RECENZJE

Zwan
Mary, Star Of The Sea

2003, Reprise 4.3

A więc mamy do czynienia z kolejną modą? Tym razem chodzi o powroty zasłużonych, aczkolwiek starszych już nieco muzyków z różnych biegunów sceny, łączących swoje siły (czytaj: zeszłą popularność, potencjał twórczy, zeszłą popularność) pod nowym szyldem w zamiarze wykreowania czegoś pozornie odkrywczego. Zamysł całkiem całkiem, biorąc pod uwagę strategię marketingową. Rybką jest kontrastowe zestawienie, wymuszające na odbiorcy pytanie z serii: jak razem zagrają ten z tym? Jak to zabrzmi? O, ciekawie się dobrali, nigdy bym nie pomyślał, że płytę zrobią wspólnie ten i ten. Wyobrazilibyście sobie, że w studiu spotkają się ten, ten i ten?! Mamy więc Audioslave, mamy duet Borysewicz / Kukiz. I mamy Zwan.

Słynna obiegowa definicja supergrupy zakłada obecność w szeregach formacji co najmniej dwóch wielkich artystów, którzy (wcześniej, lub później) wyrobili rasową markę swojemu nazwisku. Supergrupą byli (i są) zatem Sea And Cake, Heatmiser, New Pornographers, tudzież Twilight Singers. O Pixies (jezu chryste!) nie wspominając. Czy w związku z tą teorią Zwan jest supergrupą? Na to by panie dzieju wyglądało. "Forsy mamy jak małpa kitu, dupeczki też nie od parady". No bo tak: przedsięwzięciem kieruje Billy Corgan. To w zasadzie jest jego cyrk. Billy liderował w ubiegłej dekadzie jednej z najważniejszych alternatywnych kapel na podwórku, mianowicie Smashing Pumpkins. To zobowiązuje. Aha, skoro Corgan dzieli i rządzi w Zwan, zajmijmy się szerzej jego sylwetką w następnych dwóch akapitach.

Poproszony o krótką powtórkę z dorobku Smashing Pumpkins nie miałbym większych wahań z odpowiednim wartościowaniem poszczególnych albumów. Hard-rockowy debiut Gish wprowadził ekipę z Chicago na listę "liczących się" gitarowych wymiataczy. Płyta następna, Siamese Dream, miała się okazać szczytem możliwości kwartetu. Łagodniejsza i bardziej dopracowana, eksplodująca mimo wszystko głęboką mocą przesteru, należała do świetniejszych krążków dziesięciolecia w kategorii "niezły zajeb". Wtedy Billy poczuł się wieszczem, prorokiem, nie wiadomo kim. Natchniony przez sny, lęki i z pewnością sporą ilość środków odurzających, napisał rozdmuchane, epickie, dwupłytowe dzieło Mellon Collie And The Infinite Sadness. Prasa huczała, że oto następca The Wall, czy White Album. Gówno tam. Owszem, dobra płyta! I nie sposób odmówić Corganowi mnóstwa superowskich temacików. Ale jako całość rzecz nużyła, rozmywała się jak wodne farbki na szybce. Teksty naiwne.

No i zarzut główny: wolne numery spoko; te ostrzejsze: zbyt! bardzo! cholernie! sabbathowe. Do urzygu. Aż nie wiadomo było, który Ozzy, a który Billy. Żeby uniknąć ewentualnych pomyłek z panem Osbourne, Corgan wrócił po upływie trzech lat z nowym, odświeżonym brzmieniem. Zainspirowana osobistymi tragediami, których akurat nie chce mi się tu roztrząsać, żałobna i gorzka Adore dokumentowała etap flirtu z elektroniką, księżycem i automatem perkusyjnym. Dawała nadzieję na przyszłość. Tę nadzieję stłamsił w nas wszystkich następny, ostatni, pożegnalny dla zespołu album Machina. Będący nieudaną parodią samego siebie, bezduszną trawestacją glam-metalu zatopionego w gęstych klawiszach, i nade wszystko cierpiący na brak lotnych melodii, zaledwie przywoływał echo dawnej potęgi. I pozostawił rozczarowanych fanów z trzęsącymi się od zawodu dłońmi. Bez perspektyw.

Teoretycznie właśnie projekt o (idiotycznej notabene) nazwie Zwan miał być dowodem na tych perspektyw istnienie. Żeby podwyższyć swą wiarygodność, Corgan dobrał sobie tym razem niezwykle wyszukanych współpracowników. Wygląda to trochę, jakby chciał oświadczyć całemu światu: jestem niezal! No ale spójrzmy. Przede wszystkim Dave Pajo vel Aerial M vel Papa M vel Tararaj. Facet renesansu jeśli chodzi o przeróżne podziemne grupy muzyczne o charakterze zorganizowanym. Założyciel Slint i to właściwie powinno wystarczyć. Dopowiem Tortoise i ani mru mru proszę. Jedziemy dalej. Matt Sweeney, gitarzysta Chavez, legendy amerykańskiego niezal. To się chwali. Na basie Paz Lenchantin z A Perfect Circle. Pobocznego projektu komicznego wokalisty komicznej metalowej kapeli, właściwie nic dla mnie nie znaczącego, ale jednak znane nazwisko. Line-up dopełnia pałker Pumpkinsów, Jimmy Chamberlin. Hm, już załapaliście koncepcję?

