SPECJALNE - Rubryka

Auto-da-fé: Październik-Listopad 2012

4 grudnia 2012



Auto-da-fé: Październik-Listopad 2012
autor: Wawrzyn Kowalski

Zgiń, przepadnij JR Robinsonie, korespondencie Vice'a! Twój film o pionierskich w świecie anglosaskim, jednoosobowych black metal projektach to stek bzdur przyciętych do postawionej a priori tezy. Odkrywczy tytuł: One Man Metal, a dalej stereotypowa sieczka. Miałeś na tacy Xasthura i Leviathana (i Striborga, choć zawsze wątpiłem, czy poza możliwym przydomkiem Tasmańskiego Diabła i nawiązaniem do Powieści Minionych Lat jest w tym koncepcie cokolwiek "dobrego", no ale przecież nie jest też tak, jak by wynikało z filmu, że najciekawszy w postaci jest jego akcent i outfit)… Miałeś ich podanych na tacy gładko jak głowę Jana Chrzciciela! Chwaliłeś się, że po tym jak zleciłeś Jefowi Whitheadowi wytatuowanie sobie żelaznego krzyża i półksiężyca, gość wyczuł, że na poważnie chcesz sfilmować jego chatę. I jak się okazało wystrój wnętrz interesował cię na pierwszym miejscu. Pytania o pracę, o traumę z przeszłości kwitowane wynajdowaniem kolejnej traumy. Sin Nanna – Striborg: żona, dzieci, w miarę ułożone życie, ale i tak sportretowany został jako leśny błazen. Whitehead – Leviathan serio opowiadający o dziewczynie, która umarła na raka, pokazuje jej portrety na szkolnym bloku, wzruszający moment i nic dziwacznego, ale znalazła się w tym przyczyna jego totalnego loserstwa. Scott Conner – Xasthur z trzęsącymi się rękoma, pytany dlaczego nie chodzi na miasto, jak tam jego praca; kamera najeżdża na bałagan w mieszkaniu, synonim patologii i biedy. Miałeś szansę otrzymać świetny materiał redaktorze, demitologizacja bestii, ciekawi ludzie: rpg-geek, krasnolud i outsider, ale zamiast spojrzeć na to z tej strony, zobaczyć w nich ludzi oddanych przede wszystkim muzyce, o czym oni sami próbowali mówić przez cały czas, warto było zrobić z nich żałosnych pajaców, niepotrafiących się odnaleźć wykolejeńców, i to wszystko przy zapewnieniach o wielkim szacunku. Nawet nie wspomnę o olbrzymim parciu na szkło vice-korespondenta strojącego wszechwiedzące miny i prezentującego się jak gość, co z niejednego już pieca... Najfajniejsza informacja z całego filmu: haha, zdjęcie młodego Leviathana, wymiatającego na desce, na okładce gry Nintendo Skate Or Die 2: The Search For Double Trouble .

Jeden z moich rozmówców Otrebor stojący za jednym z najdziwniejszych metal projektów ostatnich lat, pnączastym Botanist, ocenia jednak tę sprawę inaczej. "Wiesz generalnie myślę, że skrajny i cyniczny wygląd Vice'a pochodzi w pewnym sensie ze wstrętu i braku szacunku dla ludzi i w ogóle pop-kultury. Ten magazyn zawsze wydawał mi się powtarzanym w kółko ciągiem paradoksów podsycających własny ogień: gniewni, pozbawieni iluzji hipsterzy, zafascynowani własnym wstrętem do świata. Nie mówię, że nie lubię tego podejścia. Myślę, że Vice dobrze realizuje zakładaną wizję i ton wypowiedzi, ale ja mogę go przyjąć jedynie w ograniczonych dawkach" – mówi Otrebor, przechodząc do własnej oceny One Man Metal: "Takie postawienie sprawy sprawiło, ze spodziewałem się sensacji i ukrytej drwiny. Coś jak >>hej, pogadamy z tymi totalnymi loserami, spójrz tylko na tych kolesi!<< albo że będzie w tym dokumencie ten typ taniej sensacji, którą był wyładowany, skądinąd niezły film o Gorgoroth. I w tym punkcie przyjemnie się rozczarowałem. Miałem wrażenie, że JR Robinson chciał wycisnąć z tych wywiadów tak dobry punkt widzenia tych historii, na ile to było możliwe, co czasem oznaczało zadawanie artystom pytań, o których nie chcieli dyskutować. Mam wrażenie, że wszedł w ich świat z nieudawanym respektem i podziwem dla rzeczy, które stworzyli. Raczej, słuchając artystów, rozpoznawałem punkty z nimi wspólne i te niekoniecznie nas zbliżające. Myślę, że mogę zinterpretować w tym filmie także anty-podejście, o którym wspomniałeś, w moim spostrzeżeniu w dużej części pochodzi ono jednak ze sposobu, w jaki każdy z trójki muzyków podchodzi do samego siebie." Ja dodam, oceńcie sami!

***


Otrebor, natomiast, jest świetnym przykładem na to, że za granie metalu (i muzyki pop generalnie) coraz częściej zabierają się fani-erudyci i dziennikarze. Scenicznym pseudo zasłania własne dane osobowe, lecz chcący łatwo może je odnaleźć. Założyciel webzinu Maelstrom ma już na koncie rozmowę z Xasthurem, w mojej opinii lepszą niż ta z Vice'a. Sporo wywiadów przeprowadził także kolejny (i pierwszy) z interlokutorów naszej piątej kolumny Porcys, kuli u nogi serwisu. Mike Simpson ̶ lider kanadyjskiego Godstopper, jest także gospodarzem radiowego show w Toronto. Muzykę obu mastermindów łączy natomiast niejednoznaczne usytuowanie w metal piekiełku. O Botanist napisał Brandon Stosuy na Pfk, podsumowując ubiegłoroczne best of: "Truly weird, engrossing stuff that, doesn't seem to conform to a list's hierarchy". O Godstopper napisał Marcin Zalewski na Scrn: "Musi zainteresować każdego, kto lubi nie do końca na poważnie wić się w konwulsjach eklektyczności". Oba projekty wyróżnia też zdecydowana wizja wynikająca, jak mi się wydaje, z muzycznego ogarnięcia tematu i pokładów artystycznej świadomości.

Właśnie o niej w kontekście Godstopper i ich debiutu, jednej z metal płyt jesieni, rozmawiam z Simpsonem poniżej



Empty Crawlspace ma całkiem unikalny vibe, rzadko spotykany w tej muzyce. Inteligencja, slackerstwo, poczucie humoru. Jest w tym coś z wczesnego indie… jakiś Stephen Malkmus może?

Na pewno są na tym krótkim albumie obecne wpływy, jak bym to szerzej ujął, alternatywnego rocka…Zawsze myślałem o indie jako o innym określeniu na alternatywę. Tak czy inaczej, jasne, coś w tym jest, chociaż nigdy nie słuchałem na poważnie ani Pavement, ani zbyt wielu grup grających podobnie. To są raczej pewne inspiracje, które opisałbym jako całościowe odczuwanie muzyki w opozycji do szukania korzeni w twórczości konkretnego zespołu/artysty. Jeśli chodzi o poczucie humoru…Kto wie? Z pewnością nie piszę niczego, aby przedrzeźniać konkretny muzyczny styl i poruszane tematy są też całkiem serio… Jednak, ostatnio czuję trochę jakby komedia życia docierała do mnie z większą ostrością. Może ten fakt też nieco rzutuje na muzykę.

A bliższe geograficznie rejony? Kanadyjska muzyka gitarowa przeżywała kilka lat temu całkiem dobre momenty…

Znów… pośrednio na pewno. Kiedy osiągnąłem pewien wiek, przestałem być w stosunku do wszystkiego totalnie krytyczny i uświadomiłem sobie, że gdy spędzasz czas, ignorując jakiś muzyczny styl, właściwie tracisz czas. Zacząłem doceniać wiele elementów muzyki indie. Lubię skromną, nieco powściągliwą naturę grających ją zespołów, sposób w jaki włączają w swoją muzykę wymagające elementy bardzo subtelną metodą. Często są w niej warstwy, które odkrywasz i uświadamiasz sobie, że masz do czynienia z czymś więcej niż prostą popową piosenką. Szanuję artystów tworzących w ten sposób.

Mówisz: wszystko na poważnie, ale przecież nazwa zespołu ma coś wspólnego z dropsami?

Tak, to gra słów z gobstopper. Początkowo był to po prostu "błyskotliwy" pomysł na nazwę side projektu, jaki chciałem rozpocząć z moim przyjacielem. Miała być to nazwa dla grupy grającej thrash metal. Gdy ten projekt nie wypalił, przechwyciłem ją na użytek mojego nowego zespołu. Nie ma ona, Boże broń, żadnego religijnego znaczenia.

Wasze wyjście z mroku było dość niespodziewane, ale z tego co widzę nie do końca pierwsze…

Jesteśmy razem jako live band od marca 2011. Przed założeniem Godstopper grałem w The Womb i The Great Collapes. Oba składy dzieliły nawet innych muzyków. Stylistycznie: The Womb był sludge'owym bandem, a The Great Collapse grał progresywny death metal.

A jednak styl Godstopper wymyka się takim jednoznacznym określeniom. Ja widzę go jako zastrzyk świeżej krwi w sludge, który tej transfuzji wymagał od dawna.

Dzięki za komplement….Ja jednak, mówiąc szczerze, właśnie nigdy nie chciałbym widzieć nas jako przedstawicieli jakiegoś konkretnego muzycznego gatunku. Ja patrzę na to tak, że Crowbar jest definicją sludge, chociaż każdy to pojęcie rozumie inaczej i to jest właśnie problem z etykietami. Z drugiej strony rozumiem, że wynikają one z potrzeby zainteresowania słuchacza konkretnym zespołem.

A czego w ramach tej estetycznej etykiety brakuje?

Hmmm, poruszając się w kategoriach muzyki, którą możemy określić jako sludge, zogniskowanie pewnych rzeczy jest zadaniem dość ciężkim. Chciałbym usłyszeć więcej zespołów, które różnicują swoją muzykę – z albumu na album, z piosenki na piosenkę, z partii na partię w obrębie poszczególnych utworów. Właśnie dlatego Melvins są tak wspaniali, bo tak naprawdę się nie powtarzają. Jest strasznie dużo "sludge'u" posługującego się brudno-brzmiącym riffem w zestawieniu z monotonnym wrzaskiem. Może cały pomysł z tym krzykiem ma naśladować żałosną aurę tej muzyki? Każdy to odbiera inaczej, ale dla mnie to właśnie jest problem. W każdym razie chciałbym słyszeć więcej melodyjnych wokali. Torche na przykład nie unikają tego, grają bardzo melodyjnie, a jednocześnie ich muzyka jest cięższa niż wielu innych, to świetna mutacja, wariacja na temat utartych form.

W stosunku do późnych 90s zmieniło się parę rzeczy w sposobie nagrania i promocji. Coraz więcej bandów decyduje się zostać w podziemiu. Wy też wydajecie na kasetach. Traktujesz to zjawisko jako renesans DIY?

Jasne. Uświadomiłem sobie, że na EP-ce niemal wszystko potrafię zrobić sam. Z pewnością możesz również stwierdzić, że wszystko sam zrobiłem… a ja z pewnością nie chodziłem do szkoły dla inżynierów dźwięku, ale wiem z doświadczenia, także dlatego, że też jestem fanem, że słuchacze muzyki heavy są gotowi zaakceptować album, którego dźwięk jest daleki od doskonałości. Właściwie często znajdują nawet bardzo słabą jakość dźwięku ujmującą. Później… Bandcamp jest świetnym narzędziem do publikacji muzyki. Umieszczenie na tej stronie rzeczy do darmowego ściągania było, z punktu widzenia tego zespołu, najlepszym pomysłem.

A co z chlebem powszednim? Goście z Anvil rozwozili bułki po szkołach, bo z metalu w Kanadzie raczej o chlebie i wodzie…

Prawda. Nie znam żadnego kanadyjskiego zespołu (z wyjątkiem Anvil, być może), który zarabiałby duże, jeśli w ogóle jakieś, pieniądze. Tour po Kanadzie nie jest najlepszą opcją; przejazdy są strasznie długie, a kraj nie jest zbyt zaludniony. Pomoc ze strony rządu jest bardzo ograniczona i skierowana w stronę ekstremalnie wyspecjalizowanych form muzyki eksperymentalnej oraz twórczości związanej z kanadyjskim dziedzictwem. Więc w tej sprawie jesteśmy w podobnej sytuacji, co zespoły ze Stanów – raczej zdani tylko na siebie. Nie robię sobie nadziei, żeby na muzyce zbijać jakikolwiek hajs. Rzeczywistość tutaj różni się, z tego co słyszałem, od tej w Europie. Przede wszystkim jeśli chodzi o organizację tras.

Oprócz grania w zespole pracujesz jako dziennikarz. Jak udaje Ci się przykroić niesfornie ciężkie dźwięki do formatu singla?

Jestem gospodarzem Superheavy Sounds od trzech lat. To nocne show w społecznej radiostacji, więc mam możliwość grania właściwie wszystkiego, co zechcę. Szukanie i układanie playlisty jest naprawdę wspaniałe – uświadamiasz sobie, jak wiele wartych uwagi nowych bandów i wydawnictw krąży przez cały ten czas. Dawniej robiłem też sporo wywiadów, gadałem z Robem Halfordem, Tomem G. Warrior, Michealem Gira. Staram się w tym programie ogarniać rozmaitość.

Jako dziennikarz musisz mieć też krytyczne spojrzenie na scenę. Co uważasz za jej największą wartość?

Bardzo luźny sposób w jaki mieszają się oddziaływania. Dobrym przykładem jest tu black metal… choć zawsze znajdą się tacy, którzy powiedzą, że określony rodzaj muzyki musi stosować się do pewnych kryteriów, jak: materia tekstów, obrazowanie, jakość nagrania, nawet miejsce pochodzenia może być tu ważne… jednak ilość zespołów, które uważają, że black metal jest częścią ich brzmienia, jest zaskakująco spora. Ponad bardzo oczywistymi rzeczami jak użycie blastów i molowych akordów, pozostaje ogólne uczucie jakie zostawia ten gatunek… Są zespoły, które nie użyją nawet pojedynczego tradycyjnie blackowego elementu w swojej muzyce, a jednak utrzymują pokrewieństwo stylu, postrzegają black jako ważny wpływ. Bardzo to lubię. Ludzie często rozmawiają o metalu w kontekście całej skomplikowanej sieci podgatunków, która oczywiście istnieje, ale moim zdaniem ciągle rozszerzający się świat tagów wynika z otwartości ciężkiej muzyki. Są zespoły, które przekraczają wiele granic, nie zostawiając grubych szwów. Popatrz na Mr. Bungle dwadzieścia lat temu, ich muzyka to nagłe skoki czasem wręcz odnoszące komiczny efekt, ponieważ zestawienia te były często ostre i niespodziewane. Inaczej jest teraz, czuję, że zespół może wykonać podobny zabieg, ale nawet sporo więcej, w sposób totalnie naturalny, intuicyjny, bez grama efekciarstwa.

Wydaliście w tym roku swoje pierwsze LP…

Tak, nasz nowy album, What Matters, został nagrany w marcu i kwietniu przez Collina Younga, który wcześniej grał w świetnym noise bandzie z Toronto ̶ Love And Terror Cult, masteringu dokonał Greg Dawson, który wcześniej pracował z takimi zespołami jak The End czy Mare. Album zawiera trzy ponownie nagrane utwory z Empty Crawlspace, a reszta to całkowicie nowy materiał. Jeśli chodzi o jakość nagrania, jest 1000% lepsza niż na EP-ce i myślę, że to służy też piosenkom.

…wydawnictwo promuje, kolejny już, świetny teledysk Justina Oakeya. Jak zaczęła się ta współpraca?

Justin skontaktował się ze mną, myślę, niedługo po tym jak Andrew Nolan z The Endles Blockade napisał post o Godstopper na swoim blogu. Justin współpracował wcześniej z drugim zespołem Andy'ego – Slaughterstrike. Wyraził chęć kooperacji, a ja właśnie miałem kilka pomysłów na klip, więc wszystko stało się w samą porę.

Dlaczego na obu tych teledyskach ludzie zakładają kominiarę?

Dobra obserwacja, do tej pory nawet nie zdawałem sobie z tego sprawy. Ale znaczenie "kominiary" w "Clean House" i "Everybody Writes Good Songs" jest jednak różne. Tak naprawdę nie ma między nimi prawdziwego połączenia – w pierwszym wypadku nosi ją intruz, w drugim noszą je strażnicy.

….pilnujący w klipie grupy ludzi błąkających się po zimowej tajdze, a później rozgrywających między sobą jakąś ekstremalną formę reality show, grę o przetrwanie jak w Battle Royale, czy Hunger Games jeśli wolisz, to dobra metafora…?

Pewnie, choć całość to raczej pewna abstrakcja, ale to też tam jest. Ludzie zmuszeni są dryfować bez celu, nie mają wpływu na to z kim są powiązani. Mogą odejść, ale boją się kary, więc zostają razem aż do samego końca. Największa część tego, czym jest Godstopper, dotyczy przede wszystkim samoświadomości… bycia świadomym swojej egzystencji i bycia obecnym we własnym życiu. W przypadku "Everybody Writes Good Songs" zarówno piosenka, jak i klip zajmują się niemocą, brakiem dostrzeżenia siebie i niemożnością zmiany swojego położenia.



***


Inaczej wyglądała wymiana z Otreborem. Ostatnio ukazała się trzecia odsłona jego cyklu Botanist, a już zapowiada kolejną. Artysta płodny jak kiełkujące oziminy i rozgadany jak szeleszczący las. Porozmawialiśmy sobie o herbatkach, Vaderze, homunkulusie i zniszczeniu człowieka. Tak między innymi.



Botanist: "He drums for trees". A co sądzisz o inicjatywie Fuck For Forest?

Nie widziałem żadnego porno Fuck For Forest, więc nie za bardzo mogę komentować, ale słowa: "Sex pokazuje się często, by zachęcić nas do zakupu różnych gównianych produktów i pomysłów, więc czemu nie wykorzystać go dla dobrej sprawy [środowiska]?" ̶ to jest coś za czym mógłbym stanąć. Wygląda na to, że FFF mają własny sposób, aby przewartościować rozmaite normy i zasady, a temu mogę powiedzieć jedynie: fuck, yes.

Piszą też o Tobie: eko-terrorysta. Jak to rozumiesz?

Użycie tego terminu w kontekście Botanist, spowodowało spore zainteresowanie. Zamiast dyskutować o definicjach i różnych perspektywach postrzegania, chciałbym raczej wyjaśnić jego znaczenie dla Botanika. Większość kojarzy eko-terroryzm jako radykalny rodzaj politycznej działalności, w której sabotaż i przemoc służą sprawie naturalnego środowiska, lecz w którym zarówno wykonawcami, jak i adresatem działań są ludzie. W świecie Botanika, dla kontrastu, terrorystami są same rośliny, które (w wykoślawionej wizji Botanika, którego perspektywę prezentuje album) pokazują, że mogą powstać przeciw ludzkiemu prześladowcy. Botanik nie jest zainteresowany ludzką polityką, gdyż, przyjmując stanowisko w tej kwestii, jedynie faworyzowałby jedną ludzką grupę interesu względem drugiej. Botanik pragnie stać się świadkiem Kiełkującego Brzasku (Budding Dawn), dnia, który może się ziścić tylko, gdy ludzkość wymrze lub sama się wymorduje. Postrzega to jako realizację ostatecznej utopii.

Poza tą ogólną koncepcją prowadzisz jeszcze inne wątki. Ganoderma Lucidum to roślina o dobroczynnych właściwościach dla wątroby, z drugiej strony grzyb Amanita Virosa może ten gruczoł całkowicie wyniszczyć. Jaki jest klucz pojawiania się poszczególnych "bohaterów" tych historii?

Fajnie, że się temu przyjrzałeś. Właściwie oba gatunki to grzyby i zachęcam wszystkich zainteresowanych, aby sobie o nich poczytali, podobnie jak o innych roślinach, które dały tytuły piosenkom. Zawsze pilnuję, aby zostawić ich obraz na bandcamp Botanist, żeby słuchacze mogli połączyć wizualizację z liryczną treścią i zdać sobie sprawę z ich prawdziwego kształtu w zderzeniu z perspektywą Botanika. Są tam też zdjęcia, tylko po to, by ludzie mogli się czegoś nauczyć, stać się bardziej zainteresowani i świadomi Natury.

A skąd u Ciebie to zainteresowanie?

Świat jest najpiękniejszą rzeczą na świecie. Możemy poklepywać się po plecach za wszystkie te wynalazki i osiągnięcia, ale nawet najwspanialsze z nich bledną w porównaniu do, z pozoru niemożliwej, perfekcji, którą można zaobserwować w najprostszej nawet roślinie. Choć istnieje ten apokaliptyczny, mizantropijny aspekt Botanist, chciałbym jednak postrzegać tę muzykę przede wszystkim jako gloryfikację świata przyrody, w szczególności zaś roślin. Myślę, ze rośliny są piękne, zdumiewające i wierzę, ze ludzkość mogłaby przesunąć swój światopogląd z samej siebie, jako wszechmocnego bytu w uniwersum, na bardziej pokorne zrozumienie swojego prawdziwego miejsca w większym planie, to by doprowadziło do poprawy jakości życia wszystkich żywych istot.

Mizantropijny aspekt Botanist, czyli Botanik. Kim jest? Czym się zajmuje?

Fabuła utworów, jak już wspomniałem, jest opowiedziana z perspektywy Botanika, szalonego człowieka nauki, który żyje na dobrowolnym wygnaniu, tak daleko od ludzi i ich zbrodni przeciw Naturze, jak to tylko możliwe. W jego sanktuarium fantazji i cudów, zwanym Zielonym Królestwem (Verdant Realm), otacza się roślinami i kwiatami, znajduje pociechę wieszcząc zniszczenie człowieka, przebywając w kompanii organicznego świata. Tam, siedząc na swoim tronie Veltheimu, Botanik oczekuje dnia, kiedy rodzaj ludzki wymrze lub się wymorduje, co pozwoli roślinom uczynić Ziemię z powrotem zielonym miejscem.

Jeśli mowa o pokręconych historiach. Słyszałem, że lubisz At The Heart Of Winter Immortal. Ta płyta to mieszanka stylów, ale też dziwaczny bajkowy koncept…

At The Heart Of Winter był dla mnie idealnym punktem wyjścia. Prawdopodobnie z powodów, które wymieniłeś. Album miał wystarczająco wiele epickich heavymetalowych elementów, które kochałem od dziecka i death metalową intensywność, jaką w tamtych czasach zaczynałem lubić, ale zachowywał też przy tym specyficzny klimat norweskiego black metalu. Przedtem ten gatunek do mnie nie przemawiał. Dzięki tej płycie, zacząłem i nauczyłem się doceniać to, do czego wcześniej nie mogłem się przekonać. Do teraz Immortal jest moim ulubionym black metalowym zespołem, a ich ulubioną płytą jest właśnie albo At The Heart Of Winter, albo Battles In The North. Zależnie od dnia, na to pytanie otrzymałbyś ode mnie inną odpowiedź.

Nie sądzisz, że w dzisiejszym blacku eksperymenty gatunkowe i niezwykłe fabuły dominują?

Rozumiem obiekcje niektórych dotyczące blacku oddalającego się zbyt daleko od, tak postrzeganych jeszcze 4+ lata temu, korzeni. Chociaż widzę też, że ten gatunek miał za sobą długi okres depresji, który, nim coś ruszyło przed tymi czterema i coś laty, trwał prawie dwa razy dłużej. Zastanawiam się, czy wyrzucenie z tej drogi i spadek natężenia jest choć częściowo rezultatem nadejścia nowego millennium, które nie przyniosło żadnego przeczucia apokalipsy. Kreatywnym umysłom wgłębionym w ten styl zajęło trochę czasu, aby na nowo go przemyśleć i zobrazować i mam wrażenie, że wzrastającą artystyczną wartość i świeży rodzaj ekspresji przedkładam nad rutyniarskie powtórki. I choć nie chcę nic odbierać wspaniałym albumem "drugiej fali" – jak się ten nurt obecnie postrzega, to scena norweska od długiego czasu nie stworzyła nic szczególnie wybitnego. Ostatnią nordycką rzeczą, w którą się wgłębiłem był Legion Helvete Tsjunder. Choć nic nowego, posiadał pewną energię i podejście, które sprawiło, że pomyślałem o tym uczuciu, które dawały klasyczne norweskie albumy, a jakiego nie doświadczyłem już od jakiegoś czasu. Jeśli chodzi o klasyczne podejście do blacku, najbardziej interesują mnie Niemcy, którzy, moim zdaniem, jako dzierżą w tym gatunku pochodnię szczególnie wysoko. Grupy takie jak Nagelfar, The Ruins Of Beverest czy Lunar Aurora szybko przychodzą tu na myśl. Pytanie o najdziwniejsze pomysły w black metalu pewnie sugeruje Botanist, ale ja mogę pójść z tym dalej i zastanowić się, czy Botanist to w ogóle black metal? Ten temat pojawił się, gdy Metal Archives wykopał zespół ze swoich stron. Szczerze, czy Botanist jest odbierany jako metal, czy nie, nie jest dla mnie zmartwieniem. Jeśli tak, w porządku. Jeśli nie, też dobrze. Mogę otwarcie przyznać, że ta muzyczna kreacja pochodzi z mojego osobistego szacunku i adoracji dla metalu, z mojej specyficznej interpretacji tego, co w tej muzyce i ideologii rezonowało we mnie od czasu, kiedy stałem się opętany na jej punkcie. Mógłbym zresztą powtórzyć to wyznanie, zastępując słowo "metal", "muzyką klasyczną". Bez względu na to, jak to jest określane, ma dla mnie głębokie znaczenie a osobność metody użytej przy tej kreacji pozostanie dla mnie równie istotna niezależnie od tego, jak widzą ją inni.

Klasyczna? O jakiej klasyce mówisz?

Niektórzy z moich faworytów idą w jednym szeregu z obiegowym stereotypem fana metalu zafascynowanego tego typu muzyką: okres baroku (Vivaldi, Bach, Handel w małych dawkach) i Arvo Pärt. Lubię Góreckiego, Griega, Smetanę, Rodrigo, Barbera i rekonstrukcję średniowiecznego chorału Jordiego Savalla. Te rzeczy całkiem nieźle przegryzają się z metalem. Zwłaszcza muzyka barokowa, z której prawdopodobnie metal pożycza najwięcej, oczarowuje mnie wyobrażeniem pysznej kulturalnej elity, odmierzonej historii i tradycji, która włączona w obręb metalu pomaga utworzyć podwaliny własnej wersji elitaryzmu gatunku, myślę, że romantyczny aspekt tego procesu bardzo we mnie rezonuje. Większość ludzi uważa, że współczesna klasyka wyżej ceni eksperyment niż jakość, że mamy do czynienia z niesłuchalnym dysonansem, którego wartość leży tylko w tym, że nikt tak wcześniej nie zagrał. Często się z tym zgadzam. Ale jeśli spojrzysz na metal czy na indie znajdziesz fantastyczne, oparte na klasyce prace. Najlepszym przykładem może być Stars Of The Lid i wszystkie projekty poboczne (Christina Vantzou, Brian McBride, The Dead Texan, A Winged Victory For The Sullen) – ich zanurzony w poważce abmbient-drone miał wielki wpływ na moją twórczość. Muszę też wspomnieć o niesamowitych albumach Virgin Black, najbardziej o Requiem: Mezzo Forte, które jest najdoskonalszym i w pewnym sensie najprawdziwszym metal-klasycznym crossoverem ever. Tę płytę wypełniają zdumiewające wokale, klasyczne fragmenty grane przez niezły ansabl, świetne brzmienie gitary i bębnów, a przede wszystkim zapadające w pamięć kompozycje. Follow-up też jest dobry, ale dużo bardziej metalowy.

Eko-filozofia łączy Cię z "kaskadyjczykami", czujesz się choć trochę z nimi związany? Jak byś scharakteryzował ten nurt?

Nie wiem, może ty mi powiesz? Obawiam się, ze nie mam tutaj jakiejś wnikliwej odpowiedzi, gdyż osobiście większość dorobku uznawanego za pochodną tego ruchu jakoś nadzwyczaj mnie nie nęci. Na papierze wygląda na to, że powinna, ale zazwyczaj po prostu wpada jednym uchem. Tak postawiwszy sprawę, muszę też przyznać, że są zespoły w obrębie tej grupy, których słuchanie sprawia mi frajdę, tak na szybko wymieniłbym Skagos i Echtra. Jednak, pewnie, punkty wspólne związane z eko-filozofią przemawiają do mnie, i podczas gdy nie widzę Botanist jako części tego ruchu, jeśli grupa fanów kaskadyjskiego metalu chce przyjąć ten projekt i kupować płyty, bardzo proszę.

Następuje chyba dywersyfikacja wzorców. Na okładce nowego Skagos przeróbka obrazu Blake'a, przypomniał mi się nietrafiony koncept Ulver…

O nie! Tylko nie ten album Ulver. Ta płyta jest prawdziwie, prawdziwie nieszczęśliwa. Nawet jeśli przyjmiemy, że Ulver nagrywał prawdopodobnie gorsze, jeśli dobrze to pamiętam z mojej pozycji fana, to ta jest przeze mnie najbardziej nielubianą. Strasznie podobały mi się trzy pierwsze albumy, każdy z nich jest wierzchołkiem kreatywności w swej unikalnej kategorii, szczytem do którego inne płyty są porównywane, więc jasne ̶ byłem zainteresowany przesłuchaniem czwartej płyty, także dlatego, że The Marriage Of Heaven And Hell, jest moim ulubionym dziełem poety. Minęło dwanaście lat od czasu kiedy słyszałem ten album Ulver, więc prawie nic z niego nie pamiętam, ale moje ogólne rekolekcje tematu pozwalają mi stwierdzić, że jeśli były tam jakiekolwiek pokłady dobrego materiału, to rozeszły się pomiędzy długimi okresami, które w najlepszym wypadku były nudne, w najgorszym zaś zawstydzająco zmanierowane. Pamiętam, że płyta zrobiła wokół sporo szumu. Sprawdziłem ją z kumplem, który uwielbia Ulver, także ten nowszy Ulver i w ogóle muzykę bardziej niż ja, i nasze odczucia były podobne. No, tak Perdition City był pewnie jeszcze gorszym albumem, ale było coś personalnie rozczarowującego w tej interpretacji Blake'a…No i przynajmniej za Perdition City stał jasny koncept. Z nagrań opartych na twórczości Williama Blake'a moim faworytem pozostaje Bruce Dickinson i The Chemical Wedding, nie tylko jego najlepszy album, ale także najlepsza rzecz, jaką ktoś z Iron Maiden zrobił po 80-tych.

Dlaczego każdy artysta z tego kręgu darzy Blake'a tak wielką estymą?

Nie jestem specjalistą od jego twórczości, ale wierzę w następującą przyczynę takiego stanu rzeczy: był jednostką, która występowała w imię tego, w co wierzy, nawet jeśli był na tym polu osamotniony. A to, w co wierzył i widział, zmienił w olbrzymi teologiczny wszechświat stworzony ze słów i obrazów. To uniwersum fascynuje i hipnotyzuje, choć musze przyznać, że jego kompleksowość jest dla mnie trochę nazbyt straszna. Mogę śledzić w tym obrębie prostsze rzeczy, zostawiając ogromną część jego prozy jako wprawiającą w zakłopotanie. Blake konsekwentnie pozostawał outsiderem. Kochał Naturę, lecz przede wszystkim jego dzieło wydaje się projekcją pasjonującego życia i wyczucia romantyzmu, wyrazem sprzeciwu byciu skrępowanym codziennymi ograniczeniami, jakie społeczeństwo stara się wymusić. Dla mnie wszystkie jego prace starały się przekroczyć "ziemskość", na skalę której wcześniej nikt nigdy nie próbował. Możliwe, że nigdy później też nie.

Wśród Twoich artystycznych inspiracji jest też miejsce dla Zdzisława Beksińskiego. Jak poznałeś jego twórczość?

Pierwsze świadome wprowadzenie w sztukę Beksińskiego nastąpiło wtedy, gdy tUMULt wydał Verräter Leviathana. Wizja tego demonicznego, nawiedzonego kościoła była tak niesamowita, że musiałem zobaczyć więcej. Kupiłem albumy ze wszystkimi pracami Beksińskiego i wtedy zrozumiałem, że jego sztuka, zwłaszcza czarno-białe rzeczy, była przedstawiana na kilku okładkach metalowych płyt, jak Servum Pecus Wolok, albumie Antithesis Of Light Evoken, czy nagranym przez Blood Of Kingu: Sun In The House Of The Scorpion, spośród tych najważniejszych. To żadna niespodzianka. Sam myślę, żeby użyć dzieła Beksińskiego przy okazji Botanist VII. Nie powiem którego, ale mogę dodać, że nie widziałem, aby ktokolwiek wykorzystał je wcześniej.

Jest w informacjach jeszcze jeden polski akcent…

No właśnie muszę powiedzieć o Vaderze! Do dziś pozostaje jednym z moich ulubionych zespołów. Jak Immortal dla blacku, tak Vader był główną przyczyną, dla której zainteresowałem się death metalem. Wcześniej słuchaliśmy z ziomkiem jakiegoś Malvolent Creation w samochodzie, może coś z Cannibal Corpse, pewnie też wczesny Gorefest. I death metal wydawał się głupi. Ale później ktoś puścił mi Back To The Blind Vadera i od razu wiedziałem, że muszę poznać to bliżej. Szczególnie pamiętam to uczucie, gdy intensywność blast beatu w "The Innermost Ambience" aż zjeżyła mi włosy na głowie, nie sądziłem, że podobna rzecz jest po ludzku wykonalna. Później przyszły następne death płyty, podobne do BTTB: Bolt Thrower i Realm Of Chaos, Formula Fatal To The Flesh Morbid Angel, czy Fear, Emptiness, Despair Napalm Death, ich słuchanie z pewnością wiąże się z moją decyzją, żeby zacząć grać na perkusji i dowiedzieć się, jak ci goście robili to, co robili. Mówiłem kiedyś, że wielkim wzorem w moim bębnieniu był Andy Whale, ale muszę postawić Doca w tym samym szeregu. Do dziś myślę, że miał najlepszy blast beat na świecie. Podobnie jak Whale, także Doc w swoich zespołach starał się wyrazić różnorodność, a to, co grał miało w sobie mnóstwo osobowości. Nawet nie dalej jak wczoraj wrzuciłem Litany Vadera na iPoda. To było niesamowite. Ok. Kick drum graniczy z komedią, ale przesłuchanie tej płyty znów przypomniało mi, jak świetny był kiedyś death metal i nie jest tak, że zupełnie ten styl odpuściłem, ale raczej tak, że od długiego czasu rzeczy w tym gatunku wcale mnie nie grzeją, są czerstwe. Smutne, ale mogę tak powiedzieć nawet o Vaderze. Od śmierci Doca to już nie ten sam zespół. Odrodzili się co prawda, idąc w stronę plastik-fantastik za bębniarskiej kadencji Daraya, ale w ogólnym rozrachunku wciąż brakowało tam tego wcześniejszego żywiołowego łaknienia. Pamiętam, jak oglądałem występy Vadera w późnych 90’s-2000, Shambo grał wtedy na basie, a Mauser był nowy w zespole. Widziałem ich w The Cocodrie w San Francisco, gdzie promowali Black To The Blind, razem z Cryptopsy, którzy grali Whisper Supremacy i Divine Empire, gdzie występował wtedy Derek Roddy. Na chwilę przed tym, gdy Vader uderzył na scenę, miałem przeczucie, że stanie się coś głęboko, poruszająco okultystycznego. Kiedy grali, pomyślałem, że są naprawdę blisko zmiażdżenia przez ciężar i brutalność ich własnej muzyki. Tak samo było na Wacken w 2000 i na November To Dismember w podobnym terminie, z tym samym line-upem. Znów: niesamowita intensywność i napięcie. Dzisiaj, gdy idziesz na koncert Vadera, to jest tak, że Peter wychodzi na scenę, uprzejmie macha publiczności, a później on, i ktokolwiek z kim teraz gra, włączają autopilota. Nie wiem nawet, kto występował w tym zespole przez ostatnie pięć lat. Ktoś, kto jest blisko Petera, powinien mu też powiedzieć, że jeśli chce dalej używać słowa "reich", powinien nauczyć się je wymawiać tak, żeby nie brzmiało jak "morbid rake"…takie "makabryczne grabie" pasowałyby do Botanist, ale chyba nie do Vader. Od czasu kiedy zespół jest w Nuclear Blast, sytuacja wygląda trochę tak, że "jest dobrze, kocham Vadera i serio zespół brzmi dokładnie tak samo, więc nawet jestem zadowolony", ale serio…to tylko kopia. Czasem myślę, że już zrzynająca z Vadera kapela Dies Irae, w której dziwnym trafem znaleźli i Mausera, i Doc, i Novy brzmi lepiej. Porównaj sobie dwa albumy z Nuclear Blast z Immolated i sam się przekonasz. Przewaga Dies Irae to zasługa Doca, jestem szczęśliwy, że miałem okazję poznać go nim odszedł. Jasne, wizualnym dowodem na to jak mocniej jeszcze Vader zwykł rządzić jest ich Vision And The Voice dvd, pomimo super oklepanego otoczenia w Krakowie, zyskujesz odpowiedź na pytanie: dlaczego Vader stał się jedną z największych grup w ówczesnym death metalu. I jeśli wiesz kogo szukać, możesz nawet zobaczyć mnie stojącego w tłumie na zdjęciach koncertu Wacken. Oficjalnie włączony w obręb historii grupy! Kozak!

Na swoich płytach często korzystasz z podobnej dziennikarskiej erudycji. "Chaining The Catechin" gra w skojarzenia z "Changing The Katechon" Deathspell Omega. Dowcipne. Poukrywałeś sporo więcej tego typu rebusów?

Skoro jesteś taki bystry, to bliżej wyjaśnię ten kalambur. "Catechin" to rodzaj antyoksydantu, który jest obecnie bardzo popularny wśród prowadzących zdrowy tryb życia, ponieważ absorbuje wolne rodniki powodujące raka. Utwór "Chaining The Catechin" opowiada o źródle tego przeciwutleniacza, Camelii Sinensis, popularnej roślinie, używanej w wielu naszych ukochanych herbatkach, jak zielona czy oolong. Jest sporo odwołań i trybutów płaconych metal muzyce w koncepcji Botanist, ale każdy musi je odnaleźć na własną rękę… No dobra, niech będzie jeszcze jeden, tekst: "tied in glass chains" to gra z "Tied In Bronze Chains" pierwszego utworu z Rebel Extravaganza mojego ulubionego albumu Satyricon.

"Katechon" – grecki termin związany z Apokalipsą. A ty jesteś prorokiem nadejścia roślinnego królestwa. Jak sobie wyobrażasz taki koniec czasów? Jak byś, na przykład, opisał krypto-krzew Rhododendoom?

Wygląd Rhododendoomu zależy od ciebie i wszystkich innych, którzy to czytają. Świadomie chcę zostawić sporo z konceptu Botanist wyobraźni słuchacza. To, co się dzieje z Botanikiem poza oficjalnym opisem, także zależy od twojej interpretacji. Takie działanie wydaje się właściwym wyborem, pełne znaczenie w połączeniu z wizją jest dla mnie jasne, ponieważ jest osobiste. Nie wiem, czy kiedykolwiek i z kimkolwiek zdecydowałbym podzielić się tym w całości. Wierzę jednak, że wyobraźnia słuchacza może emocjonalnie reagując, stworzyć obraz nawet bardziej fascynujący. W ten sposób Botanik, Zielone Królestwo, Rhododendoom w całości pozostają do twojej dyspozycji. Zamierzam skorzystać z pomocy różnych artystów i środków artystycznych na następnych albumach, żeby odczytywać ten koncept.

W tym celu zmieniłeś wytwórnię? Tylko żartem zauważę, że tUMULt prezentuje na swej stronie setki odciętych głów piżmowołów, a "flensing" to czynność też mało ekologiczna…

Botanist wiele zawdzięcza tUMULt i Adree Connorsowi. Myślę, że możliwość bycia w tej wytwórni stała się w dużej części początkiem inicjującego bodźca, jeśli chodzi o ten projekt. Wydawanie w tUMULt było samo w sobie marzeniem, które nosiłem prawie dziesięć lat, gdyż zawsze postrzegałem ten label jako posiadający głębię i artystyczną wartość (szczególnie ze względu na rozmiar) trwalszą niż w niemal każdej innej wytwórni…podobnie widzę record store Andee'ego, Aquarius Records, najlepszy sklep w jakim kiedykolwiek byłem. Jestem wdzięczny wytwórni TotalRust, która wydała III: Doom In Bloom i zaoferowała nowy poziom dystrybucji na świat, co stało dla Botanist nową szansą. To było szczególnie nobilitujące, gdyż ta oddana doom wytwórnia doceniła moje podejście pod doom album. Przy całym szacunku i docenieniu wymienionych, myślę, że partnerstwo z Flenser jest nowym rozdziałem w rozwoju Botanist. Szczególnie fakt, że Jonathan Flenser prowadzi swój label z podobnym pełnym pasji podejściem, z jakim poważni muzycy podchodzą do komponowania. Widzę Flenser jako agresywną, uczciwą i hojną wytwórnię, która chce pomóc dojść do najwyższego z możliwych stopnia spełnienia. Sukces artysty oznacza sukces labelu. Nie mogę się doczekać obustronnie korzystnych relacji z tym właśnie.

Zapowiadany album wiąże się z pojęciem "armii mandragory"? W jakim kierunku podąży teraz Botanist?

IV będzie tak jaskrawo różna od III , jak tamta była odmienna od I/II. Chociaż zbliża się data wydania, wciąż nie chciałbym ujawniać zbyt wiele. Powiem tak: niektórzy mówią, że płyty I-III mają sporo przestrzeni. Jeśli tak, ta przestrzeń na nowej płycie jest w dużej mierze zamknięta. Sprawdź zresztą piosenkę, która pojawi się w okolicach grudnia.

A co z kierunkiem Botanika? Słyszałem o demonie personifikowanym przez sporysz, ale o istocie zwanej Azalea nie. Wymyśliłeś ją?

Pewnie. Azalia to kwiat z rodziny rododendronów. W miarę powszechny i czarujący. Ma jednak tę cechę, że chce rosnąć i zjada każdą kolejną roślinę na jej drodze. Trochę jak ludzie. Tekst "devouring all beyond its needs" odnosi się do tej własności, ale też do "Dying Creed" Bolt Thrower, jeśli chcesz więcej przypisów. Szkodliwie ekspansywny aspekt tej rośliny, razem z imieniem Azalea, ujawnił się jako źródło głosów w głowie Botanika, złowrogi zdobywca w mitycznym systemie Zielonego Królestwa.

A mandragora? Ma coś wspólnego z marzeniem alchemików, symbolem transmutacji – jak ujmował to Jung ̶ człowiekopodobnym homunkulusem? Jaki jest jego udział w ostatecznych rozrachunkach?

Jak już wspomniałem, Botanik wyczekuje unicestwienia ludzkiego gatunku. Plan ustalony dla niego przez Azaleę sprecyzowany jest w słowach utworu "Quoth Azalea, the Demon (Rhododendoom II)". Ta piosenka opisuje dokładnie jak, po zakończeniu swej misji, Botanikowi obiecano, że będzie ostatnim na Ziemi ̶ katalizatorem planu Azalei, wiecznym życiem w Chlorophyllic Continuum, wspaniałym kolektywie jednoczącym energię flory…w zasadzie, jego ostateczną kompensatą jest stać się rośliną. To jest utopia Botanika, widziana jako doskonałe osiągnięcie harmonijnej rozkoszy po tym, gdy ostatnie przeżytki ludzkich więzów zostaną już odrzucone. Alrauna jest homunkulusem, o którym wspomniałeś, humanoidalno-roślinną istotą, której ludzka część spoczywa wewnątrz. Gdy ją wyciągnąć, wrzeszczy zabijając wszystkich, którzy to usłyszą. Alrauna pochodzi od rośliny zwanej mandragorą i taki jest też tytuł mojego następnego albumu. Pierwsze sześć/siedem utworów przywołuje koncept, w którym Azalea pokazuje Botanikowi jak wyhodować armię korzeni mandragory i jak wytępić ludzkość.



***


Na koniec jak zawsze dołożymy jeszcze kilka drew do piekielnego pieca:

Atriarch
Ritual Of Passing

[Profound Lore]

Dolina śmierci w Kalifornii. Chyba stamtąd wychynęli w zeszłym roku Atriarch i Alaric, poruszając się w rytualnych spazmach. Death rock w wykonaniu tych pierwszych ciągle proteuszowy, raz wężowo grzechoce w oparach, innym razem odlatuje w dziwnie krucze rejony. Fajny szamanizm, niezłe rytuały, dobre przejście.

Early Graves
Red Horse

[No Sleep]

Zaraz po łagodnym wstępie Red Horse rozwija prawdziwy galop. Cheesy pun intended. Raczej rodzajowa sceneria nowoczesnego thrash-metalcore'u, jednak zagrana z pomysłem i nadpobudliwością, uzasadnioną tragicznym historią w tle. Zamykający "Quietus", pokazuje, że grupa potrafi też w porę ściągnąć cugle i zaprząc dwie gitary do klasycznej roboty. Efektem ̶ świetny strzemienny.

Family
Portrait

{Pelagic]

Family Portrait? Nie. Debiut z Brooklynu z pomysłem trochę jak piętro wyżej, nagrany zresztą nie przez żółtodziobów. Inny punkt odniesienia: Between Buried And Me w lepszych czasach. Wyłażą co i rusz wymiatane pod dywan instrumentalne fragmenty, sporo jest kombinowania. Nie zawodzą jak szumnie w tym roku zapowiadane Primitive Weapons. Może jeszcze nie rodzina, ale krewni i krewcy.

Flourishing
Intersubjectivity

[The Path Less Traveled Records]

Krótki materiał kolejnych na liście brooklyńczyków potwierdza, że trzeba mieć oko i na nich. Mechaniczne takty wczesnego Godflesh w całej swej marszowej krasie w trakcie niszczycielskiego pochodu. Jak tegoroczny huragan lub trylobitowe żywo-statki obcych w Avengers. Kto się przed tym obroni?

Okkultokrati
Snakereigns

[Fysisk Format]

Tak jak starożytni Grecy w obliczu społecznego chaosu uciekali się do tyranii, tak okultokracja zdaje się jedynym ustrojem (ustrojstwem) zdolnym przeciwstawić się upadkowi nordyckich black tradycji. Zadziwiająco rozwydrzone i nabuzowane dzieciaki realizują swe kosmate myśli, punkowym kanałem przebijając się na ścieżkę do Bergen. Na drugim albumie lekkie przygładzenie kogutów też im wyszło na dobre.

Velnias
RuneEater

[Pesanta Urfolk]

Bałtyjskie demony z Colorado grają tak, jakby dziady miały nigdy się nie skończyć. Zamieszkują wierzby i skały, krążki wydają w drewnianych szkaplerzach, zjadają runy i wypluwają mocno organicznie brzmiący pejzaż, równie bliski sercu wagabundy, co świetne przecież, echa Agalloch z początku roku.

Witchcraft
Legend

[Nuclear Blast]

To jest całkiem nowy level dla tego sabatu. Niezłe power hooki i, niestety, naiwne teksty przypominają trochę zapomniany już Wolfmother. Nadal mają w sobie urok spóźnionych hippie agitatorów z Kemado, rodaków z Graveyard czy Spiders. Ale nie jest to już, ta fantastyczna zasadzona na Blue Cheer intymna retro inkrustacja co osiem lat temu. Wtedy Witchcraft roztargnioną dbałością o detale mógł kojarzyć się z innym szwedzkim bandem, w 2004 też na artystycznym szczycie.

BIEŻĄCE
American FootballAmerican Football (LP3)
Mac DeMarco"All Of Our Yesterdays"