SPECJALNE - Rubryka

Rekapitulacja 2014: Pop

18 stycznia 2015

Grafikę przygotowała Magda Janicka.

"Niech wkurwia, irytuje, byleby unikał przeciętności i przyzwoitości, która jest obecnie największą plagą i na światowym, i na polskim podwórku" – pisał z nadzieją Kamil w ubiegłorocznym rekapie o kierunku, w którym chcielibyśmy, aby rozwijał się światowy pop. Czy udało się do końca spełnić to życzeniowe marzenie w 2014 roku – chyba nie do końca. Jeśli skupić się na najważniejszych pozycjach, to okaże się, że w zdecydowanej większości były to rzeczy boleśnie bezpieczne. Rewolucji nie było, ale jak co roku: parę płyt i singli zostanie z nami na dłużej. Disclaimer: polski i Azji nie ruszamy, znajdziecie to w innych rekapitulacjach.

W temacie dominujących światowych trendów: z największym zaciekawieniem śledziłem rozwój RnBassu. Zaczęło się od "2 On" a dalej… samo poszło, choć oczywiście największy rozpizd w powiecie siały podkłady DJ-a Mustarda. Jak najkrócej scharakteryzować ten wciąż formujący się gatunek? Istotą jest chyba bycie idealnie pomiędzy wszystkimi głównymi gatunkami: r&b, hip hopem i popem. Single reprezentujące RnBass byłyby w stanie radzić sobie na wszystkich chartsach (gdyby to było dziś jakiekolwiek kryterium…). Fajne wprowadzenie do tematu wykonał wykonał Pitchfork.

Główną postacią mainstreamu w 2014 roku nie była wcale Beyonce, która rzutem na taśmę skradła rok 2013. Nie była to też Gaga, Rihanna czy Madonna. Królową serc została Taylor Swift, uroczo nieprzystosowana do dzisiejszych czasów dziewczyna, która podjęła jedyną w swoim rodzaju walkę ze Spotify. 1989, piąty studyjny album Amerykanki, wniósł sporo ożywienia i chwilami kontrowersji, ale o tym szerzej w dalszej części naszego zestawienia.

Jeśli mam być szczery, to 2014 rok zapamiętam pewnie bardziej jako rok konfliktów niż okres jakiegoś przełomu w samej muzyce. Pomijając cokolwiek osobliwy beef Kozelka z kryzysem wieku średniego i starcia Ariela Pinka z Grimes i obozem Madonny, najbardziej wyróżniła się Azealia Banks, zaprawiona wojowniczka jeśli chodzi o twitterowe wojny. Po walkach z Diplo, T.I, Angel Haze czy Lil Kim ponownie besztana została Iggy Azalea. Sprawa ciągnie się już od 2012 roku i w dużym skrócie sprowadza się do kwestii autentyczności. "And when they give these Grammys out, all it says to white kids is like: ‘Oh, yeah, you’re great, you’re amazing, you can do whatever you put your mind to’. And it says to black kids: ‘You don’t have shit. You don’t own shit – not even the shit you created for yourself.’" W ten sposób Azealia odniosła się do ważnej kwestii związanej z ostatnimi miesiącami – postępującym zawłaszczaniem "czarnej kultury" przez białasów. Co przybierało różne formy – Taylor Swift może myśleć, że twerkowanie swoim chudym dupskiem jest zabawne, ale na głębszym poziomie rozkminy jest jedynie kolejnym ze smutnym przejawów bezrefleksyjnej przemocy symbolicznej. I to mniej więcej Banks ma na myśli – jarając się marnymi przecież skillsami Iggy i poświęcając jej czas, mainstream ignoruje mnóstwo utalentowanych i prawdziwych dziewczyn. Jasne, nikt nie odbiera prawa Iggy do istnienia w mediach, tylko do kurwy nędzy, warto by tu zachować pewien umiar i myśleć o całej sprawie w szerszej perspektywie.

O co chodzi z Azaleą? W skrócie o to, że jest kompletną wydmuszką raperki. Oprócz naprawdę miernych skillsów wybiła się na kompletnym zaprzeczaniu hip-hopowym wartościom. Nie jest to wbrew pozorom kwestia rasowa, nikt nie odbiera autentyczności Eminemowi, bo on niczego nie udaje. Tymczasem Iggy Azalea to od początku do końca jedna wielka kreacja, która potraktowała hip-hop jak platformę do wybicia się w świat. "Just because she’s not singing does not mean it’s rap music" – mówi Banks i po raz kolejny mogę się tylko zgodzić. Cała sprawa mocno spolaryzowała środowisko, ale jeśli powiem, że w "Team Iggy" jest will.i.am, to pozbędziecie się ostatecznych wątpliwości. Całą sprawę przytaczam bardziej jako ciekawostkę niż przyczynek do poważniejszej rozkminy, ale w obliczu tego, co dzieje się w ostatnich miesiącach w USA warto o takich pozornie mało muzycznych kwestiach pamiętać.

Zanim przejdziemy do meritum, to jeszcze parę pomniejszych wyróżnień. 

Teledysk roku:

Jennifer Lopez, "I Luh Ya Papi (feat. French Montana)

Jeśli Tomasz Terlikowski jest "płachtą na byka feministek" (sorry, ciągle mocno pizgam z tej frazy), to teledysk do "I Luh Ya Papi" jest tych samych feministek mokrym snem. J-Lo jest tutaj trochę mszczącym się na Hitlerze Quentinem z "Bękartów Wojny" i konkretnie rewanżuje się Thickemu za video do "Blurred Lines". Samą piosenkę też bardzo lubię (zwłaszcza bit).

Zdjęcie roku:

Siostry Minogue na okładce "Harper's Baazar":

625/kylirrekap14.jpg - rpop-kylie

Wywiad roku:

Grace Medford przepytała Tinashe dla brytyjskiego "Vice'a". Miazga. Myślę, że podobnie slackerskie wywiady z gwiazdami robiłaby dla Porcys Ola Graczyk. W każdym razie nieogarnięcie pytającej chwilami szczerze chwyta za serce, a autorka Aquarius "zareagowała pozytywnie" i wyszła na jeszcze bardziej spoko niż się wszyscy spodziewacie. 

I to by było na tyle jeśli chodzi o luźne rozważania. Poniżej zestawienie 20 naszych ulubionych singli i 10 albumów, które zostaną z nami na dłużej. Za starzy jesteśmy na rankingi, więc jedziemy zgodnie z alfabetem. –Kacper Bartosiak


ALBUMY:

Lily Allen, Sheezus
Przed premierą pojawiły się rzecz jasna nadzieje na wielki album, które ten tytuł i pierwszy singiel wywołał, a dostaliśmy po prostu kolejną płytę Lily Allen. Tak naprawdę równie dobrą jak inne, może nawet ciut lepszą. Lily jakby straciła trochę swagu (zresztą zawsze był tylko na pokaz), ale wystarczy wyrzucić z tracklisty dwa utwory, w których mąciła Kurstinowi Karen Poole i absurdalnego bonusa, by móc w pełni cieszyć się tą kolekcją ładnych piosenek. Jeśli lubiłeś Allen, a nudzi cię Sheezus, to sorry, parafrazując tytuł jej drugiego krążka, to nie ona się zmieniła, tylko ty. –Kamil Babacz

Mariah Carey, Me I Am Mariah… the Elusive Chanteuse
Mariah napchała tę płytę tak, że pewnie jeszcze minie kilka tygodni, nim ogarnę ją w całości. Serio, ten rozmach na jej czternastym albumie jest imponujący. R&B w różnych odmianach i kolorach, hip-hop, disco, dance, nawet świetne ballady. Podejrzewałbym ją raczej o desperackie próby brzmienia nowocześnie, a tymczasem to jest przekrojowa dla jej kariery płyta pełna dobrej muzyki. Mam poczucie, że ten album zasługuje na jednak kilka zdań więcej i trzeba będzie do niego wkrótce wrócić na poważnie. –Kamil Babacz

FKA twigs, LP1
"Two Weeks" zapowiadało konkretniejsze pójście w kierunku przystępniejszego r&b, jednak debiut Tahliah Barnett okazał się być produkcją o wiele trudniejszą do jednoznacznego zaklasyfikowania. Producenckie lejce oddał znany z epek Arca, co bywa oceniane różnie, ale ja tam po nim nie płakałem. Twigs świetnie radzi sobie i z kruchymi balladami ("Pendulum"), jak również z rzeczami wybiegającymi daleko poza obecne rozumienie muzyki ("Kicks"). LP1 to cudownie wycofana introwertyczna płyta nie tylko dla tych, co lubią s&m i r&b. -Kacper Bartosiak

Ariana Grande, My Everything
To nie był rok Taylor Swift, tylko Ariany Grande. Dziewczyna nagle wbiła się na tę imprezę i od razu została jej gwiazdą, ale choć My Everything promowały fajne single, to cały album to solidny razowy. Są tu numery zajebiste – za takie uważam "Problem", "Love Me Harder" i ukryty na samym końcu "Hands On Me" – mam nadzieję, że będzie jeszcze singlem i rozkręci niejedną imprezę. Są fajne – :BreakYourHeart Right Back" na samplu z Diany Ross i zepchnięty do bonusów "Only 1" ze ślicznym refrenem. No i jest kilka takich se, przy których nie wzdrygam się z zażenowaniem. To wystarczyło na jedną z najlepszych płyt pop w 2014. –Kamil Babacz

Kelis, Food
Kelis w Ninja Tune z produkcją Dave'a Sitka z TV On The Radio? No nie brzmi to jakoś mega zachęcająco, co? Tym większe jest potem pozytywne zaskoczenie, bo Food bo chwilami naprawdę porywający swoim oderwaniem od rzeczywistości pop. To kompletne przeciwieństwo Flesh Tone, w którym najmniej podobało mi się właśnie to chwilami nienaturalnie brzmiące "trzymanie ręki na pulsie". W 2014 roku Kelis wydała po prostu zestaw odpornych na muzyczne trendy, porządnych piosenek. –Kacper Bartosiak

LIZ, Just Like You (EP)
To miał być zwiastun pięknego roku w niezal r&b. I choć długo wyczekiwane pozycje innych pań z branżki mocno zawiodły (Aiko, SZA, o was tu mowa), to ten zwarty zestaw z perspektywy czasu broni się chyba jeszcze bardziej niż w momencie wyjścia. Zero dłużyzn, sam konkret. Lubię myśleć, że Cassie w każdej chwili może wrócić na takich bitach. –Kacper Bartosiak

Prince, Art Official Age
Najlepsza jego płyta od 3121. Zaczyna się trochę głupawo – numer 1 jest trochę jak twoi starzy próbujący mówić jak młodzież, ale potem jest już zajebiście. No co ja wam będę mówił – dobre piosenki Prince’a to dobre piosenki Prince’a. "Breakfast Can Wait" pozostał najlepszy w zestawie, ale sąsiaduje z "U Know", genialną pościelówą, którą spokojnie mogę nazwać jego kolejnym klasykiem. –Kamil Babacz

Nicole Scherzinger, Big Fat Lie
Dla mnie pozytywne zaskoczenie roku. Wiadomo dlaczego – po kontakcie z długo zapowiadanym debiutem Scherzy do dziś trudno ukryć niesmak. Trzy lata później Nicole wraca i powołując się na inspiracje Sade (zupełnie nie wiem jakiego typu) i Velvet Rope (to już bardziej, ale też nie do końca) nagrywa album niemal w całości na bitach The-Dreama i Tricky’ego Stewarta. I choć do obu miałem spore zastrzeżenia w ostatnich latach, tak tu robią co trzeba, tworząc spójną wizję nowoczesnego, nieprzeprodukowanego popu. –Kacper Bartosiak

Taylor Swift, 1989
Piąty studyjny longplay Amerykanki to zarazem pierwsza jej płyta bez jakiejkolwiek zawartości country. Taylor oddała się w ręce Maksa Martina i na tym posunięciu wyszła dobrze na każdej możliwej płaszczyźnie. Oczywiście 1989 nie jest aż tak pokoleniową płytą, jak marzyło się to autorce, ale z pewnością jest świadectwem ciągłego artystycznego progresu. Swift jest tu dla mnie w prostej linii kontynuatorką tego, co przed laty robiły Alanis i Avril. I choć w warstwie lirycznej to wciąż jeszcze chwilami gimbaza, to pop-rockowe patenty songwriterskie przemawiają do mnie bardziej niż teoretycznie powinny. Słucha się tego trochę tak jak ogląda się Girls – jest miło, przyjemnie, ale chwilami chyba zbyt cukierkowo. –Kacper Bartosiak

Tinashe, Aquarius
Chociaż za długa i nierówna, to i tak pozamiatała. Cudowna płyta, której nie słucha się może z pełną uwagą, za to nic tak pięknie nie snuło się w tym roku w tle. I chociaż nie umiem o niej pisać w typie refren tutaj, hook tam (poza "2 On", który jako rewelacyjny singiel po prostu fajnie odstaje, docierając prosto do świadomości) to jednak nagrać fajną muzykę tła, to też jest sztuka. –Kamil Babacz

