SPECJALNE - Rubryka

Porcys: Equalizer #4

21 marca 2019

Kolejny odcinek rubryki Equalizer przed Wami, a w nim m.in. japoński ambient sprzed lat i ten współczesny już spoza Azji, 8-bitowe wariactwa, house, post-disco, komiksowy metal, medytacyjny jazz, fusion bratające sie z vaporwave'em, sophisti-pop, post-industrial, heckerowszczyzna, miks z niszową muzyką jednego z naszych ulubieńców, inteligentne indie i wiele więcej, bo tym razem mamy dla Was aż 20 wydawnictw. Zapraszamy do lektury!


Aguila: The Club On 27th West (EP)

Aguila
The Club On 27th West (EP)
[There Is Love In You]

Możliwe, że Lázaro Aguilar aka Aguila to całkiem znana postać wszystkim tym, którzy są mocno na bieżąco ze "sceną house". Ja akurat poznałem muzykę tego pochodzącego z Nowego Yorku producenta w tym roku. Za sprawą wydanej w styczniu EP-ki The Club On 27th West, która wpadła w moje uszy zupełnie przypadkowo (nie ma jej wciąż na Spotify, więc mogę mówić o niezłym farcie). I cóż przynosi ta mała rzecz? Pierwszy w zestawie "El Sol Rojo" oprócz nęcenia najntisowym sentymentalizmem przypomina mi nagrywki kolesi z Bicep, "La Luz" z krzepkim basem to powoli rozkręcający się tropical-house z kapitalną jeśli chodzi o rozgrzewanie parkietu drugą częścią tracka (gdy już synthowy motyw z początku wchodzi na pełnej), "Trance Atlantic" przynosi trochę ambientowego ukojenia, ale w dalszej części Aguila znowu wraca do imprezowego ataku i, tak jak wskazuje tytuł, sięga po lekko trance'owe przybory. Wreszcie na sam koniec przychodzi tytułowy numer zaczynający się jak wczesny Daft Punk, a w dalszej fazie rozpływający się w tech-house'owy pocisk, który trzeba wypróbować na dancefloorze. Bo nie oszukujmy się: w The Club On 27th West nie chodzi o jakąś producencką maestrię czy klasyczne klubowe bangery, o których będziemy pamiętać latami – tutaj liczy się dobra zabawa i mile spędzona chwila. Takie tracki też są czasami przydatne. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Anton Eger: Æ

Anton Eger
Æ
[Edition]

Anton Eger jest cenionym perkusistą w świecie skandynawskiego jazzu, a to jego debiut jako lider, więc – cytując redaktora Skowyrę – wszystko mogło spokojnie skończyć się na jakichś nudach, a tymczasem… CO TU SIĘ ODPIERDALA. Æ wypełnia chory, dziwaczny prog-pop o jazz-funkowej proweniencji, z tym że pozbawiony ciężaru free-improv i skupiony na przekraczaniu kolejnych kompozycyjnych granic, przy czym dychotomiczne flow tej płyty, jej zakorzenienie w sieci, tytuły na traciliście – to już czysty vaporwave. Dość powiedzieć, że otwierające "HERb +++ gA" brzmi jak Thundercat pozbawiony popowych hamulców, jak Maxo osadzony w ramach klasycznie ujętego fusion, a może nawet jak hipotetyczny jam obu panów pod wpływem jakiejś podejrzanej substancji. Dalej wcale nie jest gorzej: "Oxford Supernova +++ jC" wędruje tropem rozdyskotekowanych jak nigdy Jaga Jazzist, "Monolith +++ tR" to coś jak space-sophisti ze ślicznym temacikiem, "?irl MIP ++ hH" odsyła do balladowych fragmentów Mwandishi Hancocka – i mógłbym tak dalej, gdybym tylko sam nie odczuwał dezorientacji przy tak pokręconych numerach jak "datn +++ oS" czy "Sugaruzd +++ pT". No właśnie – zdaję sobie sprawę, że to przytłaczające, dalekie od przystępności i hermetyczne granie, ale jak tylko przebrnie się przez pierwszy szok, to swoiste jam-fusion późnego internetu odkrywa wiele blip-blopowego dobra do dłuższej rozkminki. Tak że no, polecam, jeśli tylko nie odstraszają Was takie klimaty. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Brian Ellis: Deep Clues

Brian Ellis
Deep Clues
[Hobo Camp LLC]

Pamiętacie Briana Ellisa? Pisałem i chwaliłem walory jego albumu Mirror/Mirror niecałe dwa lata temu. Jeśli niezbyt, to odsyłam do tekstu, a w tym miejscu nieco więcej o mini-albumie (bo to ledwie 26 minut muzyki) Deep Clues, który wydaje się takim niezobowiązującym składem odrzutów i pomysłów z poprzedniej sesji (choć jak jest naprawdę – nie wiem). Dlatego na nowy pełnoprawny album z piosenkami Briana trzeba jeszcze poczekać, a ten krótki shortplay pokazuje, że warto. Songwriter wciąż ma rękę do "melodyjnych" kawałków, w których kryje się sporo synth-popowej przebojowości zmieszanej z fusion jazzową instrukcją układania utworów. Pierwszym przykładem na Deep Clues jest "Bulletproof": ejtisowy wajb, całkiem kunsztowna kompozycja i wokal przypominający głos Gruffa Rhysa – jeśli to wszystko pojawia się w kawałku, to prawdopodobnie słuchacie Briana Ellisa. I cóż można dodać? Jeśli chodzi o highlight stawiam na zaraźliwy "Here I Am" z solówką przy końcu, ale zwracam też uwagę na soft-rockowy "Night Drive" i na disco-funkowy jam "Fantasy". No i czekam na to, co będzie dalej, Brianie. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Cherushii & Maria Minerva

Cherushii & Maria Minerva
Cherushii & Maria Minerva
[100% Silk]

To jak na razie jedno z moich ulubionych "tanecznych" wydawnictw roku, i aż żal się robi, że obie panie nie stworzą już niczego więcej. A wszystko przez to, że Chelsea Dolan aka Cherushii zginęła w 2016 roku wskutek pożaru (konkretnie: zatrucia dymem) magazynu Ghost Ship – w sumie zmarło wówczas 36 osób. Dramatyczność okoliczności sprawia, że robi się naprawdę smutno, a jedyne co pozostaje, to słuchanie tego, co Cherushii pozostawiła po sobie. Efekt współpracy z estońską wokalistką Marią Minervą (która może kojarzyć się z widmowym chillwave'em lub outsider house'em) to niecałe 40 minut dance-popu opierającego się na bazie chwytliwego post-disco i nu-disco czy modernistycznych ejtisowych przebojów, a do tego wszystkiego dochodzi tęskny głos Marii. Brzmi to momentami jak fragment nowego albumu Sally Shapiro, która stała się bardziej śmiała ("A Day Without You"; zbadajcie strukturę tego tracka i wsłuchajcie się w czarujący mostek), czasem jak przygotowany na popowo wycinek techno Detroit ("Boyfriend Shirt"), soczysty dancefloorowy killer prosto z lat 90. ("Out By Myself"), a jest nawet mrugnięcie w stronę chicagowskiego house'u i chociażby Mr. Fingersa ("Nobody's Fool (Vocal Version)"). W końcówce spotkamy dream-house-popowy "Thin Line" (znalazł się na debiucie Cherushii Memory Of Water), a sam closer to wystudzony dzwoneczkowy rework openera, który od razu skojarzył mi się ze "Sleep In My Arms" Sally. I tylko żal, że nie będzie nam dane słuchać kolejnych produkcji obu pań. R.I.P. Cherushii. –Tomasz Skowyra.

posłuchaj


Cosey Fanni Tutti: Tutti

Cosey Fanni Tutti
Tutti
[Conspiracy International]

f (x) kazało tańczyć. Cosey odrobiła lekcję z bycia "post-", jaką zafundował jej Nik Void z Factory Floor, ale jednocześnie nie zapomniała o "analogowym", seksownym industrialu, który produkowała wraz z mężem w połowie lat osiemdziesiątych. Techno Primitiv, czyli homo sapiens synthowych dyskotekt w państwowych kraftwerkach przeobraził się dziś w przyciężkawe 4/4. Mówi się, że to pierwszy solowy album Tutti od 36 lat. Rozpatrywany w tych kategoriach, nie jest on z pewnością powrotem wielkim. Tylko ile takich wonder childów widziała muzyka industrialna na przestrzeni lat? No właśnie – dużo tu wyrobnictwa, a jeszcze więcej spektakularnych upadków. W swojej lidze Cosey gra na własnych warunkach, bo żaden Kerridge nie rozczepi saksofonem (z taką swadą i odwagą) jednolitego techno-monolitu. Ja rozumiem, że nie każdy przejaw tęsknoty za minioną epoką to automatycznie przejaw nostalgii, ale i łezkę uroniłem, i nogą potupałem. Takie to dobre. –Witold Tyczka

posłuchaj


Dis Fig: Purge

Dis Fig
Purge
[PTP]

Przy moim ostatnio mało higienicznym trybie słuchania muzyki (włączania w tle do koniecznych czynności codzienności absurdalnie dużej ilości muzyki, której nie znam i która ze mną nie zostaje), nie spodziewałabym się, że zostanie ze mną akurat to. Po pierwszym numerze odłożyłam kserówki na studia, po drugim siebie (na potem). Pod "Drum Fire Bugie" Lanthimos mógłby napisać swój najlepszy scenariusz, pod te wszystkie cynicznie patetyczne flety i trąbki wybrzmiewające z zakorzenienia na polu minowym trzasków, huków, tąpnięć, mechanicznego rozpędzania się nie-wiem-czego itp. Skojarzenie z Portished jest chyba najlepszym i najbliższym skojarzeniem, jakim mogę obdarzyć Felicię Chen, chociaż przecież to zupełnie nie to i inna bajka. Dużo doświadczeń przemocowych, bardzo ciężka perkusja, niepokojące organy, najgorszy z najgorszych bad tripów, którego końcem jest zmiana osobowości i co? Kończy(sz) w subdominancie emocjonalnej. "Watering" jako zajebiście artystowski soundtrack do bezkształtu, a gdy słyszę "U Said Were" to aż mi się robi niedobrze, mój błędnik prosi o powrót do słuchania jakiegoś Helando Negro czy innego spokojnego pitolenia, ale nie mogę, odpalam szósty raz i zaraz wracam. W 2017 Nmesh nagrał płytę, o której pisałam do awangardowego rekapu, który się nie ukazał, bo po co on komu tak na dobrą sprawę, ale niech sobie przekleję pasujący do PURGE fragment, bo staram się żyć według filozofii zero waste – ten niepokojący kolaż dźwiękowy zostawia cierpki posmak na języku, cofa w czasie i w rozwoju; spowalnia mózg. Wibrująco-opętańcza sekwencja get out get out get out get out w "Unleash" krzywdzi neurony jak holenderski rock z drugiej ligi, ale bardziej. W "Why" z DJ-ki mamy wokalistkę, "The Hermit" to jakaś postmodernistyczna chora modlitwa, a "Purge" kojarzy mi się z pięknymi czasami, gdy pracowałam w galerii sztuki współczesnej na umowę o lepę na ryj, gdzie robiły mi krzywdę filmy o tematyce posthumanistycznej w sterylnym, wystawienniczym otoczeniu typu white cube. Żadnych więcej porównań, żadnych więcej skojarzeń; dobrze, że istnieje czasem potrzeba i dar takich psychodelicznych super-surrealistycznych płyt. Ja nie mogę, topka moich ostatnich trzech miesięcy życia. –Adela Kiszka

posłuchaj


Gonçalo Penas: Ego De Espinhos

Gonçalo Penas
Ego De Espinhos
[Multiverse]

Tim Hecker ma/miał kluczowy wpływ na kształt dzisiejszej elektroniki – oto teza, a za tą wyrazistą, różową okładką kryje się kolejny dowód w sprawie. Ego De Espinhos mogłoby być zaledwie ćwiczeniem stylistycznym z twórczości Kanadyjczyka (eksperci w temacie wciąż spierają się czy więcej tu Radio Amor, Ravedeath, 1972 czy może jednak Virgins), ale pochodzący z Portugalii Gonçalo Penas zdołał nadać mu tyle głębi, że nie sposób nie zatrzymać się na dłużej. Głębi – dodajmy – rozumianej całkiem dosłownie, bo jeśli miałbym wskazać jakiś znak szczególny tych udramatyzowanych, post-industrialnych konstrukcji, byłby to ekstremalnie podkręcony bas, na który artysta nakłada kolejne warstwy oślepiających syntezatorów, charczących drone'ów i innych spanningowanych, wyczajonych w toku studiów z produkcji muzycznej błyskotek. Niektóre fragmenty tej płyty (tytułowy, "Flores De Corpo", końcówka "O Baixo Na Corda Bamba") autentycznie ścinają mnie z nóg; tym większe wrażenie sprawia więc fakt, że znaczna jej część została nagrana jako improwizacje, przy jednym podejściu. To oczywiście żaden miernik jakości, ale robić takie rzeczy w wieku dwudziestu dwóch lat – nie powiem, jestem kupiony i czekam na więcej. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Jonny Nash: Make A Wilderness

