SPECJALNE - Rubryka

Pure Porcys: Talk Talk: Spirit Of Eden

2 marca 2019

Powracamy do mocno zapomnianego już formatu Pure Porcys, w którym prezentujemy Wam nasze najukochańsze albumy. Oczywiście nie jest przypadkiem, że właśnie dziś piszemy o Spirit Of Eden – śmierć lidera Talk Talk, który pod koniec lat dziewięćdziesiątych zawiesił działalność jako muzyk dotknęła nas wszystkich. Stąd też chcemy choćby w ten skromny sposób uczcić pamięć tego niezwykle wrażliwego twórcy i spoglądamy z dzisiejszej perspektywy na jedno z arcydzieł w dorobku Talk Talk. Nie pozostaje nam nic innego, jak tylko zaprosić Was do lektury.


01 The Rainbow

Do Spirit Of Eden powracam bardzo rzadko, ale ilekroć to robię, muszę weryfikować dość niesprawiedliwy obraz albumu, który tym bardziej rozmywa się w mojej podświadomości im dłużej trwa mój rozbrat z tymi sześcioma indeksami. W mojej upośledzonej pamięci najważniejsze dzieło Hollisa funkcjonuje po pierwsze jako album szkicowy; starannie rozplanowane szkielety piosenek o dość wątłej nadbudowie, a po drugie jako dzieło przytłaczające i minorowe w wyrazie. To dziwne i przekłamujące rzeczywistość wyobrażenie być może po części dyktowane skupionym, mantrowym charakterem utworów i łkającym timbre brytyjczyka jest każdorazowo rewidowane już przy otwierającym całość "The Rainbow". Hollis i Friese-Greene doprowadzają kompozycję do głównego tematu bez pośpiechu, bocznymi ścieżkami, uświadamiając słuchacza, że oto Talk Talk na dobre zamykają nazwijmy to "komercyjny" rozdział swojej historii. Wokal i gitara wyłaniają się z tej dźwiękowej dżungli po dobrych trzech minutach jak w którymś z Floydowych epików, a przypomnę tylko, że fani przyszli tu posłuchać synth-popowej grupy coverowanej później przez No Doubt. Szesnastu muzyków i na ucho tyleż instrumentów zamienia ten szkielet w barokową niemal ucztę melomana, a o krótkim acz treściwym refrenie utworu – prawdopodobnie moim ulubionym fragmencie muzyki, w której maczał palce zmarły niedawno Hollis – gdybym potrafił cokolwiek napisać, słów "przytłaczający" czy "minorowy" użyłbym w ostateczności. No, w każdym razie RESZTA TEJ HISTORII TO JUŻ HISTORIA, a o reszcie tracków opowiedzą szanowni koledzy. –Stanisław Kuczok

02 Eden

Nie jestem w tym raczej odosobniony, ale pisanie o Spirit Of Eden – zwłaszcza w tak smutnych okolicznościach – jest dla mnie zadaniem niełatwym. Skala osobistych przeżyć związanych z tym albumem to jedno, kolosalny impakt kulturowy – drugie, ale istota sprawy znajduje się gdzie indziej: jeśli istnieje jedna lekcja, którą powinniśmy wyciągnąć od Marka Hollisa, jest nią potęga powściągliwości. W obliczu idealnego bilansu formy i treści, zafascynowany perfekcjonizmem, z jakim udało się go osiągnąć zastanawiam się, czy jakiekolwiek słowa są wystarczająco godne, by tę płytę odpowiednio uhonorować. Spirit Of Eden nie igra bowiem z ciszą; Spirit Of Eden JEST ciszą. "Eden" nie jest w tym świetle wyjątkiem: to właśnie tu wyrafinowany minimalizm pierwszych ambientowych prób Briana Eno spotyka doskonale wpisujący się w elegijną atmosferę patetyzm Floydów ("Shine On You Crazy Diamond") i hałaśliwy nihilizm Velvet Underground ("Heroin"), stłumiony na potrzeby refleksji i posłuszny jak pacynka w rękach wielkiego reżysera. W cierpliwie budowanych gitarowych crescendach, w oszczędnych bębnach, w precyzyjnie wymierzonych pchnięciach klawiszów, wszędzie tam objawia się subtelne opanowanie i obsesyjna samokontrola Hollisa – a w efekcie jedna z najbardziej poruszających wizji w historii muzyki popularnej. –Wojciech Chełmecki

03 Desire

Desire Be... Desire Go... Młodzi "internetowi" adepci nurtu zwanego dla niepoznaki "post-rockiem" mogą mieć pewną wątpliwość, o co tym dziadom właściwie chodzi z niby "post-rockowym" etapem Hollisa. Jeśli ktoś dzięki last.fm poznał na przykład teksańską odmianę masakry piłą mechaniczną Explosions In The Sky, to po seansie ze Spirit czy Laughing Stock pomyśli – jakiż to niby ma być post-ROCK? Cytując legendarną wypowiedź Tymona: "To jest muzyka która po prostu moim zdaniem jest pozbawiona rocka elementu, tam nie ma rocka (...) Co to za rock jest...? To w ogóle nie jest rock, nie...?". Dlatego fajnie, że przy tym całym operowaniu ciszą, przy tej quasi-poważce i akustycznym tchnieniu jazzu, przy bluesowej HARMOSZCE, klarnetach, wariofonach i rożkach angielskich, pojawiają się też na tych dwu kultowych albumach dynamiczne i ekspresyjne kontrasty. Choćby wyładowania gitki w "Eden", sławne podejście w intro "Ascension Day", no i zwłaszcza właśnie solidny wpierdol w drugiej oraz czwartej fazie "Desire". Oczywiście jest to wpierdol kunsztownie podprowadzony, zgrabny konstrukcyjnie, dla kogośtam natchniony. Natomiast przez kilkadziesiąt sekund można wreszcie uwierzyć w zestawianie tej "muzy" z jakimiś wybuchami na Spiderland czy Young Team, rytualnie transowe bębny "walą jak oszalałe", pojawia się też classic-rockowy riff o proweniencji Page'owskiej – i nagle z magmy zbędnych etykietek wyłania się być może jakiś wspólny kształt nieuchwytnego zjawiska. –Borys Dejnarowicz

04 Inheritance

– "Inheritance"!!! Nie wyjeżdżaj znowu!!! – Muszę synku, muszę... – Ale dlaczego?! Przecierz pani w <tu sobie wstaw jakieś muzyczne medium, którego nie lubisz> powiedziała, że każdy "Inheritance" to brudas, i że ten utwór nie jest nikomu potrzebny. – Muszę właśnie po to, żeby ta pani mogła rano puścić sobie Spirit of Eden i cieszyć się świeżym "Desire", "I Believe In You", itd.

Tak, zaczynam od pasty. Gorzej, zaczynam od prześmiewczego Demota, nie mogąc wyobrazić sobie dwóch bardziej oddalonych od siebie popkulturowych atomów, zestawionych ze sobą w jednym tekście. I tak, robię to świadomie. Może dlatego, że jestem niedojrzały. Może dlatego, że chcę zdetonować napływający ze wszystkich kierunków patos. A może dlatego, że ciężko cokolwiek powiedzieć przy ściśniętym gardle, gdy musisz mówić o zespole całkowicie definiującym w twoim małym serduszku, co to znaczy piękno i inne równie ważne słowa. Przynajmniej odnajdując namiastkę pociechy w tym, że to nie Laughing Stock, przy którym, jako jego beznadziejny wyznawca, siedziałbym w milczeniu nie mogąc wykrzesać z siebie najmniejszego słowa. Świętość proszę państwa. Świętość absolutna. A przy świętościach absolutnych – przekraczając granicę dobrego smaku – świętość nawet obiektywna. Tak więc wszelkie zasady savoir-vivre, bycia dobrym obywatelem i generalnie spoko typem na dzielni znikają pod naporem bałwochwalczych elegijnych pieśni. Ale to ogólniki, cesarskie szekle złożone cesarskiej instytucji – nieśmiertelnej płytowej legendy. Bo chcąc nie chcąc, wciąż musimy powiedzieć coś o utworze, a nie o konglomeracie. A wśród tego konglomeratu "Inheritance" ma pecha, tkwiąc w pyle pozostawionym po eksplozji kończącego się krowimi dzwonkami – niemal w rockistowski sposób Desire". Zezowate szczęście nieokreślonego utworu będącego pomostem pomiędzy gitarową brutalnością, a błogością edenu, czyli nadchodzącego punktu kulminacjnego, i rozwiązania, i celu całej tej przebieżki i jednej z najpiękniejszych piosenek, jakie zjawiły się w historii – "I Believe In You". Czy w takim towarzystwie mogę powiedzieć coś o "Inheritance"?

O dwóch wybuchach melancholijnej wiary w to, że los się odmieni. O tej ciszy przejmującego klarnetu? O tym głosie? O tych kilku nieziemskich sekundach basu oddzielającego quasi-refren od quasi-zwrotki. Quasi, bo mówienie o jakichkolwiek strukturach klasycznej piosenki chociaż miejscami słuszne, przez ogólną efemeryczność i nieokreśloność zakrawa o herezje doprowadzając do lamentów bezrefleksyjnych zelotów. A może dodać coś o tych jazzowych klawiszowych impresjach i dobywających się z daleka ech cyklicznych motywów niestrudzenie nawiedzających całą płytę? Po co. Nawet bez tego "Inheritance" to jasny fundament szerszej perfekcyjnej konstrukcji, bez której cała misterna nadbudowa nie miałaby okazji wybrzmieć w tak ogłuszający sposób, w jaki wybrzmiewa. Zimno marmurowej posadzki i napięcie wgryzające się w skórę, w oczekiwaniu na moment, w którym Hollis otworzy usta, rozszerzając wrota raju, mówiąc: niech zstąpi duch twój... Niech zstąpi duch twój. Tak, też se skończę cytatem. –Michał Kołaczyk

05 I Believe In You

Słuchając Spirit Of Eden zadaję sobie często pytanie o to, jaką właściwie rolę, poza funkcją głównego twórcy, kompozytora i narratora, spełnia tu Mark Hollis? Najchętniej widzę go wówczas jako przewodnika, opiekuna, któremu mogę się powierzyć, gdy podążam za jego głosem w najodleglejsze rejony ludzkiej kreatywności, estetyczne bezkresy piękna.

Spirit Of Eden można uważać za album nie z tego świata, ale mój ulubiony utwór Talk Talk rozpoczyna się jak dokumentalne dzieło wywiedzione z doczesnego realizmu, zapisane na czarno-białej taśmie. Hollis wchodzi zrazu w rolę współczującego fotografa twarzy udręczonych heroinowym nałogiem, spojrzeń nabrzmiałych nieopisanym cierpieniem. Miarowy rytm perkusji i surowe, metaliczne brzmienie gitary zdają się ustawiać plan w pewnej odlegości, którą w jednej chwili łamie i unieważnia chrystusowy śpiew Marka, pełen bezgranicznej miłości i empatii.

Aż pojawia się i Ona, przywołana przez ten głos, wyzwolona z objęć ciała. Dusza manifestująca się w dźwięku; choć nie byłoby żadną przesadą twierdzenie, że melodia chóru unosząca się w złocistej poświacie nad ziemią jest w istocie śpiewem aniołów, odpowiadających na tęskne wołanie ducha utrapionego, zamkniętego w niedoskonałym ciele, gnębionego śmiertelnym znojem. W tej krótkiej chwili otwierają się bramy niebios. Eden rozkwita w człowieku. –Piotr Gołąb

06 Wealth

Zawsze czuję się osobą niekompetentną, gdy przychodzi pisać o tak wielkich albumach, ale taka jest okoliczność i tego nie zmienimy. "Wealth", czyli de facto wieńczący całość, podniosły fresk i jednocześnie osobistą modlitwę Hollisa postrzegam już od lat nad dwa sposoby. I tym razem odkładam na bok wszystkie swoje emocjonalne doznania, bo nie o tym chcę napisać. Ba, pomijam również moment zakupu Spirit Of Eden w sklepie płytowym przy Skwerze Kościuszki w Gdyniu w trakcie Open'era w 2011 roku. Z drugiej strony bądź ty człowieku obojętny, gdy wjeżdża ten Hammond, a przygnębiony Mark wykrzykuje "Take my freedom for giving me a sacred love". Koda Spirit Of Eden skupia jak w soczewce zwszystkie moje miłości z przeszłości – Johna Martyna, Japan, Nicka Drake'a, Roberta Wyatta czy jazzowych wymiataczy na czele z Coltrane'em i Davisem. Wiem również, że podobne stany emocjonalne jak moje podczas słuchania Spirit Of Eden osiągali muzycy Bark Psychosis czy Radiohead, Islandczycy z Sigur Rós projektujący wzorowe Ágætis Byrjun, depresjoniści z These New Puritans czy ten gruby miś z Junior Boys osiągający apogeum wyalienowania i samotności na Last Exit. Minimalistyczny art-rock? Krzewiciele post-rocka? Moment graniczny w dyskografii Talk Talk? Pewnie Simon Reynolds opowie wam więcej na ten temat w swoim artykule. W skrócie: "gdy brakuje mi tego spokoju, odlotu", to wtedy puszczam sobie "Wealth". Zawsze i na wieczność. –Jacek Marczuk

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
DrakeCare Package
FKA twigs / FKA twigs feat. Future"Cellophane" / "Holy Terrain"