SINGLE:

Allie X, "Catch"
Anonimowa songwriterka z Kanady urzekła tym singlem Katy Perry i trudno się dziwić. "Catch" to dziewczęcy synthpop najwyższej próby, chwilami mam wrażenie, że wprost ze świata Chairlift. Allie kupuje mnie jednak przede wszystkim rzeczami drobnymi. Kiedy śpiewa, że ma kłopoty ze złapaniem tchu, to… brzmi jak rzeczywiście miała z tym problem.  Mała rzecz, a cieszy! –Kacper Bartosiak

Tony Betties, "So Cool"
Podobne wrażenia jak w przypadku "Miracle", natomiast bez ani sekundy najmniejszego rozczarowania. Kocham Basanova, a ten utwór jest dla mnie definicją lata – tego ostatniego, jak i tak w ogóle. –Kamil Babacz

Keyshia Cole, "She"
Dziwaczne – to jak ona się wije w refrenie dosłownie mnie irytuje, a jednocześnie obsesyjnie uzależnia. –Kamil Babacz

Dirty Loops, "Lost In You"
Widziałem tych gości na żywo i ich wizja prog-jazzowego mainstreamowegopopu to jest rozpierdol, miazga, mózg na ścianie. Tym bardziej zdziwiło mnie, że ich album okazał się jakiś zachowawczy, ale nie pierwszy raz moje wrażenia z obcowania z muzyką na żywo znacznie różnią się od tego, co sobie mogę posłuchać w domu. "Lost In You" to jednak czyste kozactwo – Knower (ciekawostka – powiedzieli mi po koncercie, że Knower to zespół najbliższy ich własnemu myśleniu o muzyce) minus kosmos, ale plus szwedzka szkoła popu. –Kamil Babacz

Ella Eyre, "Comeback"
Ten refren to petarda, ale nie będę się powtarzał. –Kamil Babacz

Mila J, "Smoke, Drink, Break Up"
Starsza siostra Jhene Aiko rozpoczęła 2014 rok naprawdę konkretnym strzałem. Niby nie dzieje się tu nic rewolucyjnego w kwestiach produkcyjnych, ale ten oldschool broni się przede wszystkim trudną do dookreślenia autentycznością. –Kacper Bartosiak 

Samantha Jade, "Sweet Talk"
Ładnie ta pani śpiewa, tylko szkoda, że to półplagiat ''Love At First Sight”. A jednak nie da się nie lubić. –Kamil Babacz

Nick Jonas, "Jealous"
Drugim Justinem miał być Bieber, tymczasem wiele wskazuje na to, że prędzej w jego ślady pójdzie jeden z braci. Ścieżka jak do tej pory wydaje się niemal identyczna: z wyszydzanej grupy udanie w karierę solową. I choć drugi longplay Nicka w całości nieco zawodzi, to mało słyszałem w tym roku w mainstreamie lepszych piosenek od "Jealous". –Kacper Bartosiak

Ariana Grande, "Problem"
Obok "2 On" drugi naprawdę wielki (mimo wszystko) popowy singiel z 2014 roku. Uwielbiam w nim wszystko poza nawijką Iggy. Produkcja Maksa Martina, sposób wprowadzenia kolejnych elementów, Big Sean na drugim planie... Jak najwięcej takiej Ariany życzę nam w kolejnych latach. –Kacper Bartosiak

Sinead Harnett, "Paradise"
Życie nie znosi pustki, więc po tym jak Jessie Ware zaczęła odpływać w coraz mniej interesujące mnie okolice pojawiła się Sinead. Bardzo wszechstronna wokalistka (jakże inaczej brzmiące "High Wire" z 2014 roku też gorąco polecam!) w "Paradise" ze świetnym skutkiem mierzy się z r&b i funkiem na żywych instrumentach. Sekcja rytmiczna chodzi jak trzeba, miejcie na nią oko. –Kacper Bartosiak

Becky Hill, "Losing"
Takie niespodzianki to ja lubię. Dziewczyna z talent show, o której absolutnie nic nie wiem, za podkład opowiada MNEK i śmiem twierdzić, że to jego najlepsza produkcja w 2014 roku, choć "Every Little Word" podoba mi się o wiele bardziej niż teoretycznie powinno. Prostego, ale monumentalnego refrenu "Losing" mógłbym słuchać bez końca. –Kacper Bartosiak

Jennifer Lopez, "First Love"
Z cyklu wielkie zwrotki, rozczarowujący refren. Zrobił to Max Martin z Ilyą Salmanzadeh ("I Wish" Cher Lloyd, "Problem" Ariany Grande” i wspomniany "Comeback") i to słychać. Zwrotki wgniatają w podłogę, produkcja, jak to u Martina, z matematyczną perfekcją pozbawia słuchacza wolnej woli, a z czasem nawet i ten refren mi się spodobał. Zresztą ostatnio chyba refreny nie są najważniejsze i jeśli mają być zdominowane przez takie zwrotki jak tu, to w sumie czemu zawsze miałyby rządzić tym światem. –Kamil Babacz

Kimbra, "Miracle"
W trakcie zwrotek mam wrażenie, że trafiłem do raju, gdzie płynie rzeczka, ptaszki śpiewają, a wiatr łagodnie głaska mi skórę. Refren trochę sprowadza mnie na ziemię, ale to i tak kilka minut pięknej muzyki. PS. Thundercat szaleje na basie. PS2. Wolę wersję z klipu (pięknego zresztą).–Kamil Babacz

Kuhrye-oo, "Air Days" (feat. Evy Jane)
Miałem trochę opory przed sięganiem po ten utwór w popowym rekapie, bo gdzie on tu niby pasuje do tych mainstreamowych wystrzałów? Jednak to na tyle szeroka kategoria, że nie mogę sobie odmówić. Jedno wiem na pewno: tę kapitalną hybrydę Madonny z okresu Ray Of Light z 90sowym r&b będę jeszcze długo wspominał. –Kacper Bartosiak

Kylie Minogue, "Sexy Love"
Mam nadzieję, że Kylie nigdy nie przestanie nagrywać nowych płyt, jeśli nawet na tak słabych albumach jak Kiss Me Once potrafi ukryć jeden świetny utwór. Choć ciężko tu mówić o jakiejkolwiek rewolucji, to podoba mi się jak wpleciony jest tu w mostkach łagodny, eteryczny EDM bez robienia wiochy. Kylie może dzisiaj nie rozdaje kart, ale Doda próbując odświeżyć swój wizerunek, zerżnęła "Sexy Love" w "Riotce" niemal w całości. Nie jestem zbyt dobry w rozpisywaniu progresji akordów, ale chyba są identyczne. –Kamil Babacz

Dawn Richard, "Physical"
Kieszonkowe i nad wyraz dosłowne r&b, które udowadnia, że czasem proste, powtarzalne patenty mogą dostarczyć nadspodziewanie dużo radości. –Kacper Bartosiak

Cody Simpson, "Surfboard"
Chciałoby się napisać coś o szkatułkowej kompozycji (zwrotki, mostek i refreny to właściwie trzy różne piosenki), ale za każdym razem, gdy próbuję się za to zabrać, to zaczynam rozumieć, że przerasta mnie fakt, że taki chłystek nagrał coś do tego stopnia frapującego. WTF. –Kacper Bartosiak

Tinashe, "2 On"
Już jakiś czas temu rozkminiłem sobie teorię, że zajebistość tego utworu przerasta moje rozumienie muzyki w 2014 roku. Minęło już naście miesięcy, a to wciąż jest sztos jak nie wiem i nic nie zapowiada, by miało się to zmienić. –Kacper Bartosiak

Sofi de la Torre, "Vermillion"
Pisałem już: lubię czasem czuć na parkiecie pustkę. Nikt tego lepiej w ostatnich miesiącach nie uchwycił. –Kamil Babacz

Michelle Williams, "Just Like You (feat. Chief Wakil)"
Żadna Beyonce, żadna Kelly Rowland, a właśnie Michelle Williams, która dopiero co w pierwszym singlu ze swojej nowej płyty sławiła Jezusa, może się pochwalić w tym roku tak zajebistym – melodycznie i produkcyjnie – utworem. To głównie zasługa Harmony’ego Samuelsa, który lubi sobie co roku wypuścić co najmniej jeden sztos. W 2012 roku był to "I Like It" Sevyn Streeter, w 2013 "The Way" Ariany Grande, a w tym roku dał go właśnie Michelle. Te kruche, lodowate synthy na granicy dźwięku i białego szumu, przez które Michelle przebija się nie bez trudności – to był najlepszy produkcyjny patent w 2014 roku. –Kamil Babacz

Kamil Babacz     Kacper Bartosiak    
BIEŻĄCE
AFK & BludworkLoyalty N Service (EP)
Burial"Claustro"