Jonny Nash
Make A Wilderness
[Music For Memory]

O Jonnym wspominałem już przy okazji wydanego w 2017 roku albumu Eden, który urzekł mnie kompletnie swoją subtelnością i ciepłem. Po dwóch latach ambientowy producent kontynuuje swoją historię, ale tym razem wybiera raczej chłodne rejony. Niewiele pozostało z ospałej, sedatywnej atmosfery poprzednika – Make A Wilderness to wciąż muzyka fantastycznie przygotowująca do snu, ale jednak bardziej sprzyjająca medytacji czy nocnym rozmyślaniom. Wyciszona, oszczędna formuła z żywym instrumentarium odsyła do prac Briana Eno czy nawet ambientowej strony późnego Talk Talk (statyka "Shell" czy "Language Collapsed") i niejako stawia się w pozycji "poważnej" czy też "dojrzałej". Nie chcę robić Jonny'emu zarzutów, bo w końcu zamierzam polecać tutaj jego materiał, ale wolałem go w bardziej rozmytej i czulszej wersji (chyba dlatego najbardziej podoba mi się tutaj nieco "luźniejszy" w wyrazie closer). Owszem, producent pielęgnuje nasz czas i nie popada w jakieś przeestetyzowane nudziarstwo, jednak chłód, jakim emanuje ta sterylna, posągowa i właściwie piękna całość stwarza dziwny, trudny do nazwania dystans między muzyką i słuchaczem. Choć całkiem możliwe, że to tylko ja odbieram w ten sposób nowy zestaw Nasha, więc nie zrażajcie się w żadnym wypadku i posłuchajcie w spokoju. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Jorge Elbrecht: Coral Cross - 002

Jorge Elbrecht
Coral Cross - 002
[self-released]

Maestro dreampopu przygotował dla nas nieco ostrzejsze danie. Tym razem jego rozmarzona estetyka otrzymała prawie blackmetalowy kostium. Napisałem "prawie", ponieważ gatunkowy trop jest tak naprawdę pretekstem do bardziej wyrafinowanych zabaw formalnych. Elbrecht traktuje gitarową materię równie figlarnie, jak syntezatorową melodykę. Artysta świadomie pozwala by barbarzyńska moc riffów przeciekła mu przez palce i wymienia ją na surrealistyczny, zmiennokształtny nastrój. Trochę to wszystko pachnie przygodami Piotrusia Pana eksplorującego mroczne zaułki Nibylandii o których wstydził się pisać J.M. Barrie. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Laurence Guy: Making Music Is Bad For Your Self Esteem (EP)

Laurence Guy
Making Music Is Bad For Your Self Esteem (EP)
[Studio Barnhaus]

Tego gamonia też wypada już kojarzyć i znać. Przypomnę tylko o jego debiutanckim longplayu Saw You For The First Time, dzięki któremu chyba stał się lepiej rozpoznawalny i zyskał sporo nowych słuchaczy (w tym mnie). Jeśli więc znacie nagrywki Laurence'a, to pewnie już słuchaliście Making Music Is Bad For Your Self Esteem (znowu długi tytuł) i raczej się nie rozczarowaliście. Nadal jesteśmy w świecie house'u odegranego z czułością i ciepłem w sercu, choć to wszystko kąpie się w nieco ciemniejszych odcieniach tanecznej elektroniki. Na przykład wyobrażam sobie podkręcony jungle'owymi breakami i acidowym synthem "Wildlife" grany na jakimś afterparty około trzeciej nad ranem. Z kolei spokojniejszy, mający przynieść ukojenie po całonocnych szaleństwach na parkiecie "Missing In Reaction" to już muzyka, której miło posłuchać o piątej nad razem, gdy można już skryć się pod kołdrą. Poza tym na EP-ce znajdziemy jeszcze epicki tropical jam w stylu Four Teta z Pink "My Brain Is A Scrambled Egg" (znowu ładny tytuł), aksamitny drum & bass "Are You Fine?" i dwa instrumentale: wyblakły ambient "It's Good To Try" oraz gitarowo-minimalowy "I Have The Feeling I've Been Here Before". Całość spójna, różnorodna i użyteczna, może trochę mało efektowna, ale mogę spokojnie zachęcić was do posłuchania. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Leon Vynehall: DJ-Kicks

Leon Vynehall
DJ-Kicks
[!K7]

Dj-Kicks, czyli kolejne wydanie prestiżowej serii wydawniczej. Jednej z ciekawszych i ponadto długowiecznych, muzycznych tradycji istniejących na rynku. Wieloletnie skupianie wokół siebie najwybitniejszych DJ-ów oraz producentów, nie mogło skończyć się inaczej, niż zasłużonym zaproszeniem Vynehalla do współpracy. Początkowo można byłoby obstawiać, że Leon wiedziony pozytywną falą niedawnego sukcesu podąży świeżo utartą drogą, dając w zamian album uwięziony w duchu niedawnego Nothing Is Still, jednak nic bardziej mylnego. Vynehall decyduje się sięgnąć po mrok i brudne industriale, transowe niepokoje znane ludziom spod znaku Stevena Juliena, deep-housowe gęste imprezy, zahaczając w tej dzikiej przejażdżce także o drum and bassy i Japonię. Jak na rzekome taneczne warunki i użycie kilku zapomnianych popowych kawałków – połamańce rytmiczne i gatunkowe, szatkują psychikę. Dzieje się tu wiele, a całość zdecydowanie staje na wysokości zadania, nie plamiąc legendy zarówno Vynehalla, jak i samego zjawiska. –Michał Kołaczyk

posłuchaj


Lexie Liu: 2030 (EP)

Lexie Liu
2030 (EP)
[88rising]

Ten blurb powinien znaleźć się w Orient Expressie, ale na razie dość ciężko znaleźć mi czas, aby wszystko poukładać w taki sposób, żeby mieć chwilę na zmajstrowanie kolejnego odcinka o przygodach azjatyckich girsbandów z Korei i innych wariactwach (ale to się stanie!). Więc w ramach takiego małego przypomnienia o muzyce Azji kilka słów o EP-ce Lexie. Dziewczyna pochodzi z Chin, ale dobrze wie, na czym polega k-pop (chociażby w 2015 roku wzięła udział w programie K-pop Star 5), dlatego łatwo pomylić ją z koreańską singerką. Na 2030 doszukacie się autotune'owego r&b-trapu ("Nada"), niemal mainstreamowego popu z USA ("Love And Run"), no i mocno k-popowych ballad ("Sleep Away" to ta fajniejsza). Najwięcej uwagi poświęciłem piosence "Bygone" – synthowe r&b łamane na k-hop, gdzie purpurowe klawiszowe wstęgi oplatają wokal Lexie. Ale refren "Strange Things" też godny odnotowania. I to chyba na razie tyle – trzeba śledzić tą dziewczynę, bo początek (? – chyba to jej pierwsze wydawnictwo większe od singla) ma całkiem całkiem. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Lowtec: Light Surfing

Lowtec
Light Surfing
[Avenue 66]

Perełki outsiderskiego techno zbieram sobie jak znaczki pocztowe. Cudo z linka poniżej to LP niemieckiego producenta specjalizującego się w nokturnalnych rytmach grających w skojarzenia z wielbicielami kameralnych, przydymionych potańcówek. Swojski klimat sennego epilogu typowej domówki buduje tu odpowiednio nieforemne brzmienie, które dogodzi każdemu miłośnikowi kwadratowej elektroniki. To Wasz najlepszy muzyczny przyjaciel w chwilach, gdy zamyśleni podziwiacie teksturę meblościanki, a w głowie wiruje helikopter. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Mats Eilertsen: And Then Comes The Night

Mats Eilertsen
And Then Comes The Night
[ECM]

ECM-owy katalog rozszerzył się w ostatnim czasie o dwie perełki klawiszowego DŻEZIKU. Pierwszą jest upstrzone nawiązaniami do klasyków Joys And Solitudes Jonathana Avishaia, drugą właśnie And The Comes The Night – subtelna elegia o deszczu, przemijaniu i samotności skrywanej w cieniach rzucanych przez góry Skarvan. Ceniony w norweskiej rodzinie jazzowej basista Mats Eilertsen na swoim najnowszym albumie oddaje się refleksji, wspierany przez weterana perkusji Thomasa Strønena i pianistę Harmena Fraanje. Efektem jest dziełko nieśpieszne i przestrzenne, zagrane z czułością i wyprodukowane w sposób pozwalający na pełne wybrzmienie każdej wytrawnej, nokturnowej nutki. To nie jest album z fajerwerkami, taki, który zmiecie Was z nóg od nadmiaru cukru, a raczej grower ujawniający swoją głębię dopiero przy cierpliwym, skupionym odsłuchu przy lampce czerwonego wina – być może niecodzienna, ale urzekająca urodą zajawka. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Nonlocal Forecast: Bubble Universe!

Nonlocal Forecast
Bubble Universe!
[Hausu Mountain]

To teraz szczypta vaporwave'u igrającego z przyjemnym jazzowym fusion i pływającym w new age'owym morzu (no, jeziorku) ambientu. Za całością stoi zaprawiona w vaporowych bojach Angel Marcloid (możecie kojarzyć ją chociażby z projektu Fire-Toolz), którą chyba warto by prześwietlić, bo możliwe, że natrzaskała już sporo interesujących wydawnictw. Ale na razie zostawmy to i zajmijmy się longplayem Bubble Universe!. Najpierw wita nas bryza słodkiego powietrza "Celestial Nervous System", gdzie Angel na swój sposób próbuje przypodobać się Patowi Methenemu. W "Planck Lengths" motywik z "Elona Gay" rozpuszcza się w wywarze fusion, z kolei "The Direct Path" meandruje w stronę Lopatina, "Triangular Format" stworzony wespół z Fire-Toolz (hehe) odbija od lądu ambientowym statkiem, żeby w drugiej fazie zboczyć na post-dance'owy kurs. Później można napotkać jeszcze sporo uroczego, "windowego" vaporu, a końcówka należy do łagodniejszego rodzaju dźwięków (new age'owy "Foam, Vacuum, Om" i wokalna koda całości "Wave Nature"), więc Angel na pewno zadbała o zbilansowanie całości i odpowiednie proporcje. Może to tylko zabawa i gra, ale przynajmniej się nie nudziłem, a chwilami było naprawdę bardzo miło. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Rozni Wykonawcy: Kankyō Ongaku: Japanese Ambient, Environmental & New Age Music 1980–1990

Różni Wykonawcy
Kankyō Ongaku: Japanese Ambient, Environmental & New Age Music 1980–1990
[Light In The Attic]

Może Was to zdziwi, ale współczesny Internet, oprócz bycia toksycznym śmieciem, pozwala od czasu do czasu zadziwić nas czymś, czego smak w ustach odbędzie się bez żrącego bagiennego posmaku utraty wiary w ludzkość. Funkcja geologicznego odgrzebywania kolejnych historycznych warstw i odnajdywanie w ten sposób antycznych ruin czegoś, co nie miało prawa wybrzmieć globalnie w swoich czasach, do takich pozytywnych zjawisk zdecydowanie należy. W tym procesie padło na Japonię lat 80. i 90. Składak pod kuratelą człowieka odpowiedzialnego za Visible Cloacks to dość wyczerpujące spojrzenie, na wszelakie wydawnictwa z kraju kwitnącej wiśni, którym w sporej części można bezproblemowo przypiąć łatkę minimalnych ambientów spod znaku Music For Airports. Czy trzeba Wam wiedzieć czegoś więcej? Tak, jest tu nawet Shimizu! –Michał Kołaczyk

posłuchaj


Saba Alizadeh: Scattered Memories

Saba Alizadeh
Scattered Memories
[Karlrecords]

Implementowanie elementów szeroko rozumianej "world music" w drone'owe pasaże nie zawsze musi nosić wielki tribal na zewnętrznej stronie bicepsa. Saba Alizadeh udowodnił, że bliskowschodni orient wprawiony w delikatne drganie, rozmazany ambientową akwarelą i wręcz parzący perskim słońcem, potrafi zatrzymać słuchacza na bardzo długo. Scattered Memories brzmi tak, jak sama nazwa wskazuje: wspomnienia z dzieciństwa (głowa rodziny Alizadehów to znany i ceniony teherański muzyk) Saba przesiał "baniastymi" elektronicznymi plamami. Kilkadziesiąt minut w nerwowo pulsujący świecie Asghara Farhadiego brzmi jak świetna opcja na dzisiejszy wieczór, prawda? –Witold Tyczka

posłuchaj


Spellling: Mazy Fly

Spellling
Mazy Fly
[Sacred Bones]

Tia Cabral jest fascynującą artystką piszącą naprawdę intrygujące piosenki. Gwarantuję Wam, że jeśli posłuchajcie nowego albumu tej kobiety, to oszalejecie na jej punkcie. Oczywiście Mazy Fly bywa ekscentrycznym, a nawet upiornym krążkiem, lecz hipnotyzująca osobowość autorki sprawia, że każdy dźwięk staje się czystą przyjemnością. Subtelna artpopowa aura wydawnictwa skutecznie utuli do snu, ale uważajcie, bo nocne fantasmagorie które wywoła, mogą nieźle namieszać w głowie. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Sungazer: Sungazer, Vol. 2

Sungazer
Sungazer, Vol. 2
[601701 Records DK2]

Jak często zdarza Wam się słuchać muzyki Youtuberów? I chodzi tutaj o normalne zainteresowanie się tematem, a nie obczajenie czegoś pokrótce w ramach zajawki. Adam Neely to muzyczny nerd, który na swoim kanale pomaga nierozeznanym odkrywać nowe horyzonty w harmonii, rytmach i około-muzycznych sprawach. Spośród multum projektów, w które jest zaangażowany, jednym z ważniejszych jest Sungazer, który prowadzi z perkusistą Shawnem Crowderem. Choć Adam i Shawn są muzykami z akademickim wykształceniem, elektronika jest integralną częścią tego projektu. Glitche i sample, które brzmią, jakby zostały wyciągnięte z 8-bitowych ścieżek dźwiękowych starych gier, ubrane zostały w nieparzyste metrum i harmonie niczym z fusion. Muza pokręcona jak cholera, ale przez te niebanalne pasaże przebijają się przede wszystkim przyjemne i zapamiętywalne melodie. Do takiego "Bird On The Wing" można się nawet na swój sposób pobujać. Ludzki element improwizacji w kontekście paradygmatu współczesnej muzyki elektronicznej. Czyli taki post-dubstep, ale bez siary. –Adam Kiepuszewski

posłuchaj


You Tell Me: You Tell Me

You Tell Me
You Tell Me
[Memphis Industries]

Field Music goes acoustic? I to w dwójnasób: raz, że udało się tu w kameralną, okołofolkową formę wtłoczyć pierwiastek harmonicznej brawury, jaki znamy z nagrań brytyjskiej formacji, a dwa, że połówką przedsięwzięcia (obok Sary Hayes z Admiral Fallow) okazuje się być Peter Brewis, który razem ze swoim bratem Davidem stanowi jej trzon. To jednak duże uproszczenie, bo na przestrzeni 35 minut You Tell Me duet zdąża popławić się w poetyce Kate Bush ("Foreign Parts") i Fleetwood Mac ("Get Out Of The Room"), odegrać inspirowany minimalizmem prog-pop ("Invisible Ink"), obnażyć słabości post-arcadefire'owego nu-indie ("Enough To Notice"), a nawet zahaczyć o pstrokaty pop Scritti Politti ("Water Cooler"). Wszystko to spaja duża wrażliwość melodyczna i nastrój ogniskowych pierwszych miłości, który w zderzeniu ze sterylnym, wyrafinowanym geek-popem z drużyny Field Music skutkuje płytą piętrzącą się od skojarzeń, a jednocześnie będącą swoistym powiewem świeżości – i niezwykle przy tym grywalną. Są więc i kwity, i rozczulający klimacik: czy nie o takim indie śniliśmy od dawna? –Wojciech Chełmecki

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers