SPECJALNE - Rubryka

Orient Express #16

13 czerwca 2018

Witajcie. Spotykamy się po długiej ROZŁĄCE, ale cieszę się, że znowu mogę popisać trochę o muzyce z Azji. Cóż mogę powiedzieć – od ostatniego tekstu minęło sporo czasu i sporo się pozmieniało: Chińczycy coraz mocniej myślą nad Księżycem i Marsem, w Cannes Złota Palma powędrowała do "współczesnego Ozu", czy Hirokazu Koreedy za film Shoplifters, w międzyczasie nastąpiło historyczne pojednanie Korei Południowej i Północnej, w Bangkoku odnaleziono zaginiony obraz Van Gogha, a dosłownie chwilę temu mieliśmy SZCZYT Trump-Kim Dzong Un, który rozpoczął proces denuklearyzacji Korei Północnej. Myślicie, że to wszystko przypadki? No cóż: nie do końca. Powiem krótko – wszyscy wywiązali się ze swoich zadań, więc zgodnie z umową ja wracam z kolejnym, szesnastym już Orient Expressem. Jak zwykle sporo albumów, a w sekcji singli jak zwykle poptymistyczna lista przebojów z Azji, czasowo trzymałem się pierwszych miesięcy 2018 roku, ale i tak jest dość luźno. To co? Zapraszam do czytania i mam nadzieję, że kolejny odcinek Orientu pojawi się już niebawem, a nie za 6 miesięcy.


ALBUMY:

Alva Noto / Ryuichi Sakamoto: Glass

Alva Noto / Ryuichi Sakamoto
Glass
[Noton]

Obu panów chyba nie muszę przedstawiać. Bardzo się cieszę, że po zwycięstwie z chorobą Sakamoto wrócił i nadal tworzy znakomitą muzykę. O zeszłorocznym async chyba jeszcze pamiętacie, a w tym roku dostajemy trwający ponad pół godziny, niebywale klimatyczny ambientowy album. Ale Japończyk nie dokonałby tego bez jednego z szefów Raster Noton, czyli swojego stałego współpracownika (chyba mogę użyć takiej frazy) Carstena Nicolai. Zatem co też dzieje się na Glass? O ambiencie trudno jest pisać, to bardziej muzyka wyobraźni i tak dalej (wiecie, o co chodzi), więc podzielę się z wami moimi odczuciami. Słuchając tej kompozycji czuję się, jakbym był zamknięty w jakiejś odrealnionej jaskini na zupełnie innej planecie. Czuję niepokój, ale nie strach, jestem ciekawy, ale nie znudzony. To jak muzyka z art-house'owego horroru, w którym dba się o każdy detal tkanki i faktury. Ale tak jest tylko przez pewien czas, bo później opuszczam moją wyimaginowaną jaskinię, mogę na własne oczy (uszy) przekonać się, jak wygląda nowy świat wokół mnie. To coś w rodzaju kosmicznego new-age'u, który fascynuje cały czas, dlatego napięcie nie spada nawet na moment. No i warto wytrwać do końca, którego nie zdradzę. Ale jedno mogę napisać – znakomity album, który jako czytelnicy tej rubryki koniecznie musicie posłuchać, jeśli jeszcze tego jakimś cudem nie zrobiliście.

posłuchaj


Animal Hack: Gift

Animal Hack
Gift
[Subenoana]

Mnóstwo wokalnych sampli, miękkie (ale parzące) dropy, sporo śladów 90sowych rave'ów, dużo syntezatorów i chwytliwych melodyjek, które ujawniają taneczny świt teraźniejszości. Chyba mniej więcej tak w skrócie można scharakteryzować zawartość nowego mini-albumu Gift. Animal Hack nadal są jednym z najbardziej interesujących mnie japońskich projektów, jeśli chodzi o parkietowe przeznaczenie. A dzieją się różne rzeczy: dziwactwa spod znaku wydelikaconego Skrillexa ("Letter" czy "Wating..."), house'ujące jamy ("Body"), nieco bardziej piosenkowe sprawy (jakiś synth-pop z japońskiej stacji kosmicznej "Inside" – myślę, że to mój ulubiony numer z tej płytki), czy metaliczny robot-pop "Plastic Night". I tak to sobie leci. Pewnie brakuje im trochę okrzesania, czasem jaskrawa barwa klawiszowych wybuchów aż razi i produkcja nie jest tu jakoś specjalnie błyskotliwa, ale na brak pomysłów czy kreatywności nie można jakoś mocno narzekać. Próbujcie i przekonajcie się sami.

posłuchaj


April: The Blue (EP)

April
The Blue (EP)
[DSP Media]

Znowu potwierdza się, że k-pop to potęga, jeśli chodzi o single, ale jeśli chodzi o mini-albumy czy długograje, jest gorzej. Czasem trafia się ktoś, kto robi dużą różnicę, a czasem jakiemuś girlsbandowi uda się nagrać niezwykle solidny zestaw. W przypadku The Blue mówimy o tym drugim wariancie. Bardzo lubię, gdy ktoś potrafi umieścić na płycie 5 piosenek, które mogłyby być singlami. Jest tu tylko jedna ballada – kończąca małą płytkę "Stand By Me", ale kompozycja i unoszący się refren nie pozwalają na krytykę (chyba mój faworyt). Ale po kolei: "The Blue Bird" to wypieszczony k-pop z bezbłędnie wyważonymi akcentami, "Beep" to już zwiększenie tempa i przeskok na bangerowe rejestry. Nie ma tu jednak mowy o przesadzie (zwróćmy choćby uwagę na mostek na wysokości 2:47) – dziewczyny mają wszystko pod kontrolą. "Angel Song" to zdaje się najbardziej letni song w kolekcji, ale wcale nie obniża poziomu. Nawet gdy April sięgają po mocno igrający z obciachowym dance-popem "Hide & Seek", wychodzą na tym wygrane. I trochę szkoda, że nie ma tu fragmentów bezsprzecznie kapitalnych, które pozwoliłyby The Blue zaistnieć szerzej w 2018 roku z perspektywy k-popowej. Ale i tak należą się brawa za 5 strzałów i pięć trafień.

posłuchaj


BoA: Kono Mama De Li No Kana

BoA
Kono Mama De Li No Kana
[Avex]

W tym roku Koreanka powróciła na dwa fronty: japoński i rodzimy. Zacznijmy może od tego pierwszego, bo w tym wypadku dyskutujemy o longplayu. Jak zwykle w przypadku tej dziewczyny przeczesuję zabarwioną taneczno-kpopowym r&b tracklistę w poszukiwaniu fantastycznych singlowych strzałów. I choć nie udało mi się wykryć wybitnie wyróżniających się fragmentów, to jednak kilka numerów zwraca uwagę. Już opener "Where I Am Now" z wzniosłym refrenem spełnia moje oczekiwania (posłuchajcie mostka!), ale i "Arigatou Sayonara" ze swoim przywołaniem 90sowego r&b wkręca się od razu. Później atmosfera nieco się rozrzedza i spotykamy na przykład saksofonowy house pod wezwaniem Parov Stelara ("Jazzclub"), a potem sporo standardowego j-popu (choćby ballada "Right Here, Right Everywhere" czy bangerowy "Lookbook"). I przy tych fragmentach już nie jest mi tak bardzo do śmiechu, choć uczciwie przyznaję, że wolę Kono Mama De Li No Kana od pozbawionych jakiegokolwiek wyrazu girlsbandów z Japonii. I jak na razie lepszego komplementu nie wymyślę.

posłuchaj


BoA: One Shot, Two Shot (EP)

BoA
One Shot, Two Shot (EP)
[SM Entertainment]

Tymczasem One Shot, Two Shot to kolejny (bo zdecydowanie nie pierwszy) mini-album singerki po stronie koreańskiej. Oczywiście od pierwszych sekund błyszczy tytułowy kawałek, który wyjaśnia dogłębnie, na czym polega dance'owe r&b w Korei. Potem jest trochę delikatniej ("Everybody Knows"), ale cały czas interesująco – śpiewane frazy szybko wchodzą do głowy. "Nega Dola" to z kolei sprawny mariaż gitar i syntezatorów w popowym ujęciu – również plus. I właściwie każdy indeks jakoś się broni, nawet jeśli daleko mu do perfekcji ("Your Song"). Z tym że jednak najbardziej podobają mi się sytuacje, w których BoA wykręca taneczne tracki – najlepsze potwierdzenie tezy to mknący na prostym bicie "Recollection". No i nie ma dla mnie wątpliwości, że to właśnie koreańska odsłona wygrywa zdecydowanie z japońską: więcej tu konkretu i przebojowości, mniej utartych wątków i zachowawczych patentów. Ale singlowo mamy chyba jednak remis, więc równowaga została zachowana. I fajnie.

posłuchaj


Buddhahouse: Kinky

Buddhahouse
Kinky
[self-released]

Czas na trochę deep-house'u z Japonii. Nie będę wymyślał, że wiem, kim jest Buddhahouse – usłyszałem o tym projekcie całkiem niedawno i naprawdę wystarczyło mi tylko to, co znalazłem na jego Bandcampie. Kinky to krótki longplay (format mniej więcej taki, jak Music For The Uninvited), który po krótkim prologu i tropikalnym tańcu "Mango!" wkracza na właściwe tory. "Sex Drug Rock'N'Roll" (uwaga: tytuł podstępny i zwodniczy) to poruszający się po basanovskich krużgankach, egzotyczny house. Kompozycyjnie nie są to może jakieś wyżyny (zbyt jednostajny jak dla mnie), ale podejrzewam, że na parkiecie jego szanse mocno by wzrosły. Organiczny "Kyoto" jest chyba jeszcze bardziej przyjazny parkietowi. No i ta dziwna melodyjka pod koniec... Ale jeśli komuś trzeba więcej do rozkręcenia imprezy, to niech od razu sięga po "Personal Memories": karnawałowy balet w bezpośredni sposób porywa do tańca. W podobnej lidze gra "Lost Paradise", choć tutaj nacisk położono na plemienność (pomyślcie o nagraniach Ninos Du Brasil). I na tym chyba zakończę rekomendowanie Kinky – kto poczuł się zachęcony, niech odpala link wklejony poniżej, kto nie, niech zerknie na kolejne pozycje w rubryce.

posłuchaj


Callme: Hello No Buddy (EP)

Callme
Hello No Buddy (EP)
[Avex]

Temu girlsbandowi przyglądałem się i kibicowałem już od jakiegoś czasu. Dziewczynom udało się znaleźć punkt przecięcia między chwytliwym j-popem a synthowymi zakusami, pobranymi w prostej linii od Yasutaki Nakaty (nie ma przypadku, że Callme często porównuje się z Perfume – to jakby bardziej "ludzki" skład). Na mini-albumie Hello No Buddy, najnowszym wydawnictwie dziewcząt, zaskoczeń więc nie ma – już od ocieplonego chiptunem r&b w tytułowym kawałku wszystko zmierza w znanym, ale jakże przyjemnym kierunku. Ale to pod drugim indeksem kryje się najbardziej, moim zdaniem, ripitowalny track, czyli wyperfumowany "You Don't Know Me". Jednak trochę mniej przekonują mnie momenty, w których Callme uciekają w populistyczny, stadionowy j-pop ("Don't Be Afraid") lub robiącą niezłe wrażenie, ładną balladę "Prayer", która choć pokazuje inną stronę zespołu, to niewiele tutaj wnosi. Zdecydowanie wolę takie piosenki jak "All I Need", które może nie błyszczą oryginalnością, to jednak są znacznie bardziej wyrazistsze. Żadna piosenka mnie tutaj "nie boli", więc jak najbardziej polecam posłuchać całość.

posłuchaj


Cosmic Girls: Dream Your Dream (EP)

Cosmic Girls
Dream Your Dream (EP)
[Starship Entertainment]

Cosmic Girls (albo WJSN) rozpoczynają Dream Your Dream jakby wbiegały na udekorowaną balonikami i falującymi ozdobami salę balową. A mówię tu oczywiście o znakomitym starcie w postaci "Dreams Come True" – żywiołowej piosence na przecięciu czołówki do jakiegoś serialu i doskonale skonstruowanej k-popowej kompozycji. Wszystko mi się tu zgadza: posłuchajcie tylko, jak zmieniają się konkretne synthowe pasma. Idziemy dalej, a tutaj "Love O'Clock" z baśniową introdukcją, która niespodziewania przeradza się w beztroską celebrację tańca (tu zwróćmy uwagę na inteligentnie zwalniające akcję pre-chorusy). "Renaissance" niby leży bliżej sformatowanego popu z Korei Południowej (mam wrażenie, że jeden z motywów słyszałem w jakiejś innej piosence – komentatorzy na YouTube podpowiadają "Miracle" tych samych dziewcząt), ale to tak naprawdę mały szkatułkowy skarb. I do końca jest świetnie, a closer "Thawing" to chyba najciekawszy kawałek ze wszystkich – kocham ten balans między kolejnymi odcinkami piosenki. Więc jeśli chcecie posłuchać spójny zestaw z k-popowymi numerami, to zdecydowanie powinniście kliknąć poniżej.

posłuchaj


House Of Tapes: Made In Hope

House Of Tapes
Made In Hope
[Progressive Form]

Nie jestem zbytnio fanem labelu Progressive Form, bo nieraz już SPARZYŁEM się na ich wydawnictwach. Ale cenię ich za poszukiwanie i promowanie czegoś odlegle różnego od oklepanego j-popu czy przeciętnego nippon popu z masą odtworzeń na YouTubie. Niemniej po album mieszkającego w Nagoi japońskiego producenta, ukrywającego się pod pseudonimem House Of Tapes sięgnąłem po zapoznaniu się z całkiem interesującym "Another Sky". Ani to shoegaze (choć można wychwycić dość znamienne ciążenie), ani ambient-house, dream-pop czy nawet post-rock (choć te pierwiastki też są tu gdzieś obecne) – to po prostu "ilustracyjna" elektronika poruszająca się po różnych stylistykach, której celem jest wytworzenie nierealnego klimatu (spójrzmy też na okładkę LP). Całość porusza się po podobnej strefie dźwięków, choć nie ma co liczyć na objawienie w rodzaju debiutu Seefeel. Jak dla mnie to jednak nie ta skala wrażliwości, bo przy takiej strategii lepienia sonicznych rzeźb trzeba nie tylko wiedzieć, co z czym połączyć, ale też przenieść na dźwięk jakąś część siebie. Ale: Made In Hope to mimo wszystko album niezwykle oryginalny jak na japońskie realia: sprawdźmy błądzący po ambientowych pracach Richarda D. Jamesa "Antidotes", house'owy majak "Heart Leaf" (rzecz w duch Coyote Clean Up, którzy gdzieś zniknął), śliczną impresję "Chill Out" czy cyfrowy błogostan "Miracle". Warto więc obserwować tego kolesia – kto wie, czym może zaskoczyć za jakiś czas.

posłuchaj


Kikuo: Kikuo Miku 5

Kikuo
Kikuo Miku 5
[self-released]

Niby mógłbym coś napisać o tej płycie, ale skoro wyręczył mnie Afrojax (choć to blurb o jednym utworze, to jednak zawarto w nim istotę całego Kikuo Miku 5) i po prostu nie mogę nie skorzystać z takiej okazji, prawda?

 

 

posłuchaj


Kosmo Kat: Rose (EP)

Kosmo Kat
Rose (EP)
[self-released]

Kto w miarę uważnie śledzi azjatyckie szlaki na Porcys, powinien kojarzyć Kosmo Kata, jednego z wyróżniających się japońskich producentów dance-elektroniki. Pisałem niegdyś o EP-ce Square, a tym razem przychodzi czas na Rose – rzecz jeszcze silnej osadzoną w, nazwijmy to, nowoczesnej "muzyce klubowej". Trudno tu o ślady marzycielskiego popu: w tej odsłonie rządzi pocięty, szukający porozumienia z french touchem, dancefloorowy vibe. Może nie są to odcienie Daft Punk czy Alana Braxe'a, ale powiedzmy, że mieszkaniec Tokio idzie ścieżką takich grajków jak SebastiAn. Tyle tylko, że jego produkcje są znacznie bardziej subtelne i znacznie bardziej przemyślane. Dodajmy do tego dbałość o szczegół w producenckiej materii i możemy cieszyć się takimi trackami jak laboratoryjny android-dance "Pink", doskonale nadający się na piątkową imprezę "Bab" czy odrobinę Akufenowy "Jus P Frens". Zdaje się, że pierwsze trzy utwory są tu najbardziej wyraziste, ale ja zdecydowanie zachęcam po przesłuchanie całości – sama przyjemność, więc nie ma się co ociągać.

posłuchaj


Luby Sparks: Luby Sparks

Luby Sparks
Luby Sparks
[AWDR/LR2]

Choć może się wydawać, że to w ogóle nie jest płyta azjatycka, bo i nazwa angielska, i teksty po angielsku, i nawet muzycznie dość blisko Europy, ale jednak kosmopolici z Luby Sparks to formacja z Japonii. Na wakacjach ekipa poleciała do Londynu, aby nagrać swój debiutancki album (a pomagał im w tym Max Bloom, którego możecie znać z zespołu Yuck). I cóż możemy powiedzieć o tym albumie? Nie grzeszy oryginalnością, bo płyt z takim delikatnym shoegaze'em, wpadającym w dream-popowe nastroje, nagrano już tysiące. Dlatego dość często porównuje się ich do Pains Of Being Pure At Heart i zdaje się, że to trafione zestawienie. Można też pokusić się o napomknienie o Lush, ale jeśli weźmiemy pod uwagę jakość kompozycji, to będzie z tym już trochę gorzej. Nie chcę podcinać skrzydeł młodej japońskiej formacji, ale nie potrafię odnaleźć na ich płycie czegoś, co stanowiłoby o jej wyjątkowości. Okej, "Sparks" to fajny shoegaze'owy numer spod znaku "estetyki" MBV, "Thursday" udanie lawiruje między gapieniem się w buty i indie-popem, a na przykład ballada "The Short Lived Girl" przywołuje stylistykę Cocteau Twins. Zresztą cała płyta to niezłe numery, ale brakuje im tożsamości – to samo można powiedzieć o zespole. Jasne, to dopiero obiecujący początek ich drogi, więc daję im szansę i obserwuję dalej.

posłuchaj


Mondo Grosso: Attune / Detune

Mondo Grosso
Attune / Detune
[Avex]

Shinichi Osawa nieźle się rozpędził: w zeszłym roku przywalił płytą (o Reborn Again And Always Starting New pisałem w #15 Oriencie), a w tym udostępnił krótkiego longplaya/mini-album (co kto woli). Co znalazło się na Attune / Detune? Zaczyna się trochę niespodziewanie, bo od lekko staromodnego podkładu, na którym niejaki Big-O podrzuca rapowe wersy, a w tle pojawia się kobiece r&b. Delikatny "Turn It Up" to już zwrot ku bardziej house-popowej stylistyce, której się spodziewałem, choć dopiero trzeci "False Sympathy" przynosi taneczną siłę Grosso. Ale tylko na moment, bo Japończyk zdaje się cały czas uciekać od swojej strefy house'owego komfortu i bierze się za nieco sztywny synth-pop (dwie wersje "Kemuri"), gitarowy synth-pop ("Eraser"), a nawet jakieś smyczkowe aranżacje ("Thousand Tears Orchestra Instrumental"). Natomiast dopiero na sam koniec leci z highlightem: cieplutkim dance-dream-popem "Wakuseitantora" z łagodnym wokalem Etsuko Yakushimaru. Czyli Mondo Grosso lekcje ma odrobione, ale do pełnej satysfakcji jeszcze sporo brakuje.

posłuchaj


Oresama: Hi-Fi Pops

Oresama
Hi-Fi Pops
[Lantis]

Ponoć Oresama byli kiedyś indie-popowym zespołem. Nie sprawdziłem tego, ale wiem za to, że Hi-Fi Pops to album na wskroś taneczny. Jeśli byłaby konieczność postawić tylko na jedną etykietkę, postawiłbym na post-disco (z domieszką retro sci-fi klawiszy). Ale dzieje się tu bardzo wiele różnorodnych rzeczy. Na przykład zachwycający opener "Hi-Fi Train" brzmi na początku jak podłączone do japońskiego gniazdka Piosenki Po Polsku, potem jak damska wersja Gesu No Kiwami Otome, aż wreszcie pojawia się jakiś ejtisowy sci-fi pop. Od "Ryuusei Dance Furoa" dzieje się to, o czym wspominałem, a więc do gry wchodzi maksymalistyczne post-disco. Wolę jednak, gdy duet Oresama (którego mastermindem jest Hideya Kojima, który napisał i zaaranżował wszystkie utwory, głosem zaś jest Pon) jest bardziej wyczulony w swoich piosenkach: np. ich wersja disco w "Kirei Na Mono Bakari", "Hello Eve" czy przede wszystkim w "Mimi Moto De Tsukamae Te" (polecam fanom Especii) absolutnie mnie przekonuje. Natomiast takie ŁUPANKI jak "Trip Trip Trip" (choć zajebisty mostek tutaj) czy "Wandadoraibu" (tu znowu posłuchajcie zwrotkę) znoszę gorzej. Ale closer "Ginga" z mega chwytliwym synth-wzorkiem już super. Stąd Hi-Fi Pops to w moim odczuciu BARDZO nierówny album z fragmentami niezwykle obiecującymi. Ciekawe, jak potoczy się los tego duetu? Ja oczywiście życzę jak najlepiej.

posłuchaj


Park Jiha: Communion

Park Jiha
Communion
[Tak:til]

A to tak zwana "trudna muzyka", z którą lepiej zaznajomić się w spokoju. Koreańska artystka Park Jiha skomponowała wymagającą, intrygująca, ale i przepiękną muzykę, nawiązującą zapewne do rodzimego folku. Nie będą udawał, że kojarzę instrumenty, które pojawiły się na albumie, albo że potrafię wyłapać wszelkie odnośniki, których pewnie na wydanym ponownie w 2018 roku Communion pełno. Nie. Mnie zwyczajnie podoba się to, co słyszę: muzykę intymną, oddaloną od hałasu i bezsensu, nie szukającą poklasku i lajków. Ale żeby załapać, o co chodzi Koreance, trzeba wkręcić się w ten lekko kontemplacyjny nastrój na przecięciu duchowej poważki ze wschodu, jakiegoś trudnego do wykrycia post-minimalizmu i niezbyt okrutnej jazzowej awangardy (tutaj raczej w wersji light), w której saksofon snuje jakieś smutne story sprzed wieków. I bardzo chciałbym, żeby Communion nie został potraktowany jako ciekawostka z kontynentu azjatyckiego – to absolutnie wartościowa muzyka bez względu na kontekst. Dlatego serio zachęcam was do zmierzenia się z tym materiałem, bo efektem może być, kto wie, nawet oczyszczenie (w sensie doznacie, c'nie).

posłuchaj


Passepied: Neon To Tora (EP)

Passepied
Neon To Tora (EP)
[Warner Music Japan]

Wy już dobrze wiecie, że na Passepied można stawiać właściwie w ciemno. Mimo wydawniczej PŁODNOŚCI japoński skład "nie schodzi poniżej pewnego poziomu", więc ze spokojem można sięgnąć po Neon To Tora, czyli najnowszy mini-album składu. Okej, może nie jest to jakieś wybijające się wydawnictwo w ich równiutkiej dyskografii, ale już witający nas z miejsca tytułowy opener z kapitalnie poprowadzonymi synthami, "połamanymi" akordami i centralną przebojowością trzeba wpisać na wyimaginowaną listę the best of Passepied. Później, co trochę mnie zaskakuje, więcej tu gitar, tak jakby zespołowi brakowało takiego grania. Z zadania wywiązują się całkiem nieźle (solidne "Matinée" czy zadziorne "Kakurenbo" jako przykłady), ale dopiero gdy znowu zaczynają "grzebać" przy kompozycji ("Tobiuo") i gdy stawiają na klawisze (jak w spoglądającym w stronę post-disco "Orange"), dostaję to, na co czekam. I jak na razie to mi wystarcza.

posłuchaj


Sunset Rollercoaster: Cassa Nova

Sunset Rollercoaster
Cassa Nova
[Warner / Chappell Music Taiwan Ltd.]

To teraz wycieczka to Tajwanu, gdzie żyje sobie taki zespolik Sunset Rollercoaster. Nie wiem, jak wy, ale ja pokochałem ich muzykę właściwie od pierwszego posłuchania: to cudownie beztroski, naznaczony ejtisowym synth-popem albumik, który pokochają wszyscy fani Prefab Sporut, Hall & Oates, Scritti Politti, ELO, China Crisis (skreślcie dopiszcie wedle uznania), no i oczywiście Ice Choir, Diogenes Club, Brian Ellis czy Roman À Clef. Nie zapominam o city popie (znajdziecie tu także coś z Tatsuro Yamashity), więc wszystko jest na miejscu. A Cassa Nova to muzyka cudownie niedzisiejsza (chyba że uwzględnimy hasło LATA 80. WRACAJĄ) i właściwie nie mam ochoty na wyróżnianie żadnych piosenek: odpalcie po prostu "Alomst Mature '87" i później już zleci. Dostaniecie kruche post-disco, szlachetny sophisti-pop, delikatny funk (czy boogie funk), czułe ballady i całą masę cudnych LIRYCZNYCH melodyjek. Dla NIEPOPRAWNYCH ROMANTYKÓW, miłośników wykwintnych progresji akordów, ludzi, którzy cały czas żyją w latach osiemdziesiątych albo szalikowców porcyscore'u. No i oczywiście podziękowania dla Borysa, który WYNORAŁ tę kapelkę i płytę!

posłuchaj


Takecha: Deep Soundscapes

Takecha
Deep Soundscapes
[Love Potion]

Z przyjemnością napisałbym coś o tym mocno angażującym słuchacza, subtelnym micro-house'owym albumiku stworzonym przez Takechę, ale redaktor Wycisło WYSMAROWAŁ jakiś czas temu konkretnego blurba, więc przytaczam go tutaj prawie w całości: "Albumowi Takeshiego Fukushimy bliżej do medytacyjnego microhouse'u niż bogactwa głębokich bassline'ów. I tak, jak na kultowych Loop Finding Jazz Records Jelinka i Around The House Herberta, chodzi tu przede wszystkim o celebrację detalu, subtelne cyzelowanie konkretnych szczegółów, które dodatkowo uwypukla sterylna (choć raczej lo-fi) produkcja. Skrawki melodii co rusz pojawiają się i znikają, wykrochmalone glitche podwyższają puls, wtapiają się w tętno kolejnych punktów tracklisty. W dodatku Japończyk potrafi świetnie balansować ciszą, unika efekciarstwa oklepanych kontrapunktów, a każdemu utworowi potrafi nadać charakterystyczny rys, nie tracąc przy tym brzmieniowej spójności. Podsumowując: dla wielu (cierpliwych i wrażliwych) to zabawa na wiele godzin, bo to jedna z tych płyt, które wymagają uwagi, ale odwdzięczają się z nawiązką".

posłuchaj


Yasutaka Nakata: Digital Native

Yasutaka Nakata
Digital Native
[Warner Music Japan]

Znając "Crazy Crazy", myślałem, że Nakata konkretnie pójdzie za ciosem na swoim debiutanckim solowym debiucie (dopiero teraz!). W 2010 roku to pewnie byłoby wydarzenie, ale dziś album został raczej przemilczany. I to jest chyba największa porażka znakomitego japońskiego songwritera, bo coś mi się wydaje, że Digital Native miał otworzyć mu drogę do szerokich wód zachodniego mainstreamu. Na to dość wyraźnie wskazują flirt ze skrillexowym dubstepem (kuriozalny "Level Up") i japońskim EDM-em w "Love Don't Lie", dance-pop spod linijki Calvina Harrisa ("Nanimono"). Reszta to jakieś ćwiczenia w obrębie "nowego bitu", a "stary dobry" Yasutake zakotwiczył swoje elektroniczne bajery tylko we wzmiankowanym tu singlu z Charli i Kyary oraz w "Wire Frame Baby" (to tu dostajemy te charakterystyczne synthowe ścięcia). Jaki z tego morał? Tak nie uda się zdobyć ani Europy, ani serc ludzi, którzy pokochali nieszablonowy pop Capsule, Perfume czy Meg. Próbuj dalej, mistrzu!

posłuchaj


Young Hastle: Love Hastle

Young Hastle
Love Hastle
[Fly Boy]

Nie mam pewności, ale Young Hastle to obecnie najbardziej istotny zawodnik jeśli chodzi o japoński (t)rap. Debiutował na początku dekady, więc nie jest nowicjuszem. Świadczy o tym albumik Love Hastle, który może i z perspektywy jakiegoś Playboia Cartiego albo Young Thuga może brzmieć odrobinę odtwórczo, ale jeśli się chwilę zastanowić, to okaże się, że wcale nie jest tak źle. Po pierwsze: podkłady na LP brzmią zaskakująco aktualnie i świeżo. Ich największą siłą jest grywalność – "My Type", "Before The Show", świetny "No Side Bitch", "Uncle Hastle"... Mógłbym dopisać jeszcze kilka numerów, ale do czego zmierzam: to są pętle, które same się zapętlają, a jeśli na spokojnie zbadać architekturę takiego "Wet", "Narenai" czy "Tracksuits", to zestawienie z Cartim wcale nie wygląda na aż tak przesadzone. Po drugie zaś: japoński raper i jego melodyjne flow sprawiają, że chce się go słuchać i w ogóle nie ma się wrażenia, że ktoś gdzieś przynudza. I to chyba tyle. Kto szuka w muzyce zaskoczeń, niech odpala Love Hastle i przekona się sam, że azjatyckie trapy w towarzystwie r&b da się lubić i słuchać.

posłuchaj


REZERWA:

Half Mile Beach Club: Hasta La Vista [249records]
Naul: Sound Doctrine [CJ E&M Music]
Weki Meki: Lucky (EP) [Interpark Corporation]
Twice: What Is Love? (EP) [JYP Entertainment]
GFriend: Time For The Moon Night (EP) [Source Music]
CLC: Black Dress (EP) [Cube Entertainment / LOEN Entertainment]
Snuper: Blossom [Widmay Entertainment]
Heize: Wish & Wind (EP) [CJ E&M Music]
Ryuuta Takaki: Twist [self-relaesed]
Lovelyz: Heal (EP) [Woollim Entertainment]


SINGLE:

Abenie: "Metropolis"
No to zacznijmy od wyrafinowanego songwritingu otoczonego garścią klawiszy. Dla wtajemniczonych w japońską klasykę popu: wiecie, który kawałek Sugar Babe jest tu cytowany?


Aseul: "Always With You"
"Aaaaaaaaaalwaaaaaaaaaaaaays.... with you..." Nic więcej o tej ślicznej nocnej impresji w synth-popowych barwach nie jestem w stanie napisać...


BoA: "One Shot, Two Shot"
BoA to już zawsze będzie wizytówka przebojowego, nienagannie wyprodukowanego, posiadającego niebywałą klasę, wikłającego się w r&b popu z Azji. Mistrzyni.


Catchup feat. Jozu & Gesture: "Surfing"
Lato w pełni, więc jeśli macie możliwość to czym prędzej biegnijcie na plażę i łapcie fale. A jeśli nie, to przynajmniej posłuchajcie tego wakacyjnego r&b bangera w house'owych szatach.


CLC: "To The Sky"
Niby nic wielkiego, ale ten główny motyw ma jakąś dziwną nośność. Może stąd ten tytuł? A może dlatego, że brzmi jak czołówka jakiegoś anime? Chyba za dużo chcę wiedzieć.


Cosmic Girls: "Dreams Come True"
O tym kawałku już pisałem: przykład tego, jak nie utracić k-popowej tożsamości, a jednocześnie być przebojem, który powinien zrozumieć człowiek nieogarniający azjatyckiej muzyki.


E-Girls: "Show Time"
Egzotyczny arabic-j-pop, którego tempo dosłownie zapiera dech. Niemal czuję, że e-dziewczyny tańczą i śpiewają 5 metrów ode mnie.


EXID: "Lady"
Oldschoolowe r&b z takimi prechorusami i bezwstydnie słodkimi refrenami raczej tylko w Korei Południowej. Wszyscy tęsknią do lat 90., ale skoro ma się to objawiać w ten sposób, to chyba można umrzeć z tej tęsknoty.


Kyary Pamyu Pamyu: "Kimino Mikata"
Kto by się spodziewał, że będę czekał na kolejne piosenki Kimi? Ale skoro Nakata wziął sprawy w swoje ręce i utworzył bezwzględny przebój, to co ja mogę. A teledysk też kocham (2:45 <3).


Loona: "One & Only"
Doceniam "Egoist" Olivii, ale: "One & Only" to kolejny mały brylancik w kolekcji Loony. Swoją drogą ich polityka z wydawaniem singli jest mega sprytna, ale jednak wolałbym zebrać wszystkie najfajniejsze kawałki w jeden mini-album.


Na Haeun: "So Special"
Że się powtórzę: jeśli ktoś mnie zapyta, na kogo stawiam w przyszłości: na Tinashe, Arianę, Ritę czy Iggy, ja powiem: "Daj spokój, ja tam wolę jakieś młode z podstawówki". (Oszczędzę wam googlowanie: ma 9 lat).


Naul: "Baby"
Dobra, to już chyba nie jest żaden pop z Azji, tylko jakiś prince'owski neo-soul/r&b/funk. No ale skoro dobre, to DONOSZĘ UPRZEJMIĘ, c'nie. I uważajcie na "załamanie akcji" na 2:35.


Monari Wakita: "Take It Lucky!!!!"
Ci, którzy załapali się na Especię mogą przez te 4 minuty znowu poczuć jej charakterystyczny wajb Gusto. A ty, Monari, dawaj wreszcie nowy album!


Perfume: "Mugen Mirai"
Nie wiem, czy kogoś zachęci łatka "japoński post-EDM" + znana FIRMA w j-popie. Więc może zróbmy tak: kto chce posłuchać zajebistego post-EDM-u, niech ogarnie ten wałek, a refrenowy drop zostanie z nim na dłużej.


Passepied: "Neon To Tora"
Pisałem już kiedyś, że Passepied na każdym wydawnictwie mają przynajmniej jeden bezdyskusyjny highlight. W przypadku nowej EP-ki jest to właśnie ten lekko pijany, hiper-chwytliwy, wyrafinowany synth-rock grany na japońskiej prywatce.


Risso: "Allergy"
Kolejny Orient, kolejny singiel Risso. Cóż, nadal nie ma drugiej EP-ki czy całej płyty, ale filigranowa Koreanka wciąż wymiata w synth-popowych wzorkach w formacie singla. Pewne rzeczy się chyba nie zmieniają.


Satellite Young: "Singing Dream"
To już drugi retro-popowy numer (po świetnym "Modern Romance"), który ripituję z przyjemnością. Jeśli lubicie synthwave, w którym nie chodzi o "brzmienie" albo przynajmniej lubicie jakieś Hotline Miami, to sprawdźcie ten kawałek.


Sha Sha: "You & Me"
Czas na małą podróż do poprzedniej dekady. Pamiętacie te wszystkie około-french touchowe numery w rodzaju "Lady" Modjo albo "The Weekend" Michaela Graya? Sha Sha też pamiętają, i choć to nie ta liga, to jednak fajnie, że mają dobrą pamięć.


Suiyōbi No Campanella: "Three Mystic Apes"
Gdy myślę o wpływie japońskiego ambient-popu z 80s na nowe numery Gang Gang Dance, to chodzi mi w pewnym sensie właśnie o taką muzykę. Co z tego, że to tegoroczny singiel?


Wallflower: "I Wish Spring Would Last Forever"
Widzieliście okładkę? Jeśli nie, to spójrzcie i wtedy będziecie wszystko wiedzieć o tej dream-folk-popowej perełce. A cały longplej już pod koniec czerwca.


REZERWA:

Red Velvet: "Bad Boy"
Paperkraft: "Here With You"
Tokyo Girls Style: "Last Romance"
BoA: "Nega Dola"
Tofubeats: "Fumetsu No Kokoro"
Tricot: "Boom Ni Notte"
Iri: "Corner"
Phum Viphurit: "Lover Boy"
Sumire Uesaka: "Pop Team Epic"
Chuning Candy: "Color"

Tomasz Skowyra    
BIEŻĄCE
GasRausch
Tłusty Piątek: 15 czerwca 2018