SPECJALNE - Rubryka

Playlist Extra: 15 najlepszych utworów Jorge Elbrechta

19 maja 2017

Kim jest Jorge Elbrecht? Dla nas to oczywiste: jeden z tych kolesi, na których zawsze możemy liczyć. Gość, który mógłby obdzielić talentem masę gamonii, a wciąż byłby w stanie tworzyć rzeczy, które pokochalibyśmy bez pytania. Niestety dla szerszego grona odbiorców ktoś taki jak Elbrecht właściwie nie istnieje. I to jest jedna z najbardziej smutnych sytuacji jakie mają miejsce na naszej planecie. I może nie jesteśmy w stanie odwrócić losu jednym ficzerem, to jednak chcieliśmy tak skromym gestem pokłonić się jedenemu z naszych ulubieńców. Oczywiście nie będziemy was przekonywać, że przywódca Lansing-Dreiden, Violens czy Presentable Corpse to wybitny songwriter. Po prostu zostawimy Was z naszymi ulubionymi piosenkami tego człowieka – każdy z redaktorów wybrał jakiś fragment z, jak się okazuje, nie tak małej dyskografii kostarykańskiego artysty i w kilku słowach wyraził swój zachwyt nad poszczególnym, małym dziełkiem. Zapraszamy do czytania i słuchania.

 

Hang On To LifeAriel Pink And Jorge Elbrecht: Hang On To Life (2013, Hang On To Life)

Główny problem z tym utworem, to zadecydowanie to, która z postaci go tworzących odpowiada za niego w większym stopniu. Wokalnie dominuje Ariel, "rozmawiane" wstawki też wyraźnie wskazują na niego, mostek spokojnie mógłbym znaleźć się na Mature Themes, ale mimo tego Elbrechtowy duch spoczywa nad tym wszystkim, a spokojna eteryczność jest nie do pomylenia z niczym innym. Nie odbierając nic, każdemu z "najlepszych momentów" tego kawałka, tym co sprawia, że bez oporu umieściłbym ten utwór pośród najlepszych kompozycji obydwu artystów, są spajające wszystkie wątki, harmonie wokalne. Rzadko się zdarza, żeby teoretyczny dream team dał rezultat spełniający pokładane w nim nadzieję. Absolutnie wyjątkowa sprawa. –Antoni Barszczak

posłuchaj


No Real FriendAriel Pink And Jorge Elbrecht: No Real Friend (2013, Hang On To Life)

Próbuję osadzić "No Real Friend" w pewnej czytelnej rzeczywistości, jasno sprecyzować z czym właściwie mamy tu do czynienia? Być może dzieje się to za sprawą mojej recenzenckiej ułomności, ale chyba nie potrafię. Z jednej strony efekt pracy duetu marzeń jest niepowtarzalny, a z drugiej przy każdym odsłuchu mam z tyłu głowy inny utwór, stanowiący potencjalne "porównanie idealne", strzał w dziesiątkę z przymrużonymi oczami, "Meller w punkt". Problem polega na tym, że nie wiem, co to? Szukam po omacku, pierwszym skojarzeniem, i o dziwo całkiem trafnym, było "W Złotych Kroplach Deszczu" Andrzeja Zauchy, potem myślałem o balladach Paula McCartneya z Wings, w dalszej drodze nawet zestawiałem Jorge z powabem "How Deep Is Your Love" Bee Gees czy z magicznym "Don't Answer Me" Alana Parsonsa. Niestety cytując Sidneya Polaka na otwieraczu Chłopaki Nie Płaczą – "po prostu to jest nie to". Być może ten utwór nie istnieje? Jeśli to fakt, mam dowód na geniusz duetu Elbrecht/Rosenberg, przy układaniu muzycznych reminiscencji, docierających do najskrytszych przejawów naszej tęsknoty za beztroską wczesnego dzieciństwa, czy innych błogich okresów życia, choć "No Real Friend" do najweselszych nie należy. –Artur Kasprzycki

posłuchaj


Vulturous PelecanusCoral Cross: Vulturous Pelecanus (2015, Coral Cross)

Ten utwór nie jest ani intrygującym ćwiczeniem stylistycznym ani tym bardziej ZARZEWIEM nowego metalu czy ambientu. "Ot, tak po prostu", Elbrecht stworzył swoją egzotyczną, jednorazową enklawę, pastisz sytuujący się gdzieś na przecięciu gotyku, dark ambientu, blacka i najwyraźniej nie myśli już nawet o wywoływaniu kolejnych rewolucji w celu powiększenia tego terytorium. Połączenie gotyckich chórów na tle przytłumionej perkusji à la Slayer, sprawia, że nominalnie trashowa podstawa rytmiczna zostaje wzięta w nawias i w tym niesamowitym połączeniu, "komentuje", "kontestuje", wywraca do góry nogami gatunkowe schematy zarezerwowane dotychczas dla nordyckich brodaczy albo posępnych Brianów Williamsów tego świata pochylonych nad Abletonem. Poszatkowana konstrukcja, "namacalny brak" przesterowanych gitar, pozostawia nam obcowanie z metalową skorupą ziejącą chłodem. Co tu dużo mówić – Elbrecht za pomocą dark ambientowych kłów wyssał krew z black metalu, dzięki czemu udanie wpasował się w moją plejkę, obok takich zawodników jak Hildegarda von Bingen, Czesnokow czy jakiś Gesualdo. –Jakub Bugdol

posłuchaj


A Line You Can CrossLansing-Dreiden: A Line You Can Cross (2006, The Dividing Island)

W zetknięciu z "A Line You Can Cross" u pacjentów mogą wystąpić objawy chorobowe, zwłaszcza wahania nastrojów, czyli pojawiające się cyklicznie fazy depresji i manii, po których, wraz z zakończeniem seansu, następują stany pozornego zdrowia psychicznego. Niestety, nie do końca wiadomo czym te zaburzenia są spowodowane. Podejrzewa się, że specyficzne rozplanowanie interwałów w zwrotkach i refrenie, nadmiernie stymuluje układ limbiczny – ośrodek w mózgu odpowiedzialny za nastrój. Wstępujący hook refrenu, skrawki oraz refleksy motywów, natchnione syntezatory, mogą występować jako majaki przeszłych bądź nieistniejących utworów i powodować zmiany w nastroju rozciągające się od zwykłej melancholii po wspomniane wcześniej manie i depresje. Zaburzenia związane z "A Line You Can Cross" mogą być dziedziczne. Prawdopodobieństwo ich wystąpienia jest szczególnie wysokie wśród endemicznej populacji writerów Porcys, gdyż charakterystyczny kod genetyczny redaktorów to w większości rozbudowany łańcuch drobnych fragmentów o nieokreślonych do końca szyfrach 9.0-10.0, które w literaturze występują pod zbiorczą nazwą "porcyscore" (w innych źródłach spotkać można również określenie "Porcys Darlings"). Jednak nawet jeśli zaburzenia związane z "A Line You Can Cross" się odziedziczy, nie znaczy to, że choroba wystąpi ani też, że będzie podobnie przebiegać. Czasem zapadnięcie na nią następuje w późniejszych latach życia, zwłaszcza po okresie inicjacji z muzyką lat 80. Osoby cierpiące na to schorzenie często DOZNAJĄ niekontrolowanych wybuchów płaczu, na przemian z okresami niepohamowanej euforii. Zaburzenia związane z "A Line You Can Cross" są nieuleczalne. Terapia poznawczo-behawioralna (za pomocą innych utworów) powoduje jedynie minimalne złagodzenie objawów. –Jakub Bugdol

posłuchaj


A Sectioned BeamLansing-Dreiden: A Sectioned Beam (2004, A Sectioned Beam (EP))

Niedawno na naszej kozetce Małgola tak opowiadała o tej pieśni: "Cała EP-ka A Sectioned Beam przywodzi mi na myśl klimat czasów dzieciństwa. Mam wrażenie, że kojarzy mi się z wieloma rzeczami, ale żadnej nie mogę sprecyzować. Nie muzycznie, tylko wspomnieniowo. Niesamowite". Początkowe rozczarowanie wynikające z faktu, że liczyłem na coś, co z wrodzonego lenistwa będę mógł pożyczyć i na tym poprzestać, przerodziło się w olśnienie, które pomogło mi odnaleźć klucz do opisu niewyrażalnego. Dlatego nawet jeśli nie do końca mogę się podpisać pod fragmentem, w którym mówi o dzieciństwie, to Małgola trafiła w punkt przy słowie "niesamowite". Znakomita większość twórczości Jorge to dla mnie dźwiękowa egzemplifikacja freudowskiego unheimliche – czynnika, który wprowadza niepokój za pomocą zderzenia elementów znajomych, swojskich z tymi kompletnie obcymi. Charakterystyczna dla naszego bohatera narracja prowadząca "A Sectioned Beam" kluczy, myli tropy, zwrotki, refreny, właściwą drogę odnajdując dopiero wtedy, gdy przekracza mostek, a Elbrecht, w niekompletnym trójkącie rozpiętym pomiędzy Kostaryką, Nowym Jorkiem i Los Angeles, kolejny raz prowadzi schizofreniczny dialog sam ze sobą. Te chorobliwe nakładki wokalne to wyraz lęku przed sobowtórem albo odwieczna walka Erosa z Tanatosem, na pewno. W "A Sectioned Beam" przede wszystkim ujmuje świeżość tej kąpieli w krwi przeterminowanych stylistyk, tego wampirycznego wysysania gatunków (dub, madchester, post-punk, psychodelia, dream-pop?). Efektem rzecz jasna rzecz efektownie nie do pomylenia z kim innym. Imponuje lekkość, z jaką mastermind Lansing-Dreiden za każdym razem doprowadza do perfekcji muzyczny idiom, by potem poszerzać jego granice, porzucać go i znowu wracać – za każdym razem z bezbłędnym rezultatem. –Paweł Wycisło

posłuchaj


Cement To StoneLansing-Dreiden: Cement To Stone (2006, The Dividing Island)

Zasadniczą różnicą między Lansing-Dreiden i Violens był charakter obu przedsięwzięć. Podczas gdy Violens należy rozpatrywać w kategorii zespołu z krwi i kości, koncertującego i obarczonego pewnym estetycznym niechlujstwem, Lansing-Dreiden stanowiło bardziej platformę do kolektywnego tworzenia oraz dystyngowaną galerię piosenki. Z tego też powodu zapomniane nieco, zamykające skromną dyskografię grupy The Dividing Island charakteryzuje swoiste bogactwo, zarówno od strony aranżacyjnej, jak i w zakresie obróbki studyjnej. Od orkiestrowych ciągot utworu tytułowego, przez drobiazgowe zniuansowanie "A Line You Can Cross" i bezwstydny rozmach "One For All", aż po space-rockową przestrzeń "Dethroning The Optimyth", płyta ta aspiruje do miana kolekcji perfekcyjnych, starannie dopracowanych (powiedzmy) pop-songów skierowanych do koneserów szeroko pojętej muzyki popularnej.

Gdzieś w tym czarno-białym tyglu znalazło się też miejsce dla "Cement To Stone" – prog-rockowej suity przekłutej w formę miniaturowego, dream-popowego walczyka, którego trzon stanowi prosta figura gitary akustycznej i rozedrgane, nadające całości artystyczny sznyt partie klawiszy. Zachwyca odlatująca w kosmos sekcja rytmiczna, poraża głębia nawarstwionych w mixie instrumentów; w monotonnej, lecz niezwykle płynnie lawirujące między akordami linii wokalnej autentycznie można się zatracić. W swojej wielopoziomowej maestrii "Cement To Stone" jest świetnym przykładem na to, że warto czasem sięgnąć głębiej w archiwa ulubionych artystów – kawałek dla tych, którzy myśleli, że całe Lansing-Dreiden zamyka się w jednym "A Line You Can Cross". Nie, kochani, jest tego więcej. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


I DisappearLansing-Dreiden: I Disappear (2008, Tri (EP))

Debata nad esencją "ejtisowości" w muzyce wcale nie wygasła – dokładność pomiaru i czułość ("uczulenie" w znaczeniu innym niż alergia) oraz swoistość testu diagnostycznego w tabeli krzyżowej predykcyjnych wartości estetycznych pozwalają na nieskończone porównywanie stosunku wyników prawdziwie dodatnich do sumy prawdziwie dodatnich i fałszywie ujemnych. Innymi słowy to co duchologicznie w latach "dziesiątych" vel "kilkunastych" dopieścili na wysoki połysk Jensen Sportag, Elbrecht i jego ekipa penetrowali już w drugiej połówce lat "zerowych". Przewaga ich dziwności polega jednak między innymi na samej strukturze składu tego "zespołu", który wedle podań ludowych był komuną w takim samym, anarchistycznym znaczeniu, co Amon Düül, Crass czy Scritti Politti. Jeśli więc kilkunastoosobowy "fluxus" pod wodzą kostarykańskiego lidera, najwyraźniej zamieszkujący jakiś opuszczony dom na przedmieściach i funkcjonujący wedle niepisanej reguły "każdy może sobie dograć jakieś pedalskie klawiszki" (klasyk) ostatecznie WYSRYWA coś, co brzmi jak opalona Nina Agdal prężąca się w kostiumie na tropikalnej plaży z cyklu "Midnite Secrets", to chyba mogę określić tę metodę jako tzw. "złoty standard". –Borys Dejnarowicz


Part Of The PromiseLansing-Dreiden: Part Of The Promise (2006, The Dividing Island)

Słuchacze popołudniowo-weekendowych audycji Trójki powinni kojarzyć te riffy, bo faktycznie nieźle wypadają w dżinglowej roli. Ale "Part Of The Promise" to przede wszystkim numer z drugiego longplaya Lansing-Dreiden – bandu, którym jakiś czasu temu dowodził bohater naszego dnia. I choć największym highlightem The Dividing Island jest niesamowity indeks numer trzy, to jednak album nie sprowadza się wyłącznie do "A Line You Can Cross". Mój drugi faworyt, "Part...", to takie szkatułkowe, lilys-owskie indie mieszczące w sobie ostre gitarowe cięcia jak u wczesnych Kinks (nieco inaczej niż na The 3 Way, ale wspólny mianownik jest) oraz przeciekający gdzieniegdzie shoegaze'owy smar MBV opracowany przez Kurt Heasleya na In The Presence Of Nothing. A że mam ogromną słabość do Lilys, na luzie jednej z moich ulubionych gitarowych kapel, to nie mam wyjścia i muszę docenić smak Elbrechta w tamtym momencie krystalizowania się jego stylistycznego języka. Choć wiadomo, że moje skojarzenia to jedno, a partie basu, punktująca perka, kruche melodyjki na keyboardzie czy urokliwe przełamanie pędzącej chmary gitar psychodeliczną słodyczą na 2:16, to już pomysłowość Jorge i jego zamiłowanie do pewnych patentów wyciągniętych z lat osiemdziesiątych. Wszystko to przypomina układankę, w której puzzle obracają się wokół własnej osi i ostatecznie, złożone w całość, dają przepyszny efekt. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Never Let You GoSGINNED: Never Let You Go (2010)

Już nie pamiętam, ona też nie pamięta: na początku był Ju(s)tin Bieber, słowo, chaos, może nawet miłość, ale na pewno powstał teledysk, narodz(i)ła się piosenka napisana do wideoklipu. I w sumie można kończyć, ponieważ sam pomysł jest na tyle niezwykły, że nadal zachwyca, ale spokoj(n)ie, bez pośpiechu, bo to jeden z tych przypadków, (g)dy trzeba zobaczyć na własne oczy, żeby zrozumieć i nie zrozumieć. Znam ten klip na pamięć i nie potraf(i)ę sobie odmówić przyjemności wymienienia ulubionych fragmentów: pi(e)rwsze wejście Biebera z rękami w kieszeni, don't force your eyes z przymkniętymi oczami Justina, wskazanie pa(l)cem na podłogę przy you aren't shit so sit down, taniec poprzedzony moonwalkiem i spoglądanie sobie w oczy, gdy pojawiają się słowa you stupid slut, corrupte(d), yeah, futile and old czy – skoro i'd love a natural end – krzyk rozpaczy na końcu. Nie bójmy się stwi(e)rdzić, że muzyczna współpraca z Caroliną Polachek to kolaboracja, bowiem możecie jeszcze nie wiedzieć, ale każdy związek to pa(k)t z wrogiem. "Never Let Me Go" jawi się jako perwersyjna gra zmysłów, w której to medium jest najważniejsze – przywołuje morskie duchy i zak(a)zany smak italo-disco pod okiem bogów rzymskich; stapia w jedno fonię i wizję. Trudno stwierdzić, czy to po prostu artystyczne świadectwo nieposkromionej wyobraźni, postmo(d)ernistyczna igraszka, prequel wspaniałego teledysku do "When To Let Go" czy jedynie urokliwy utwór. Każdy powinien sam odpowiedzieć na to p(y)tanie, ale mogę Wam pomóc. Przyjrzyjcie się uważnie i pamiętajcie – najważniejsze odpowiedzi często ukryte są w słowach. –Paweł Wycisło

posłuchaj


Already OverViolens: Already Over (2008, Violens (EP))

EP-ka Violens z 2008 roku, którą otwiera "Already Over", jest prawdopodobnie moim ulubionym wydawnictwem Jorge. To kontrowersyjne stanowisko i pewnie w redakcji jestem pod tym względem odosobniony, ale cóż poradzę, że mam słabość do tych stosunkowo nieskomplikowanych i zwartych piosenek. Niedawno mądrzejsi ode mnie pisali, że wbrew tytułowi to dopiero początek, jednak ja nie uznaję autorytetów, bez wahania wybieram cyniczne zakończenia. W tym upbeatowym wymiataczu zwrotka wydaje się prowadzona przez nieśmiertelny groove "This Charming Man" Morrisseya i spółki, ale całość przelatuje z gracją jakiegoś gitarowego, psychodelicznego popu lat sześćdziesiątych, by w pełni rozwinąć skrzydła we wstrząsająco pięknym, rozpływającym się na tle nieba refrenie. Chorus przy okazji klarownie tłumaczy to, co od wielu lat nie daje mi spokoju: za mało pisze się i mówi o wokalu urodzonego w Kostaryce Elbrechta. To głos, który zaspokaja większość moich estetycznych potrzeb dotyczących męskiego śpiewania. Potężny i kruchy, aksamitny i szorstki, perwersyjnie zalotny, przepełniony nadzieją, ale piekielnie ironiczny w wydźwięku; z łatwością wyrażający najbardziej skomplikowane uczucia. Dlatego gdy znajomy poprosił o listę moich ulubionych wokalistów, to obok Sufjana, Elliotta i Nicka znalazło się miejsce dla lidera Violens. –Paweł Wycisło

posłuchaj


Der MicroarcViolens: Der Microarc (2012, True)

"Der Microarc", czyli cudowne dziecko dream popu i shoegaze'u, zaspany (tak jak zaspany może być zombie), paranoiczny manifest psychoterapii, wywołujący bolesne pokłady podświadomości. Arpeggia powtarzające się w ciągu zwrotki i refrenu dostarczają dziwnie przyjemnych, narkotycznych zawrotów głowy, kiedy eteryczny wokal wyśpiewuje coraz mroczniejsze wizje. Właśnie takie klisze, rodem z jakiejś patetycznej teen-blogerki, wpadają do głowy w zetknięciu z tym dziewiątkowym numerem. Wiadomo – porównania zawsze będą banalne, ale gdzieś na drugim dnie kryją przestrogę, że za takim Elbrechtem można skoczyć z mostu albo co najmniej zsunąć się z kozetki. –Jakub Bugdol

posłuchaj


SpiritViolens: Spirit (2011, Embrace)

Jeżeli przyjąć, że muzycznie Violens wyrosło wprost na gruzach Lansing-Dreiden – a więc z art-rockowych melodii i harmonii zamkniętych w glazurowanej, ejtisowej szkatułce – oraz stopniowo wzbogacało jego formułę o janglujący drive, post-punkowe napięcie i bliższe shoegazowym ideałom eksperymenty z dźwiękiem, "Spirit" trzeba traktować jak pewną wizytówkę, dźwiękowy emblemat grupy. Znane i lubiane, narkotykowe lęki Elbrechta odbijają się tu w echu wiodącego riffu, wyjętego chyba spod palców Johnny'ego Marra (think "Some Girls Are Bigger Than Others") tuż po wizycie w jakimś bardzo przygnębiającym miejscu, by ostatecznie wybuchnąć w serii zdławionych jęków nadwrażliwca. Życie boli, jak nawijał klasyk, i dlatego też "Spirit" jest jak zastygłe w półsłówku wyznanie, jak cukier w smole, jak oderwany od kompozycji chórek. Cóż za piękna agonia. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Totally TrueViolens: Totally True (2012, True)

Po bardzo dobrym Amoral, rok 2012 przyniósł jeszcze mocniejsze True. Album otwiera wilk w owczej skórze, czarny koń imprezy, czyli "Totally True", które pod delikatną otoczką niesie ogromną siłę. Wszystko opiera się na dzwoniącym riffie gitarowym, przywołującym na myśl spory wpływ The Smiths. Johnny Marr jest dla mnie facetem, który pokazuje, że nie trzeba grać ekwilibrystycznych solówek, żeby wielu gitarzystów waliło w gacie, próbując odtworzyć te linie prowadzące. Myślę, że będzie ich czekać pranie, kiedy spróbują też ogarnąć kompozycję Elbrechta, bo w tym numerze jest podobnie, dzieje się bardzo dużo. Obfity reverb, dream popowy oddalony wokal, ścierający się z uwagami chórku, który jest jakimś głosem z wnętrza umysłu. Wszystko odpowiednio zmącone, pogrążone w mroku. Oszałamiający, mglisty, ale wciąż jak najbardziej piosenkowy singiel na wieczorny spacer, kiedy punkt destynacji właściwie nie jest nam jeszcze znany. –Artur Kasprzycki

posłuchaj


When To Let GoViolens: When To Let Go (2011, Embrace / True)

Moja relacja z tym utworem układa się na przekór Elbrechtowi. "I always know / when to let go"? Wolne żarty. Za każdym razem, kiedy to odpalam, kończy się jakikolwiek umiar; że niby miałbym wyłączyć tę kawalkadę zniewalających melodii, nie dać się kolejny raz zawładnąć bzdryngającym gitarowym dzwoneczkom i wyjącym z zaświatów backing wokalom, nie prześledzić raz jeszcze złotej sekwencji akordów? Polecam wybadać sobie kiedyś na spokojnie, ze słuchawkami na uszach, jak wiele równoległych, bezbłędnych ścieżek melodycznych jest tu na siebie nałożonych i jak misternie formują one schematy do obsesyjnej repetycji; to doprawdy niebywałe, jakie są możliwości ludzkiego słuchu. Jeżeli Elbrecht kiedykolwiek przekroczył tę swoją legendarną linię, to tylko w "When To Let Go" – utworze jednocześnie kruchym jak porcelana i pędzącym bez jakichkolwiek kompromisów, spektakularnie zacierającym granice między kategoriami piękna, melancholii, erudycji, metafizyki, nastoletnich urojeń i obsesji, jebanych proszków nasennych, i mógłbym tak wymieniać dalej, ale tym razem chyba posłucham typa i dam już sobie spokój, bo przy skali oferowanych przez Violens wzruszeń nietrudno skończyć w bagnie rozciapcianej blogerki. Krótko: gdybym robił listę życia, to jeden z pierwszych kawałków, jakie bym na niej umieścił. –Wojciech Chełmecki

posłuchaj


Violent Sensation DescendsViolens: Violent Sensation Descends (2010, Amoral)

Dziś Violens kojarzą się nam jednoznacznie z mądrze prowadzonym shoegaze'owo-dream-popowym paradygmatem, w którym pełno inteligentnych i nośnych melodii. I jeśli już decydujemy się słuchać tego projektu, to wybieramy True albo Embrace, a o Amoral nieco zapominamy. Wiadomo, dopiero na dalszym etapie Elbrecht wymyślił styl, który rozwija w projekcie Presentable Corpse i który tak mocna nam przypasował. Ale zawsze lubiłem debiut Violens: z czysto dokumentalnego punktu widzenia pokazywał, w jakim momencie myślenia o muzyce jest Jorge i pomagał ustalić skalę rozwoju gościa. Nie chcę pisać, że to był jakiś przejściowy album – myślę, że to była próba stworzenia bardziej popowego, "normalnego" zestawu piosenek, którym jednak czegoś mocno brakowało. No ale kilka fragmentów mam gdzieś z tyłu głowy, a najbliżej mi do "Violent Sensation Descends". Krótka, dwuminutowa pigułka pachnąca jeszcze lansingowo-dreidenowym soundem i songwritingiem, ale jak nic zbliżająca Elbrechta do kolejnego etapu. Wydaje mi się, że gdyby ten numer został zaaranżowany gdzieś w 2012 roku, to pewnie załapałby się do folderu z piosenkami i tak mielibyśmy Ten Songs. Ale wyszło inaczej i mogę cieszyć się z tego sympatycznego, lilysowego okruszka. –Tomasz Skowyra

posłuchaj


Redakcja Porcys    
BIEŻĄCE
Tłusty Piątek: 22 września 2017
Oneothrix Point NeverGood Time