do zjawisk codziennych nie należy.

posłuchaj


Prurient: Frozen Niagara Falls

Prurient
Frozen Niagara Falls
[Profound Lore]

Dominick Fernow skutecznie podzielił fanów zdehumanizowanej awangardy na zagorzałych zwolenników nowej, lżejszej i kompaktowej wersji bubblegum-industrial-noise’u (#teamposhisolation) oraz zatwardziałych koneserów oldskulowej chałupniczości i odseparowujących od świata realnego ścian trzasku (#teamrita). Przerysowanie umyślne. Niemniej nie chcąc się wdawać w (najpierw) wewnętrzną polemikę z samym sobą sprzed kilku miesięcy, gdyż moja przeszła tolerancja na półprodukty uległa znacznej radykalizacji (no jasne, zwłaszcza mając w rekapitulacji nieheteronojzmatywne Utsuroi), zamiast powtarzać zdania już ukonstytuowane, wykorzystam tę przestrzeń i podzielę się kilkoma hałaśliwymi tytułami, z którymi zapoznać się w 2015 warto. Sięgnijcie po nowe: Government Alpha (DGTL Salvation), K2 wraz z przyjaciółmi (K2 / Constrain / Fenian, Consumer Electronics (Dollhouse Songs) oraz po Johna Wiese (Deviate From Balance).

posłuchaj


AMBIENT/DRONE:

William Basinski: Cascade

William Basinski
Cascade
[2062]

William Basiński swoje wodospady mógł stworzyć zarówno wczoraj, jak i w latach osiemdziesiątych, bo chyba tylko sam artysta (a może nawet on się w tym wszystkim gubi i już dawno stracił rachubę?) wie, ile archiwalnych taśm składuje w wynajmowanej przez siebie komórce lokatorskiej. Z coraz nowszymi dziełami ambientowego tuza jest zawsze jeden problem – pozbawione wyraźnie nakreślonego filozoficznego ujęcia stają się proste i kompletnie nagie. Budują nowe skojarzenia, ale korzystają z tych samych narzędzi: fortepianowych wyimków, efektu opóźnienia oraz leciwych (bo nieskończonych) pasaży. Ale oddać im trzeba, że na poziomie emocjonalności poruszają tłumy, bo niepodważalnie Basiński osobliwe wyczucie ma i doskonale wie jakie proporcje zachować. To jest właśnie ten Mount Everest wrażliwości, ten punkt dla większości elektronicznych minimalistów nieosiągalny. Cascade mnie nie relaksuje. Ja chyba w ogóle, na przekór większości, w żadnym z dzieł Williama, a od lat słucham ich na potęgę (z wciąż niesłabnącą namiętnością), nie znajduję spokoju, ukojenia. Być może winne są niezaprzeczalnie wielkie Loopy i ich charakter – dzieło stanowiące dźwiękową analizę rozpadu. Tutaj słyszę muzykę poddawanych procesowi hibernacji ciał, a gdzieś na drugim planie wita mnie szelmowski uśmieszek Walta Disneya. No cóż, wuj Billy raz jeszcze porwał, raz jeszcze zaczarował wszystkich na te kilkadziesiąt pięknych minut.

posłuchaj


Áine O'Dwyer: Music For Church Cleaners Vol. I And II

Áine O'Dwyer
Music For Church Cleaners Vol. I And II
[MIE Music]

Organowy spektakl, w którym główną rolę grają sprzątaczki – przechadzające się po obiekcie sakralnym i wykonujące swoje codzienne, poprzedzające nabożeństwa, czynności parafianki. Irlandzka harfistka Áine O'Dwyer dostała od władz kościoła pozwolenie na wykorzystanie należących do lokalnej kurii zakonnej potężnych idiofonów i w tak zwanym "międzyczasie", kiedy po przybytku kręcili się zwiedzający oraz właśnie rzeczone, z reguły starsze kobiety, popełniła jedną rejestrowaną sesję improwizacyjną. Rzadki we współczesnej muzyce solowy organowy popis, który poprzez przypadkowe, wplecione w nagranie odgłosy-terenówki (dziecięce krzyki, trzaski zamykanych drzwi, urywki krótkich dialogów) traci swoją wynikającą z oczywistych anglikańskich inklinacji majestatyczność, a zaczyna epatować "swojskością" i sielankowością. Muzyka relaksacyjno-medytacyjna.

