RECENZJE

Zo!
SunStorm

2010, Foreign Exchange Music 7.1

W odróżnieniu od zeszłorocznej kompilacji wyśmienitych około-soulowych coverów Just Visiting Too, pięknie podsumowanej zresztą tutaj przez kol. Kamila Babacza, tegoroczny krążek wieloletniego już członka quasi-formalnego kolektywu Foreign Exchange to wydawnictwo zaskakująco przekorne i w dużej mierze schizofreniczne, choć założę się, że powyższe epitety należą do najmniej prawdopodobnych wniosków wypływających przy pierwszym odsłuchaniu SunStorm.

Całkiem słusznie zresztą, bowiem wierzchnia okleina tego oryginalnego (choć także ciut chaotycznego) kolażu nie odbiega znacząco od dźwięków wypełniających wspomnianą EP-kę, znajdując się niejako w epicentrum nowej fali (post)-r'n'b – popularnego ostatnimi czasy recyklingu historycznych czarnych estetyk z nieco tylko futurystycznej perspektywy elektro-popowej. Z producenckiej pary Zo!/Nicolay, która sprezentowała nam przecież wybitny Leave It All Behind, to ten drugi zwykł specjalizować się jednak w dalekobiegnących eksperymentach i poszerzaniu palety wszystkich zmiksowanych stylistyk, zostawiając Lorenzo Fergusonowi bardziej konwencjonalne wariacje na temat muzyki jego praprzodków – vide zeszłoroczny ku nim homage. Tym razem jednak Michiganderianin postanowił popchnąć Foreign Exchange-owy sound jak daleko się da nie będąc białasem z Amsterdamu; chociaż kompozytorskiego talentu ma troszkę mniej niż Holender, rezultaty są bez wątpienia zgodne z (domniemaną) intencją.

That said, wprowadzenie do albumu mogłoby być jednak częścią Leave It All Behind, nie tylko ze względu na wokalizę Phonte; "Greater Than the Sun" definiuje także w pewnym sensie klimat i tekstowo-przekazowy zamysł płyty – afirmację życia w większym zakresie od znanej z LIAB miłości. Równocześnie: jeśli dzieło Foreign Exchange było dla nas muzycznym zapisem letniego wieczoru po zmroku, SunStorm rządzona jest całkowicie przez dzień (najprawdopodobniej bezpośrednio następujący), od świtu aż po zachód słońca (pięknie zaudioalizowany nawiasem mówiąc w pierwszej końcówce "Make Luv 2 Me" – bo kilkuminutowa coda po przerwie jest już trochę niepotrzebna). Dodajmy do tego fakt, że spędzamy ten dzień nad oceanem, i nagle etykieta yacht'n'b nie brzmi już tak bardzo idiotycznie (ok, ciągle, ale wiecieocomichodzi).

Następne kawałki jednak niekoniecznie podążają tropem otwieracza. "Greatest Weapon of All Time", bezdyskusyjnie najlepszy fragment całości rozpoczyna ścieżkę równoległą, czyli eklektyczne popowe oblicze o (relatywnie oczywiście) najmniejszym zakorzenieniu w czarnych rytmach. "Say How You Feel" tymczasem niespodziewanie znajduje Zo! bawiącego się w Herberta mniej więcej z epoki Bodily Functions; lightowy house-soulowy feeling powraca także w "Free Your Mind" za sprawą dusznej i rozedrganej sekcji rytmicznej, która to zaatakować potrafi też ze zdwojoną siłą w bossowskim "This Could Be The Night". Elementy żywcem wzięte z LIAB łączą się najczęściej z featuringami muzyków biorących udział również w tamtym przedsięwzięciu, z Darienem Brockingtonem na czele ("Be Your Man"). Jakby tego było mało, w międzyczasie Lorenzo bawi się retro-brzmiącą elektroniką (tytułowy "SunStorm"), łagodnym "jazzikiem" niczym jaki Greg Kurstin ("If I Could Tell You No"), a nawet elementami latynoskiej motoryki w "The Flight of the Blackbyrd", budząc skojarzenia z innym neo-soulowcem 2010, czyli José Jamesem. A wszystko to zwieńczone prawdziwym Nite-Funkiem wspomnianego "Make Luv 2 Me".

Jedyne, co można by zarzucić tego typu zbiorowi to to, że w porównaniu z Just Visiting Too SunStorm brzmi jak zestaw coverów (ehm) tudzież promo oficyny wydawniczej, co spotęgowane jest faktem, iż materiał Zo! jest albumem producenckim, a każdy utwór wokalnie nastraja inna osobowość (o czym wspomnieć wypadało na początku recenzji). Nie było by w tym nic złego, gdyby nie przekładało się to na częstsze spadki formy w trakcie utworów również; druga część "Greatest Weapon of All Time" obniża dla mnie ocenę kawałka o cały punkt na skali dziesiętnej, tak samo jak całe nudnawe "All Is Well With Love". Sunstorm potrafi być nieposkładany, wtórny a nawet męczący, ale when it hits you, it hits you hard.

Patryk Mrozek    
3 sierpnia 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie