SPECJALNE - Rubryka

Porcys: Equalizer #1

17 sierpnia 2018

Czym jest Porcys Equalizer? To rubryka, w której zamierzmy zwracać Państwa uwagę na te albumy, o których nie jest zbyt głośno w mediach. O których nie dyskutuje się na Facebooku czy Twitterze. O istnieniu których być może nie wiedzieliście. Ale nie chodzi nam o to, aby stwarzać jakiś elitarny krąg – naszym celem jest pokazanie, że gdzieś w niszach (ale nie tylko) powstaje wiele świetnej muzyki, a w dobie szybkiego scrollowania i kurczącego się czasu trudno ją zauważyć. Powiedzmy, że to taki serial oparty na pomyśle corocznej rubryki "Nuty Dźwięki". W debiutanckim odcinku (czyli pilocie) przedstawiamy wam nasz subiektywny wybór piętnastu bardzo różnych stylistycznie płyt: rozstrzał od ambientu przez jazz, muzykę eksperymentalną aż po house. Więc zapraszamy do lektury i widzimy się za jakiś czas w kolejnym odcinku.


Actress x London Contemporary Orchestra: Lageos

Actress x London Contemporary Orchestra
Lageos
[Ninja Tune]

Wszyscy chcą dziś być "bardziej", aniżeli "mniej". A gdzie najlepiej zatankować swój kulturowy bak, jeżeli nie w teatrach muzycznych? Próbował tego OSTR na Hip Hop Arenie w 2013, kiedy przyprowadził ze sobą całą orkiestrę symfoniczną i zarzekał się, że on już nie jest raperem – jest muzykiem. Dyrygentów poszukują także mniej kuriozalne przypadki, które zogniskowane są raczej wokół analogowej i cyfrowej elektroniki: pętle Basinskiego w budynku NOSPR, Aphex Twin z Pendereckim oraz AUKSO i ich "Ofiarom Hiroszimy – tren", żeby nie wspomnieć na koniec o Skalpelu na ostatnim OFF Festivalu. Przykładów jest multum, festiwalowe projekty łączące dwa różne muzyczne światy są już trendy i na porządku dziennym. Swoich sił w konfrontacji z klasyką spróbował również Actress. Hi-haty, bas i kick drumy wplótł w akademicką dokładność i atmosferyczność LCO. Od uszlachetnionego Splazsh przez innowacyjne aranżacje – tak się gra na LAGEOS. Problem jest tylko jeden: nie zawsze słychać tę harmonię i synergię sacrum oraz klubowego profanum. Świat widział już stokroć bardziej spektakularne i wymagające próby anektowania gatunkowej ziemi niczyjej. Propozycja przede wszystkim dla ultrasów Cunningham. –Witold Tyczka

posłuchaj


The Body: I Have Fought Against It, But I Can't Any Longer

The Body
I Have Fought Against It, But I Can't Any Longer.
[Thrill Jockey]

Też z tym walczyłem, no ale już naprawdę nie mogę. The Body nagrali wreszcie płytę, która może się podobać od samego chropowatego początku do miękkiego, szeptanego epilogu. Oczywiście monotematyczną, ze śmiercią w ramce, fragmentem pożegnalnego listu Virginii Woolf w tytule i masą kamratów w creditsach na odwrocie winylowego wydania albumu. W 2014 roku pisałem, przy okazji I Shall Die Here, że Buford i King do pełni szczęścia i znalezienia unikalnego, quasi-metalowego stylu wypowiedzi potrzebowali całą masę hardware'u. Że ich instrumentalne Christs, Redeemers grało z podobnym oswojonym gitarowym ciężarem, jak późniejsze splity z pobratymcami Thou, czy seria turbo-blastów pod rękę z Full of Hell. Każdorazowy zwrot w stronę sampli, przesterowanego basu i form mniej rozwlekłych, nie tak stricte drone'owych, za to podpadających już pod granie "z beatem na wierzchu" – zachwycało. W tym roku, po wspomnianej serii eksperymentalnych odlotów, wreszcie w swojej wędrówce w poszukiwaniu własnego "ja", dotarli oni do upragnionej mety. Z tarczą. Wiosło ulokowano na statywie, a pierwsze skrzypce zaczęły wygrywać właśnie strunowe smyki. Na "elektronice" rozlał się Stefan Jaworzyn z Whitehouse, a Chip King zaimplementował obyczajną "krzyczankę" na modłę Dominicka Fernowa. Stricte industrialna płyta została jednak przełamana serią wręcz kampowych zwrotów w stronę pompatycznego darkwave'u. Kicz, który u The Body pobrzmiewał w zasadzie od początku ich studyjnej kariery, spersonifikowała Kristin Hayter w swoich anielskich partiach wokalnych. Stylistyczny miszmasz I Have Fought Against It, But I Can't Any Longer. nie każdemu należycie siądzie, bo to przeestetyzowany potworek skupiający wewnątrz siebie zbyt wiele sprzecznych idei. Co więcej: spojrzawszy na niego powierzchownie, trąci degrengoladą i absolutnym brakiem profesjonalizmu. Niemniej dla mnie, czyli gościa, który sprawdził dotychczas piętnaście LP oraz kilka EP duetu, album ten jest właśnie tą kropką, którą po raz pierwszy umyślnie postawili na końcu tytułu. Coś tam kodyfikuje, ale przede wszystkim gwarantuje świetną zabawę. Bo mimo, że perorują na temat przemijania, to zawsze we fluorescencyjnych adidasach (benger pt. "Sickly Heart Of Sand"). –Witold Tyczka

PS W momencie, w którym ukazuje się ten tekst, The Body popełnili już kolejny przeciętny do granic możliwość split z Uniform. Ciarki wstydu i wszystko po staremu – w wyścigu o miano najbardziej nierównego zespołu w historii muzyki popularnej zajmują zaszczytne drugie miejsce, zaraz po Animal Collective.

posłuchaj


Channel Tres: Channel Tres (EP)

Channel Tres
Channel Tres (EP)
[Godmode]

Nasz bohater dnia nazywa się Channel Tres i właśnie przed chwilą, ot tak sobie wydał debiutancką EP – szesnaście minut, które zapewni mu wysokie miejsca we wszystkich rocznych podsumowaniach. Urodzony w Compton producent przyrządził wyjątkowy roztwór, wykorzystujący co prawda znane wszystkim składniki, lecz robiąc to z gracją, nadającą rzemieślnictwu odcieni prawdziwego artyzmu. Pięć utworów kształtuje fantazję wyśnioną przez każdego muzycznego nerda, zestawiającą zainspirowany dokonaniami Moodymanna, głęboki puls oraz mikrofonowy stoicyzm Deana Blunta. Ta energetyczna kwintesencja hip house'u skutecznie przypomina sceptykom o ogromnym potencjale gatunku. Jeśli nie zagracie tych kawałków na imprezie, to goście powinni was zdrowo opieprzyć. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


CV & JAB: Zin Taylor's Thoughts Of A Dot As It Travels A Surface

CV & JAB
Zin Taylor's Thoughts Of A Dot As It Travels A Surface
[Shelter Press]

Kropki, krzywe, linie i zygzaki. Karykatury i kaktusy, a także męski akt czarną substancją na śnieżnobiałym tle, poprowadzony zupełnie jakby ręką dziecka. Instalacja Creative Writing Zina Taylora wystawiona w niemieckim Münster, konkretnie: na ścianach Westfälischer Kunstverein, nie przyniosła mu ogólnoświatowego rozgłosu. Ot odrobina dwubarwnej abstrakcji zamknięta w kilku brzegach i suplementowana galeryjną broszurą objaśniającą poruszane przez artystę zagadnienia. Na jednych zadziała, innych zmierzi, jak to ma w zwyczaju sztuka ponowoczesna, która dawno zerwała łańcuchy ograniczających koncepcji i uwolniła się od arbitralnych sądów na rzecz "doświadczeń pluralistycznych". Abstrahując od artystycznej wartości "podróżujących kropek" Taylora, najbardziej w całym tym projekcie zachwyca jego elektroakustyczny apendyks. Christina Vantzou (państwo raczą pamiętać jeszcze duet The Dead Texan z katalogu Kranky?) na spółę z progresywnym syntezatorem Johna Also Bennetta postanowili te wszystkie zastygłe w bezruchu wyimki zdynamizować. O ile każdorazowy przypadek "udźwiękowienia" dzieła/zbioru dzieł "statycznych" jest niezwykle interesujący, o tyle nie zawsze ostatecznym produktem takiegoż przedsięwzięcia jest materiał "słuchalny". Amerykańskiego duetowi udało się to w, powiedzmy, eleganckim stylu. Po pierwsze, nie porwali się na to, by blisko sto metrów muru sprowadzić do jednej, monolitycznej kompozycji. Postawili na selektywność, wybrali interesujące i oddziałujące na nich fragmenty, a co za tym idzie – postanowili zniuansować ogród doświadczeń Taylora. Z nierozdzielnych pasm dronów przeszli do współczesnej klasyki, w nieco bardziej humorystycznych momentach ich kropka wpadła w proto-beat, a nad wszystkim rozlali masę "organicznych" nagrań terenowych. Ta płyta nie jest może dla słuchacza wielkim wyzwaniem, ba – wielokrotnie może nawet znużyć swoim brakiem motywu przewodniego, ale dla kogoś, kto lubi popatrzeć na projekty interdyscyplinarne, będzie ona z pewnością angażującą zabawą z cyklu "jak oni usłyszeli to, czego ja nie widzę". Jeżeli oczywiście wcześniej wybierze się na wirtualny spacer w internetowej galerii sztuki Taylora, bo w innym przypadku możemy obcować z płytą "do książki". Co więcej: raptem poprawną, bez nokautujących highlightów i rozwiązań, których nie słyszeliśmy nigdy wcześniej w obrębie tego przecież bardzo płodnego gatunku delikatnej elektroniki. –Witold Tyczka

posłuchaj


DJ Sprinkles & Hardrock Striker: Skylax House Explosion

DJ Sprinkles & Hardrock Striker
Skylax House Explosion
[Skylax]

Terre Thaemlitz aka DJ Sprinkles łączy siły z francuskim DJ-em i szefem wytwórni Skylax, Josephem Bendavidem aka Hardrock Striker, aby stworzyć pożerający całą masę czasu miks z prawilnym house'owym naporem. Pierwszy dysk należy do Hardrocka i od razu da się poczuć bryzę francuskiej "muzyki klubowej" z lat 90. Choć miks jest utrzymany w naprawdę tanecznej temperaturze, to jednak nie ma tu miejsca na jakieś mega szybkie tempa: wszystko kręci się wokół rozluźniającego deep-house'u. Zwłaszcza przy ambient-house'owym tracku Simoncino mamy zwolnienie akcji, a przy "Bad You" od Sameeda do głosu dochodzi zaciemniony 2-step. I tak to wszystko powoli leci – momentami może i brzmi jak muzyka do kawiarni, ale jednak większe skupienie na muzyce ujawni, jak świetną mamy tu selekcję. Tymczasem dysk Sprinkles zaczyna się od prawdziwego dancefloorowego uderzenia: "What's Mine" tureckiego producenta Sinana Kaya i "Beatdown" Urban Inc. dość wyraźnie ustanawiają kierunek całej narracji – czas na zabawę i tańce. Zresztą potem nadal bity kąpią się najntisowych reminiscencjach, a w dalszym ciągu pojawia się znajoma Sprinkles, czyli Octo Octa czy na przykład Kuba Sojka. Krótko mówiąc: prawie półtorej godziny pysznego house'u od prawdziwej koneserki gatunku to oferta nie do odrzucenia. Warto zakręcić się za Skylax House Explosion, nie zmyślam. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Foresteppe: Mæta

Foresteppe
Mæta
[Eilean]

Jeżeli pamiętacie Deathconsciousness i od dziecka o niczym tak mocno nie marzyliście, jak o tym, aby pierwsze akustyczne minuty płyty wyewoluowały w pełnoprawny album, to po tylu latach brzęczenia łańcuchami możecie w końcu spocząć i odnaleźć ukojenie wśród dźwięków rosyjskiego specjalisty od chropowatych ambientów przefiltrowanych niedoskonałością oldschoolowej taśmy. Wielkomiejski mrok i alienacja płyty z Maratem zaniknęły, w zamian dając przestrzeń pod sztywnie oblekające ciało ciepło gitarowego motywu "Playschool". Czym jest Diafilm? Walonym wiadrem wypełnionym po brzegi przeciwbólowcami: valium i morfiną. Hipnotyzującą baśnią o utraconym dzieciństwie wspominanym z przejmującym rozrzewnieniem. Kłopotliwie infantylną, ale w zamian za to nieziemsko nostalgiczną podróżą w przeszłość. W tej opowieści Mæta, o której właściwie powinniśmy tutaj mówić, staje się jej dojrzalszą, bardziej stonowaną oraz subtelniejszą wersją, z paletą liczniejszych, bardziej pokomplikowanych inspiracji stylów i emocji, których głupio nie spróbować. −Michał Kołaczyk

posłuchaj


Jon Hassell: Listening To Pictures

Jon Hassell
Listening To Pictures (Pentimento Volume One)
[Ndeya]

Wrócił Jon Hassell, postać, którą powinien kojarzyć chyba każdy, kto chce mieć jakieś pojęcie o współczesnej muzyce w ogóle. Nie zamierzam tu pisać tych samych frazesów o tym, jak to Hassell stworzył koncept Fourth World, bo o tym możecie poczytać gdzie indziej. Bardziej chciałbym skupić się na tym, że po prawie dziesięciu latach pojawił się jego nowy album. Jak sam tytuł mówi, mamy do czynienia z muzyką ilustracyjną: tribal ambientem przefiltrowanym przez najróżniejsze komputerowe efekty, który raz przynosi upragnione ukojenie, a innym razem pobudza świeżością i naturalnym zewem natury. Opener "Dreaming" oczywiście znajduje się w tej pierwszej grupie kompozycji: spokojne partie trąbki okalają leciutką taflę Heckerowskich dźwięków (polecam słuchać w ciszy). Podobnie "Slipstream" (tu mamy wycieczkę do wirtualnej dżungli) lub "Pastorale Vassant" (zawiesisty, pełen dymu klimat przypominający zwiedzanie jakiegoś cynamonowego sklepu). A po drugiej stronie barykady trafimy na jaskrawy, poszatkowany "Picnic" błądzący po archiwalnych pomieszczeniach wytwórni Warp lub będący osobliwym wariantem digital-techno "Al Kongo Udu", który przywołuje wspomnienia o Dntelu. Ciekawym przypadkiem jest Jelinkowy "Manga Scene", który jest w pewnym stopniu niepokojący, ale mogę przy nim wręcz odpoczywać. Ale najlepiej słuchać tych dźwiękowych obrazów-widm od początku do końca: tak, aby ich intrygująca narracja przedstawiła się w pełni. Zróbcie sobie tę przyjemność. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Kid, Feral: Live And Let's Die

Kid, Feral
Live And Let's Die (EP)
[Dog Knights]

Szwedzkie screamo nie samymi Suis La Lune stoi. Kiedy reprezentanci amerykańskiego Topshelf Records próbują bawić się z metrum i barwą, kierując krzyk w bardziej post-rockowe rejony, Kid, Feral nie biorą jeńców swoją bezkompromisowością. Oprócz "Where You End Up Is Not Who You Are" oraz "This System Is A Bunch Of Baloney", które to kawałki romansują raczej z instrumentalo-elektroniczną indietronicą tak charakterystyczną przecież dla skandynawskich muzyków, tercet ze Skövde częstuje słuchacza jednocześnie oldskulowym, a także innowacyjnym skramz. Tak po prawdzie, to nikt tu nie inkorporuje finezyjnych rozwiązań natury kompozycyjnej. Niemniej, pomimo tak krótkiego metrażu, za jaki niewątpliwie uchodzić może piętnastominutowa EP-ka, chłopcy z Północy i tak spróbowali odpowiednio zdywersyfikować towarzyszące odsłuchowi albumu emocje. Jest tempo, są przełomowe breakdowny ("Firedragon3651 Logs Out for Good") oraz spłoszone dialogi (samplowanie "The Smallest Of Intermissions") zwiastujące całkowitą, nieuniknioną detonację (closer). Kto nie uśmiechnął się słysząc tę ciężką, zajebistą pracę sekcji rytmicznej (#1, #2), ten nietaktowny! W 2015 padłem w objęcia Shizune i ich włosko-japońsko-angielsko-francuskiej mieszanki, a teraz pakuję mandżur i jadę dać się przewiać nad Wener. –Witold Tyczka

posłuchaj


Nik Bärtsch:
Awase

Nik Bärtsch
Awase
[Deutsche Grammophon ECM]

Wytwórnia ECM to kawał historii. Tak dobrej, że doczekała się własnego gatunku. Jazzowy Motown z dorysowanym teutońskim wąsem i specjalizacją – im mniej, tym lepiej. Dorwałem Awase przypadkiem, i tak mnie w to granie przez drobne momenty całym wsiąknęło, że nie mogłem się powstrzymać przed dalszym poleceniem. Nik Bärtsch, drugorzędna gwiazda kultowej stajni, co zresztą nie jest jego winą, biorąc pod uwagę towarzyszące mu nazwiska (tak duże, że prawidłowo trzeba je wpisywać z pogrubieniem w tekście, albo na klęczkach – w każdym razie pod groźbą chłosty za brak okazanego szacunku) – jest chłopcem wyjątkowo zdolnym, i jako zdolny chłopiec wymyślił swój własny gatunek, którego jest jedynym reprezentantem. Z jednej strony nie ufam ludziom, którzy sami sobie nadają ksywki, ale tutaj mogę zrobić wyjątek, biorąc pod uwagę ilość pracy, jaką włożył w nawet ośmiogodzinne koncerty, aby jego muzyczny indywidualizm mógł zajaśnieć na krytycznym firmamencie.

Zen Funk, dzieło życia Nika, oprócz obowiązkowej otoczki szamańskiego "mistycyzmu", opiera się na wyraźnym transowym groovie inspirowanym klasycznym funkiem, elementami japońskiego muzycznego folkloru oraz luźnej improwizacji wyraźnie podległej dominującej rytmice. Miejscami brzmi to, jak Reich ("Modul 58"), czasami jak lżejsza na wadze i przesterze polska Niechęć ("A"). Czasami wpadnie w mdły fusion (tu tylko fragmenty 34 i 59), a czasami hipnotycznie uwiedzie ("Modul 36") lub wzruszy lekko ambientowym, niepozornym modułem 60-tym. Może nie jest wybitnie – niezły album do przesłuchania raz, dwa, dla kilku bardzo szybko eksploatujących się momentów. Potem bezpiecznie odstawić na półkę, i sięgnąć po esencjonalny Holon albo świetny Llyrie. −Michał Kołaczyk

posłuchaj


Pariah: Here From Where We Are

Pariah
Here From Where We Are
[Houndstooth]

Już opener "Long Jam" przynosi przepiękne skojarzenie, bo te pocięte paski dźwięku przypominają mi o "Before I Leave" z wiadomego klasyka, ale też trochę mieszczą się w polu widzenia Tima Heckera. Tak jest, znowu ambientowa płyta, o której chciałbym wspomnieć. I teraz tak: jeszcze niedawno Arthur Cayzer bawił się w (deep)house i wydawał single w R&S, ale tak jak Huerco S. postanowił spróbować swoich sił w snuciu ambientowych malowideł i pejzaży. Słuchając Here From Where We Are myślę, że decyzja była słuszna. Bo Cayzer nie tylko posiada skille do ambientowania, ale też świetnie wyczuwa obecny zeitgeist: są więc na longplayu piękne, przestrzenne prog-elektroniczne wojaże ("Pith" lub "At The Age"), jest coś ze szkoły berlińskiej czy obowiązkowego w tym sezonie balearic-ambientu ("Linnaea", ale równie dobrze można wskazać śliczniutki "Seed Bank" brzmiący jak muzyka z jakiejś czeskiej bajki z lat 70.). A żeby zestawienie z Huerco było pełniejsze, to wsłuchajcie się w zapętlony "Drug The Lake" żywcem wyciągnięty z For Those Of You... (doceniam porównanie Gabriela Szatana [!] z recki na RA, ale wolę zostać przy swoim). Kusi mnie też nazwanie debiutu Pariaha rozluźnionym i zrelaksowanym rewersem Olympic Mess, ale chyba jeszcze z tym poczekam. Do tematu wrócę po kilku kolejnych sesjach. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Pier Luigi Andreoni & Francesco Paladino: Aeolyca

Pier Luigi Andreoni & Francesco Paladino
Aeolyca
[Soave]

Robimy pit stop w new-age'owych Włoszech. W 1988 tamtejszy artysta, Mario Ciccioli, przedstawił światu swoją napędzaną wiatrem harfę eolską. Paladino i Andreoni przetworzyli organiczne dźwięki instalacji zapisane na taśmie i wzbogacili o (z dzisiejszej perspektywy) wintydżowy sound analogowych syntezatorów. Niemal trzydzieści lat po premierze mocno limitowanej kasety z przepastnymi wariacjami na temat tworzywa, dźwięku i jego oddziaływania w przestrzeni, Soave wrzucili to na winyl. Dzięki temu również dziś, w odświeżonej wersji, obcować możemy z czymś, co przypomina sonambientowe jazdy Harrego Bertoia (Eleh, Unsound 2017, pamiętamy). Trudno mi powiedzieć, czy w tym roku coś miało więcej duszy, aniżeli właśnie rozlewające się ciepło Aeolycii. –Witold Tyczka

posłuchaj


Shuttle358: Field

Shuttle358
Field
[12k]

Z każdym kolejnym miesiącem przekonuję się coraz bardziej, że ambient jest obecnie najbardziej żywotnym/interesującym "gatunkiem". I mógłbym się tu wdać w jakąś nudnawą próbę analizowania obecnego muzycznego krajobrazu, ale znacznie bardziej wolę wyłożyć jeden z dowodów w sprawie. Dan Abrams aka Shuttle358, mimo że wydawał już choćby w Mille Plateaux (a regularnie w 12k – oczywiście warto zgłębić temat), to jakoś zupełnie o nim cicho. A tak się złożyło, że jego tegoroczny longplay Field to duszna, taplająca się w Jelinkowej brei, zawiesista ambientowa struktura. Oczywiście musicie odjąć house'owe znamiona Loop-Finding-Jazz-Records lub przypomnieć sobie o majakach zawartych na Farben Presents James Din A4 (ale warto też pamiętać chociażby o Fullertonie Whitmanie podczas słuchania "Divide", a z kolei "Sea" może wam przypomnieć o zeszłorocznym długograju Laurel Halo). Ta sama lepkość, ten sam laboratoryjny vibe, niemal te same tkanki i faktury. Całość wciąga, a nawet KARMI ZMYSŁY, choć mam wrażenie, że nie wszystkim taka "kuchnia nowocześnie lokalna" posmakuje, ale spróbować zwyczajnie trzeba. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Shygirl: Cruel Practice (EP)

Shygirl
Cruel Practice (EP)
[Nuxxe]

Wyobraźcie sobie dynamiczny post-industrial zinterpretowany przez osobowość rodem z powieści Breta Eastona Ellisa. Cruel Practice połyka taneczne trendy XXI wieku i wypluwa na zewnątrz armię przetworzonych dźwięków, scalonych kobiecą narracją, usytuowaną gdzieś pomiędzy mrocznym erotyzmem a chęcią pożarcia Cię żywcem. Interesujący jest tu też deser – ostatni utwór to rzecz, którą Burial mógłby nagrać, gdyby dalej mu zależało na jego własnej karierze. Najlepiej słuchać po zmroku w towarzystwie lokalnej femme fatale. –Łukasz Krajnik

posłuchaj


Skicki-Skiuk:
Chrarumimia

Skicki-Skiuk
Chrarumimia
[self-released]

Skicki Skiuk mają już o tyle przewagę na wstępie, ze intrygują samą nazwą (spieszę z wyjaśnieniem: Darek RubinowSKI - sax, Jakub MizeraCKI - gitara, Jakub MiarczynSKI - perkusja i Roman ChranIUK - kontrabas). Zamiast nazwać się np. Rubinowski Quartet czy Mizeracki Collective, zespół swoją nazwą daje na wstępie do zrozumienia, że chce być odbierany jako pełnoprawny projekt, w którym wszyscy muzycy (a zarazem przyjaciele) maja równy wkład. Jeśli chodzi o porównania stylistyczno-gatunkowe, to zespół już w zasadzie odwalił cala robotę za nas i trafnie okreslił się, jako wyimaginowany wynik współpracy Wayne'a Shortera z AC/DC. Wśród całej chmary jazzowych projektów nowego pokolenia, Skicki będą się niewątpliwie wyróżniać poczuciem humoru i dużym dystansem do siebie, jak i do granej przez nich "muzyki wyższej sfery", jaką przez wielu traktowany jest jazz. Każdy utwór intryguje na swój sposób, a w wielu z nich można się doszukać niespotykanych rozwiążań aranżacyjnych i smaczków. W "Moja Miłość Poszła Pobiegać" słyszymy szepczący głos kilkuletniej dziewczynki, za to w "Mr. O. " – sąsiadkę Leszka Możdżera, która skarży się na hałasy dochodzące z mieszkania. Do tego dokładamy kosmiczne improwizacje każdego z muzyków, krystaliczną produkcję Możdżera i dostajemy zespół grający poza swoją ligą, w czasach rezurekcji jazzu i wysypu młodych składów. –Adam Kiepuszewski

posłuchaj


The Thing: Again

The Thing
Again
[Trost]

Z dwójki wydawniczo najpopularniejszych tercetów pod kuratelą Matsa Gustafssona, ostatnimi czasy zaczęło mi zdecydowanie bardziej być po drodze z opcją norweską, nie szwedzką. Rockistyczna zajawka Fire!, którą dzielił zarówno Berthling jak i Werliin, stała się zaskakująco przyswajalną. Big-bandowy background towarzyszący panom z Angles 9 nie pomagał. Pomimo niezwykle równej i świetnej dyskografii reprezentantów Rune Grammofon, złapałem się na tym, iż mimowolnie począłem w myślach szukać łobuzerskiego jazzującego punku na smyk, dęciak i Nilssen-Love'a. Z pomocą przyszło właśnie The Thing. Na Again nie złamali oni zasady decorum, ale przerwali swoją metodykę pracy, tj. zamilkli "studyjnie" na więcej, aniżeli dwa lata. Finalnie jednak nie miało to żadnego wpływu na warstwę muzyczną. Najnowsze LP pielęgnuje Aylerowski szamanizm, jest cicho-głośne, obfite w introwertyczne pasaże oraz nielapidarne, w przeważającej mierze saksofonowe comebacki z krainy kilometrowej zadumy. Krótko mówiąc: sprawdzona formuła gwarantująca free jazz w najlepszym, europejskim wydaniu. Paal N-L ma tę cierpliwość, która odznaczała go choćby dekadę temu na Sweet Sweat, Flaten czuje gościnną trąbkę McPhee od czasów, kiedy wyemigrował za wielką wodę, a Gustafsson charakterystyczną ostrość neutralizuje może nie tyle słodkim, co kwaśnym. Każdy z trójki ma wreszcie miejsce dla siebie – solo Flatena w "Vicky Di", solo Paala w "Sur Face". Robert Crumb (KMWTW) byłby dumny, bo wygrał jazz i Mats na chwilę zaprzestał tortur. Ci gracze po prostu nie puszczają słabych materiałów. –Witold Tyczka

posłuchaj

Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
RobynHoney
Steve HauschildtDissolvi