posłuchaj


Ryuichi Sakamoto: Year Book 2005-2014

Ryuichi Sakamoto
Year Book 2005-2014
[Commmons]

Wydane na początku stycznia 2015 roku przepastne roczniki Sakamoto skrywają wiele tajemnic. W ramach trzydziestu indeksów, których rozpiętość waha się od trzydziestosekundowych wyimków ("FM40 Radio Days") do nawet trzydziestominutowych kompozycji ("Sonic Mandala") obcujemy z naprawdę każdym zjawiskiem, jakie na przestrzeni tych piętnastu lat zafascynowało niekonwencjonalnego japońskiego kompozytora. Przez à la filmową neopoważkę, noto-glitch, ambient absolutnie najgorszego sortu i ambient absolutnie najlepszego sortu, do elektroakustycznych roztopów, klawiszowego impresjonizmu i nowojorskiego pianinowego minimalizmu, a nawet wokalnych popisów kompletnie obcej mi Azjatki ("QMSMAS"). Tak więc jeśli byłeś bądź jesteś fanem Sakamoto, to raczej to skumasz. W przeciwnym razie zanudzisz się na śmierć, niestety. Taka specyfika prywatnych, uzupełniających zapisków. Bo kto to widział by ktoś sięgał po Kronosa bez znajomości choćby Pornografii.

2814: Birth of a New Day

2814
Birth Of A New Day
[Dream Catalogue]

 

 

 

posłuchaj


Colin Stetson & Sarah Heufeld: Never Were the Way She Was

Colin Stetson & Sarah Heufeld
Never Were The Way She Was
[Constellation Records]

Nastrojowa, skomplikowana polirytmia nagrana bez jakichkolwiek powtórek w trakcie jednej sesji. Za sterami znana z Arcade Fire, ale bardzo oswojona z neoclassicalem skrzypaczka Heufeld oraz dzierżący wszelakiej maści saksofony i klarnety Colin Stetson reprezentujący współcześnie najbardziej niekonwencjonalne podejście do centrów tonalnych w jazzie. Efekt ich pracy prezentuje się porażająco i zmusza mnie by na chwilę wyjść poza ramy etykiety "ambient/drone", i pozwolić sobie bezwiednie dryfować w stronę prostoty oraz klarowności realizowanej przez repetycję, a także muzykę dronów. W ubiegłym roku zdecydowanie najbardziej kompletne dzieło w tym nurcie.

posłuchaj


AVANT-FREE-JAZZ:

Hieroglyphic Being & J.I.T.U Ahn-Sahm-Buhl: We Are Not the First

Hieroglyphic Being & J.I.T.U Ahn-Sahm-Buhl
We Are Not the First
[Rvng Intl.]

Jamal Moss faktycznie ma coś z Sun Ra – permanentnie wyraża siebie. Trudne do zaklasyfikowania We Are Not The First jest w takim samym stopniu krążkiem quasi-tech house’owym, jak jazzowym. Zazwyczaj nie trawię melanżu tak skrajnych gatunków, ale sympatię do tego albumu tłumaczę sobie w prosty sposób: gdyby przybysz z Saturna choć musnął nowe milenium, to zważywszy na jego szeroką paletę zainteresowań i chęć zapisania się na kartach historii każdego możliwego podgatunku jazzu, na pewno wykonałby ruch w kierunku elektronicznych, klubowych rytmów. To jest takie małe The Futuristic Sounds of Sun Ra z datą "październik 2015", a nie "maj 1962", któremu dodatkowego uroku nadaje fakt, że twarzą tego mistycznego ansamblu Journey Into The Unexpected jest nie kto inny a sam, przeszło dziewięćdziesięcioletni, saksofonista Marshall Allen – autentyczny współpracownik Ra z lat sześćdziesiątych. Napomknąć również warto o obecności kilku innych znaczących nazwisk: za bębny odpowiedzialny jest Greg Fox (Liturgy, Guardian Alien, Zs), wokalizy (oprócz deklamacji Mossa) dostarcza zasłużona Shelley Hirsch, a przy syntezatorach majstruje Ben Vida.

posłuchaj


Ifa y Xango Tentet: twice left handed \\ shavings

Ifa y Xango
twice left handed \\ shavings
[el NEGOCITO]

Belgijsko-brazylijski dziesięcioosobowy ansambl to kameralny skład skrojony idealnie pod europejskie festiwale pokroju Edinburgh International Jazz Festival – chętnie eksperymentują z rytmem oraz niestandardowymi strukturami, nie obce są im techniki takie, jak frullato na dęciakach czy elementarna repetycja, a także uwspółcześniają swoje kompozycje zelektronizowanymi klawiszami. Ale co najważniejsze, to że przy tym wszystkim za nic w świecie nie chcą wyjść ze swojej strefy komfortu i właśnie dzięki temu dla wieczorowego festiwalowicza są bardzo lekkostrawni. Żaden chaotyczny i grany "na wyczucie" free. Twierdzą, że inspiracji szukali w EDM-ie oraz muzyce konkretnej, ale naprawdę konia z rzędem temu, kto wskaże jakiś konkretny fragment mogący potwierdzić tę wysnutą przez zespół tezę (prócz wyrażanych w ułamkach sekund strzępów pojawiających się w "Gammy"). Bardziej echa post-rockowych fascynacji w takiej otwierającej album "Kamchatce". Niemniej w swojej kategorii album wart przesłuchania, bo poza brakiem chęci do podjęcia ryzyka, to wciąż solidny kawał zachowawczego jazzowego rzemiosła.

posłuchaj


The Necks: Vertigo

The Necks
Vertigo
[Fish of Milk]

The Necks to trio, które na przestrzeni lat przyzwyczaiło słuchacza do pewnego konkretnego, wysokiego poziomu prezentowanych przez nich wydawnictw. Wertując osiemnastoelementową dyskografię zespołu nie jestem w stanie wskazać momentu wyraźnego obniżenia formy, co w obrębie artystów jazzowych, a zwłaszcza skorych do zawsze ryzykownych wolnych improwizacji, jest pewnym ewenementem. Tak więc, jak się sami domyślacie, zeszłoroczne Vertigo śmiało można zaliczyć na poczet nagrań udanych, których osnowę stanowią wygrywane raz ciszej, raz intensywniej fortepianowe frazy Chrisa Abrahama. Miękki grunt pod przodujący instrument przygotowuje głęboki, skulony i jednostajny bas, natomiast Tony Buck i jego delikatnie muskany zestaw talerzy pełni rolę osobliwego konferansjera przypominającego w dyskretny sposób, w którym fragmencie kompozycji się obecnie znajdujemy. Siła Vertigo tkwi w tym, że płyta ta nie narzuca takiego hipnotycznego charakteru, jak popełnione dwa lata wcześniej Open. Zaryzykuję stwierdzenia, że prócz kilku silnie elektroakustycznych oraz wyraźnie "hammondowych" momentów, jest tu niewiele pochłaniających absolutnie bez reszty treści. Dużo zależy od naszego indywidualnego podejścia przy każdorazowym akcie obcowania z najnowszym dziełem Necks, gdyż równie dobrze można by je rozszerzyć o jakąkolwiek formę literacką i potraktować, hipotetycznie, jako znakomite, jedyne w swoim rodzaju słuchowisko.

posłuchaj


"Switchback:

Switchback
Switchback
[Multikulti]

Mars Williams chyba nigdy nie spokornieje i już zawsze częstować nas będzie rezonującymi w czaszce, "brötzmannowskimi" saksofonowymi wybuchami. Refleksja numer jeden. Po drugie, niewątpliwie warto przedstawić ten super-skład kryjący się pod nazwą Switchback. Tak więc: w rury dmie wielbiony przez Zorna i przypomniany już wcześniej Williams, kontrabas obsługuje nowojorczyk Hilliard Greene, do sfery sacrum improwizację podnoszą klarnety Wacława Zimpla, a całą tę zgraję indywidualność w ryzach trzyma druga część sekcji rytmicznej, mianowicie Niemiec Klaus Kugel. Na papierze wszystko prezentuje się nieźle, prawda? Gwarantuję, że brzmi nawet lepiej.

Switchback to free jazzowa uczta. Kontrastująca fantazja (jak często jesteśmy w stanie usłyszeć jednocześnie, ulokowaną na tej samej osi czasu muzykę żydowską oraz "skatowany" saksofon altowy?), w której po każdorazowym odlocie należy za pomocą muzycznego szóstego zmysłu wrócić do źródła, do rytmu wybijanego na perkusji, co oczywiście w przypadku improv jest najłatwiejsze, ba – nawet szablonowe. Ale cholera jasna, jakie świetne są te odloty – kilka nakładających się na siebie warstw, muzycy grający z pozoru zupełnie niezwiązane ze sobą sekwencje potrafią w kulminacyjnych momentach niemal harmonicznie doprowadzić do ekstremalnych przeciążeń, by następnie z niespotykanym powabem rozładować je w oka mgnieniu i niepostrzeżenie zmienić instrumentarium. Każda bezlitośnie eksploatowana nuta grana jest do końca. Intensywne przeżycie. Intuicyjne show czwórki wielkich muzyków. Instant klasyk gatunku.

posłuchaj


"Keiji

Keiji Haino, Peter Brötzmann, Jim O'Rourke
Two City Blues 2
[Trost Records]

Two City Blues 2 blisko do koncertowych albumów nieco "wybrakowanego" Last Exit. Takiego składu bez Ronalda Jacksona nadzorującego wszystkie instrumenty perkusyjne, za to z wyczuwalnym rockowy duchem siejącego spustoszenie choćby w "Line of Fire" Sharrocka. Trudno się zresztą dziwić, bo obaj wieślarze – zarówno Haino, jak i O'Rourke, wywodzą się przecież ze szkoły muzyki gitarocentrycznej, a w swoimi improwizacjami niejednokrotnie potwierdzali, że wszystkie dźwięki składowe bardzo rzadko podporządkowane są określonemu dźwiękowi centralnemu i w wielu przypadkach tworzą atonalne, niemal noise rockowe konstrukcje o różnym natężeniu. Próżno tu szukać klucza, jakiegoś punktu zaczepnego, jak to zresztą zwykło bywać w przypadku współpracy, ścierania się tak dużych osobowości. Two City Blues 2 rządzi się swoimi bliżej niesprecyzowanymi prawami, które bazują na "impresji" oraz chęci wczucia się w sytuację poszczególnych towarzyszy tego tokijskiego jam session. Oprócz nieznośnych, kakofonicznych fragmentów, w których pierwsze skrzypce gra siwy panczur Brötzmann, jest tu również miejsce na wokalne lamety japończyka, a także na wyciszone, introwertyczne części mające niemal medytacyjny charakter budowany przez wykorzystanie dźwięku azjatyckiego banjo zwanego samisen.

posłuchaj


NIESPRECYZOWANY SUMPLEMENT:

Juçara Marçal & Cadu Tenório: Anganga

Juçara Marçal & Cadu Tenório
Anganga
[Quintavant]

Nie ma najmniejszych szans by Juçara Marçal nagrała kiedykolwiek coś nieskomplikowanego. Zawsze, jak na złość, w swoje kolejne materiały musi wpleść pierwiastek nieoczywiści i coś dla jej zeuropeizowanych fanów wysoce egzotycznego. Raz zabawi się z metrum w ramach autorskiej wizji współczesnej brazylijskiej muzyki, kolejny raz zacznie obsesyjnie sięgać garściami po dobrodziejstwa inwentarza odsłużonej już samby, z kolei dziś postanowiła wyprowadzić elektroakustykę akademickiego Cadu Tenório w niespotykane dotąd rejony i zeswatała ją z rytualną muzyką animistycznej religii Candomblé. I choć za cholerę nie znam portugalskiego, nie mam bladego pojęcia jakie treści Marçal w charakterystyczny dla siebie "zaśpiewie" chce przekazać, to muszę przyznać, że brzmi to niesamowicie transowo, zawiesza odbiorcę w przestrzeni. Wśród obiektów mówiących w swoim własnym językiem za sprawą dotyku mikrofonów kontaktowych, ponad rwanym hałasem ("Grande Anganga Muquixe", "Canto III"), wśród taśmowych loopów ("Taio") i przy akompaniamencie "janglującej" w stylu Kiko Dinucciego gitary, Juçara umiejętnie zakrywa wszelkie tandetnie brzmiące niedoskonałości nagrania (vide automaty perkusyjny w "Canto VI"). Kradnąc kolejne show (arytmiczne oddechy w bezbłędnym "Taio") uświadamia nam, że tak naprawdę nie istnieją dla niej granice gatunkowe. Warto nadmienić jeszcze, iż Anganga nie nudzi (o co w tej rządzącej się swoimi prawami sekcji nie trudno), bo to produkt mocno skondensowany – nieco ponad dwudziestopięciominutowy.

posłuchaj


Chi Wang: Live

Chi Wang
Live
[self-released]

Chi Wang mimo obecności na kilku niezależnych, elektroakustyczny festiwalach nie jest muzykiem, a pracownikiem naukowym. Chińską doktorantką na University of Oregon, w której polu zainteresowań znajdują się zagadnienia takie jak interakcja człowiek-komputer, projektowanie interakcji, działania interdyscyplinarne oraz pojęcie "sound designu". Zdaję sobie sprawę, że obecność jej postaci w tej rekapitulacji to najzwyczajniej w świecie taki mój kaprys i lekkie nagięcie utartych już zasad, ale live act kompozytorki, który zaprezentowała pod koniec zeszłego roku w największej auli poznańskiej Akademii Muzycznej wprawił w osłupienie. Wang zagrała wtedy pięć zupełnie różnych utworów, które posiadały dwie wspólne cechy: zrealizowana je za pomocą języka Kyma oraz dzięki pracy różnych kontrolerów – kolejno: sensorów eMotion, kontrolera GameTrak, dobrze znanego elektronicznym geekom Leap Motion, tabletu Wacom (wykorzystywany przez architektów), a także opaski Myo. W tej jednej chwili doszedłem do wniosku, że tak wygląda progresywna, cybernetyczna, połączona z ruchowym performancem muzyka 2.0, a odbywające się przy włączony świetle zabawy z kontrolerami powinny stać się normą na europejskich festiwalach dotykających elektronicznej awangardy. Fragment występu w linku poniżej.

posłuchaj


Rizan Said: King of Keyboard

Rizan Said
King of Keyboard
[Annihaya]

Pamiętacie jeszcze Live at the Cairo High Cinema Institute? Nieokiełznany Islam Chipsy niczym dziecko z zespołem neurorozwojowych zaburzeń psychicznych maltretowało stojący przed nim keyboard Yamahy, a pod sceną doświadczyć można było fiesty takiej, jak na najlepszych hiszpańskich weselach. Melanż chamskiego elektro i stojącego w opozycji do egipskiego uładzonego popu chaabi stał się największym sezonowym crazem. Buńczuczni mieszkańcy Kairu postanowili więc pójść za ciosem i całą tą rozpierającą ich energię zamknęli w studio. Tak powstała Kahraba, prawdopodobnie taki odpowiednik rigor mortis odchodzącego do lamusa gatunku, bo przecież od lat scena co miesiąc przeżuwa kapele. Najpierw odkrywa, potem lansuje i wreszcie odrzuca, bo już nie są świeże i odkrywcze. Spójrzmy choćby na martwe dabkeh. A pan Rizan Said to wariat, który obsługiwał klawisze u jeszcze innego odmieńca, Omara Souleymana, ale na skutek rosnącej popularności electro-chaabi wykazał się sprytem i inteligencją, i zgrabnie połączył rzeczone weselne dabke dyskusyjnego Syryjczyka z wściekłą imprezą spod ozłoconych piramid.

posłuchaj


Katie Dey: asdfasdf

Katie Dey
asdfasdf
[Orchid Tapes]

Najbardziej nieortodoksyjna muzyka popularna zrealizowana w ubiegłym roku. Bedroom-popowy krążek wyprzedzający swoją epokę. To, co Katie wyprawia w te niespełna trzydzieści minut nie mieści się w głowie i przechodzi ludzkie pojęcie. Na przekór wszystkim konwenansom, w najdłuższej kompozycji na płycie – otwierającym "Don't Be Scared", Dey łączy dziecinnie prosty gitarowy akord z quasi-idm’em, by chwilę później roztopić go w indietronice oraz glitchu ("you gotta get up to get up") żywcem wyrwanym z debiutu kalifornijskiego producenta skrywającego się pod pseudonimem Baths. Innym razem przeobraża się w chumpkin wersję punkowych Sleater-Kinney, a następnie przeprowadza laboratoryjny eksperyment i testuje jak poradziłby sobie na hipnagogicznym, chillwave’owym bicie islandzka Björk. Pochodząca z Melbourne debiutanta bez zbędnych ceregieli zaznacza, że to w jej stronę powinien być zwrócony wzrok każdego łaknącego świeżości osobnika.

posłuchaj


Charles Cohen: Brother I Prove You Wrong

Charles Cohen
Brother I Prove You Wrong
[Morphine]

 

 

 

cohen

posłuchaj

Witold Tyczka    
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time