RECENZJE

Zola Jesus
Conatus

2011, Sacred Bones 5.4

Tak się jakoś dziwnie złożyło, że nikt nigdy na Porcys oficjalnie nie odniósł się do twórczości Niki Rozy Danilovej, która w trakcie ostatnich kilkunastu miesięcy przeobraziła się w jedną z najbardziej znanych gwiazdek współczesnej blogosfery. Zapewniam – tym razem nie było w naszym zachowaniu nic na pokaz, chociaż delikatny przerost formy nad treścią w tym temacie mógł chwilami irytować. Dla mnie dotychczasowe nagrania Zoli były bardziej "intrygujące" niż jakoś rzeczywiście "bardzo dobre" i ten nowy longplay zbyt wiele w tej kwestii nie zmienia, chociaż i tak zdaje się być najrówniejszą i najlepszą jakościowo pozycją w jej całkiem pokaźnej dyskografii.

Bo mimo młodego wieku Nika sieka te piosenki jak szalona – Conatus to trzeci studyjny album w jej dorobku, poza tym zdążyła popełnić taką samą liczbę EP-ek i kilka splitów. Już sam tytuł tego longplaya prosi się o analizę w sążnistym eseju, ale ja z filozofii miałem poprawkę, więc nie będę się tu wymądrzał. Faktem jest, że na Danilovej prawdopodobnie ciąży – jak to zgrabnie ujęła Graczyk Aleksandra – "klątwa gruntownego wykształcenia humanistycznego", co raczej dziwić nie może, bo to cecha charakterystyczna dla nowej fali songwriterek. Jasne, treść – treścią, podziwiam tych, którym chce się to na poważnie rozkminiać, jednak przy braku odpowiednio pasującej do niej muzyki takie półprodukty zwyczajnie nudzą.

Na szczęście w tym względzie nie ma co narzekać – Zola Jesus na Conatus konsekwentnie poszerza obraną wcześniej eksperymentalną ścieżkę i zdaje się coraz odważniej korzystać z bogatej spuścizny katalogu goth-music. I to nawet niekoniecznie nawiązując do modnego ostatnio dream popu – darkwave, industrial, mroczny synth-pop to chyba bardziej prawdopodobne kierunki inspiracji Niki, która pomimo zabaw z formą na najnowszym albumie nie rezygnuje ze swojego największego atrybutu – eksponowania potężnego wokalu. I słusznie, bo pewność bijąca z jej głosu do tej pory zawsze sprawiała, że nawet banalny przekaz chwilami urastał do rangi czegoś więcej, co chyba najlepiej słychać w jednym z najbardziej znanych utworów w jej dotychczasowym dorobku – "I Can’t Stand". Lirycznie niby gimnazjum, a jednak niejeden poważny człowiek pochylał się nad tym z troską.

Conatus nie oferuje wprawdzie czegoś na tym poziomie, ale i tak jest tu do czego wracać. Wrażenie robi zwłaszcza "wbijająca w fotel" instrumentalna końcówka "Vessel", zdecydowanie najmocniej brzmiąca rzecz w tym zestawie, gdzie "puls bębnów jest jak młotek uderzający w kolana". Dla odmiany "Skin" to prosta, emocjonalna ballada, którą Natasha Khan chciałaby jeszcze kiedyś nagrać. Cała ta płyta operuje w dużej mierze właśnie tego typu kontrastami i w związku z tym warto dać jej kilka szans, aby w pełni docenić kreatywność Danilovej. Młoda Amerykanka o rosyjskich korzeniach może i słuchała w dzieciństwie za dużo Joy Division, ale postrzeganie jej wyłącznie w kategoriach muzy zblazowanych hipsterów jest cokolwiek niesprawiedliwe – to w pełni świadoma własnych możliwości wokalistka o naprawdę sporym potencjale, który przy tak szybkim tempie progresu może eksplodować niemal w każdej chwili.

Kacper Bartosiak    
5 października 2011
BIEŻĄCE
Hockeysmith"Lonely Loving Me"
10 najlepszych płyt 2018