Bo wiecie, wszystko fajnie, tyle, że Mary, Star Of The Sea, domniemanie dzieło owej wymienionej piątki, pachnie jak zwykła robota Smashing. Naprawdę, na wieśle mógłby piszczeć James Iha, bas obsługiwałaby D'Arcy i różnicy by nie było. Cała sprawa ze Zwan to kamuflaż. Motywy i ściany dźwięku wygrywane przez Pajo i Sweeneya nie mają nic wspólnego z ich ewentualnym wkładem. Mówiąc prościej: nie brzmi to zupełnie na robotę tych urwisów. W partiach basowych również nie dopatrzyłem się połączeń z jedynym jak dotąd dzieckiem A Perfect Circle, przereklamowanym Mer De Noms. Bębni ta sama osoba. Zostaje naturalnie głos Corgana. Swoją drogą: głos na stare lata męczący i denerwujący. Czyli? Co miałoby odróżniać Zwan od Smashing Pumpkins? Materiał napisany przez Billy'ego?

Niestety, mimo ponad godziny obficie wypełnionej muzyką, Corgan nie obronił się tym razem jako kompozytor. Jego charakterystyczna melodyka jest wystarczająco zużyta, by zupełnie nie porwać głodnego świeżych, fajowych wrażeń słuchacza. Skłamałbym wprawdzie mówiąc, że nie ma tu dobrych piosenek. Są. Podoba mi się niezal-rockowy vibe płynący z "Settle Down" na przykład. Nieźle prezentuje się tkliwa, ale stylowa balladka "Heartsong". Nie czepiam się takich sprytnych refrenów, jak w "Baby Let's Rock". Być może najlepszy jest tu "Yeah!", z klasowym riffadłem. Ale teraz nagle doszło do mnie, że nawet te wybijające się momenciki zebrałem trochę na siłę. Wszystko wszak dźwięczy podobnie. Słuchałem wielokrotnie i wciąż nie rozpoznałbym poszczególnych fragmentów na pierwszy rzut ucha. Zbyt bliźniacze.

Bowiem problem z Mary, Star Of The Sea tkwi w jednowymiarowości i niemocy. Corgan jakby chce, chce i nie może. Znośne toto, wcale solidne. Ale jeśli człowiek dostaje z górą tuzin utworów pełnych takiego grania, to trochę mu się nudzi. Jest na to właściwe słowo: klisza. Zwan operują kliszą gęstego, prostego, psyschodelicznego, progresywnego, nostalgicznego, ale ostrego rockowania. A jeszcze jak przywalą kilkunastominutową suitę ("Jesus, I / Mary, Star Of The Sea"), to nieco żal robi się biednego Corgana. Z drugiej strony: nie popadajmy w nadmierne współczucie. Bo przecież Zwan jest dobrze przemyślaną akcją. Aby wilk był syty i owca cała, dwóch byłych muzyków znanego i szanowanego zespołu skuma się z dwoma kreatywnymi instrumentalistami z pogranicza awangardy i undegroundu, oraz wziętą bassmanką. Lecz komercyjni nie pozwolą ambitnym przejąć sterów, by całość nie wyszła zbyt ambitna! Całość wyjdzie komercyjna i wtórna, tak, aby ludziska kupili płytę. W ten sposób biedni ambitni zarobią, a bogaci komercyjni poprawią swoje credibility w oczach niezależnej publiczności. Proste.

W "Yeah!" Billy pyta (sam siebie chyba) "Am I independent?" i odpowiedź przecząca jest dla mnie w tym przypadku oczywista. Nie, Billy, bo chciałeś wydymać swoich sympatyków jak kurwę. Yes you did Brett, yes you did. A sympatycy Smashing Pumpkins pozwalają się dymać tylko Smashing Pumpkins. Czytujesz biblię?


PS: Na koniec: mój typ na najbliższy projekt znanych i lubianych. Otóż jako frontmana proponuję usadowić na przedzie gostka z Backstreet Boys, tego największego pedała, aczkolwiek bliższymi namiarami nie dysponuję. Solową gitarą wymiecie Slash (wielki come-back!) i już słyszę to arpeggio ze "Sweet Child O'Mine". Sekcję rytmiczną będziemy mieć dobrą, oj dobrą. Bas: Lemmy z Motorhead. Za drumami zasiądzie perkusista Def Leppard, ten co nie ma jednej ręki i podobno skacze jak zapyziały. Wszyscy panowie śpiewają wielogłosowe partie wokalne! Do tego chóru kastratów dołączą: Staś Drzewiecki na klawiszach, Vadim Brodski (z playbacku) na skrzypcach i Jose Cura na kurze. Miksować to gówno będzie William Orbit, dbając o nowoczesne rytmy i sample. Szerokie spektrum, nie? Ba, super-grupa.

Borys Dejnarowicz    
31 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie