RECENZJE
Żyto

Żyto
Wiry

2014, Prosto 6.2

Jaka jest szansa, że dobry, stylowy raper z totalnie ulicznym emploi nie zostanie zjedzony przez męczybulskie utyskiwania przeciętnego intelektualnego dorobkiewicza? Pierwsza płyta Żyta była przebojem 2013 – świeże i jednocześnie klasycyzujące bity z konkretną gadką fajnie składającego ziomka. Miał wersy, miał styl, miał bity – to się nazywa kot, miau miau miau. Smaczku dodawał fakt, że gdzieś w tle pojawiały się ksywki gości, którzy wiedzą, co jest grane (Noona, Czarnego), występ na bonusie do Niewidzialnej Nerki i bardzo szybko podpisany kontrakt z Prosto. Zainteresowanie "brudem" bez buractwa i dancingu odżywa w polskim rapie od kilku lat, co najmniej od czasu rewelacyjnego Pana Kolczastego . Pod tym względem Jeżozwierz jest całkiem wpływowym raperem – bezdyskusyjny sukces duetu Pro8l3m tylko to potwierdza. Wreszcie długo oczekiwana normalizacja.

Od tego czasu Żyto rozbudzał nadzieję na mocny materiał świetnymi odrzutami ("Długo", "Miałem sen") i wzbudzał zwyczajną sympatię. Ciekawiło też dobieranie sobie producentów, którzy za chwilę powinni być duzi, ale póki co ich ksywki nie powiedzą nic większości zainteresowanych sceną. Jak wobec tych nadziej (follow-up) wypadają Wiry?

Prognozowany przeze mnie sukces należy uznać za połowiczny. Bardziej wrażliwi zawodnicy, do których w innych okolicznościach chętnie bym się zaliczył, mogą wysiąść na "pięknej dupce" z drugiego wersu na albumie (jak ja wysiadam na niesławnym wersie z "Tori Black"). Faktycznie jednak album rozpoczyna się dla mnie od ultrabangera "Droga do raju", czegoś o ciężarze współpracy Jeżozwierza z Soulpete’m, ale o dużo większym replay value i jednym z najbardziej zaraźliwych, hymnicznych refrenów roku, dzięki któremu faktycznie można przypomnieć sobie miłość do blokowiska w całym jego majestacie. Ciarki – numer do kompilacji Prosto XXX (heh) za 15 lat na luzie.

Reszta albumu nie obywa się bez potknięć. Kuriozalny refren "Tarapatów" sąsiaduje ze świetnym "Parmezanem", kapitalny utwór tytułowy z niezbyt apetyczną kopią Sokoła z Marysią Starostą ("Wybacz mi"). Rozczulającą przejrzystość klejenia podwójnych i wewnętrznych (internat/internet/interakcja - …) ratuje charyzma typa, językowe błędy i niechlujności bez tragedii fitują z dużą świadomością techniczną. Lubicie "Chleb powszedni" i "Masz i pomyśl"? Kto nie lubi! Tu otrzymacie to po solidnym liftingu. I choć niektóre bity wydają się trochę trącić myszką, to Żyto, podobnie jak na poprzednim albumie, potrafi zapanować nad nimi w sposób, który unieważnia ćwiczenia z diachronii.

Chyba coś mi się przestawiło, ale po Kubanie to kolejny album, w którym właściwie wszystkie gościnki mi wchodzą. Podoba mi się ziomeczek, który brzmi, jakby udawał Borixona udającego Pezeta i jego kolega udający Faziego ("Wiry"). "Ceny" udające "Fakty, Ludzie Pieniądze" z Radio Pezet zasila rzadko ostatnio słyszany Małolat, a ja lubię chyba wszystko od sympatycznego warszawiaka. Mój stosunek do Kękego jest znany, ale tu zupełnie nie przeszkadza – wódeczka jednak łączy.

Fajnie, że Żyto wybiera się czasem w rejony, które nie są jego domeną, szkoda, że odbywa się to kosztem wyrazistej i odrębnej dykcji znanej z zeszłorocznego albumu. Wiry to próba ucieczki od gęby – nie zawsze udana, czasem brnąca w imitacyjne mielizny – potwierdzająca jednak możliwości częstochowskiego rapera, utwierdzająca w przekonaniu, że warto śledzić jego dokonania.

Łukasz Łachecki    
27 sierpnia 2014
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie