RECENZJE

Zimpel / Ziołek
Zimpel / Ziołek

2017, Instant Classic 6.6

Pierwsza myśl – teoretycznie dość wstydliwa – Armia Budzyńskiego i jej "Aguirre". Można zarzucić, że to kuriozalny przestrzał, w szczególności jeśli mamy na tej podstawie stawiać jakieś przesiąknięte punkową prostotą paralele; no ale cóż, nie mam wpływu na własną podświadomość, a myśl dość łagodnie przeistacza się w Aguirre o innych kształtach. Bo jaki zwyrodnialec nie lubi Popol Vuh? Jak można nie kochać integralnie połączonej z ich muzyką wrażliwości Herzoga. I dopiero na takim plastyczno-metaforycznym polu peruwiańskich dżungli, pierwsze spotkanie z nowym dziełem duetu Zimpel/Ziołek staje się wysoce klarowne.

Więc wchodzi mały plus na starcie. Zrytualizowane szamańskie obrzędy, w wysoce ludzkim, euforycznym wydaniu, które pomimo rażącej ogniskowością gitary, zostają zmieszane z czymś na kształt elektronicznych tworów Terry'ego Rileya oraz setek innych technicznych robociarzy klejących swoje cuda na fundamencie mechanicznych powtórzeń. W tym konkretnym przypadku, wieńcząc wszystko hybrydowym zjednoczeniem dwóch antagonistycznych światów: zdehumanizowanej cybernetycznej struktury integralnie połączonej z ożywiającą, wysoce uduchowioną, organiczną powłoką; ze skromnym udziałem nie tak do końca uspokajającego klarnetu.

Ale to oczywiście nie koniec, bo rozstrzał i plastyka na przestrzeni czterech utworów jest zjawiskowa. Począwszy od relacji z placu boju nakreślonej w poprzednich akapitach, przez zagubiony syntezatorowy soundtrack do Blade Runnera z oczywistą dokrętką w postaci new age'owego mistycyzmu, kończąc całość wielkim finałem – czymś na wzór szalonego i słusznego, gitarowego wariactwa na E2-E4 Manuela Göttschinga, tym razem w skromniejszej postaci klarnetowego wycia pod repetycyjne partie… I to co tu się odczarowuje na klarnecie, na tej naszej Zimplowsko-Ziołkowskiej czarodziejskiej górze, to jest wiecie no… inny świat. Ale tak mi trochę głupio szyć podwójnym ściegiem przebrzmiałych porównań, kierowany chwilową ekstatyczną nadpobudliwością. W sumie, co ja mam z tym zrobić, gdy konstruowanie "Fourth Molar" oparte na dwóch sukcesywnie ścierających się z sobą ścieżkach, w walce o to, kto w glorii wejdzie na pierwszy plan, jest w swoim wyrazie tak bardzo pociągające. Podział na hipnotyczne, ukryte w cieniu, migające w tle dźwięki zbudowane na fundamencie zniekształconych demonicznych quasi-dzwonów – na mglistych niepokojących echach rzeczywistości dochodzącej tam z podnóża, próbującej przedrzeć się na szczyt, na którym Zimpel z żywym, rozsadzającym od środka upustem, kreśli swoje dosadne, poszarpane improwizacje*.

Ale czy tkwi w tym sens, w odczytaniu całej tej sytuacji poprzez prosty kontrast? Zły trop. Paskudny błąd! Bo s/t to nie zestaw skrajności sklejonych taśmą klejącą w imię interesujących, eksperymentalnych efektów. Zimplowi i Ziołkowi, pomimo poruszania się po odrębnych muzycznych tradycjach – w absurdalnym świecie, w którym zmuszono ich do zestawienia suchego minimalistycznego krajobrazu z romantyczną melodyką i uczuciowością – bezproblemowo udaje się stworzyć wspólny oraz, co najważniejsze, atrakcyjny dla słuchacza język. A to wymagające zadanie wyszło im wysoce naturalnie, a coś co od początku wydawało się być niepasującymi do siebie elementami dźwiękowej układanki idzie w niepamięć, zastając na miejscu ścisłą i udaną synergie szczerze cieszącą słuchacza – synergię, w której na siłę szukać znaków, szwów, blizn, dokrętek i przykręconych śrubami kończyn.

Dlaczego zatem, pomimo tak górnolotnych słów, tak niska ocena? Mogę zwalić wszystko na wewnętrzną intuicję, głos. Paskudny, mało honorowy piach w oczy racjonalnej argumentacji formujący się w słowach, że "brak mi tutaj nieokreślonej iskry bożej" ucieleśniającej się w prostym fakcie, że jest to jedna z tych płyt, które uderzają od pierwszego zetknięcia, aby z każdym kolejnym odsłuchem wytworzona na starcie magia upadała ukazując co prawda interesującą zwyczajność, ale wciąż jednak zwyczajność. Ale i tak można to w końcu przełknąć, bo ostatecznie mamy do czynienia z dobrym albumem, będącym jak na swoje skomplikowane korzenie bardzo przystępnym, broniącym się zarówno na tym najbardziej wymagającym poziomie świadomego odsłuchu, jak i na tym będącym luźną papką pod czytanie kiepskich książek. Chociaż zamiast niskiej jakości literatury, bardziej nadając się do bycia wprawką pod kolejną hipisowsko-narkotyczną orgię w salonie, ale prywatnie bardziej preferowanym odbiorem wydaje mi się tkwienie plackiem na panelach obserwując unoszące się wokół drobnoustroje – bardzo ładna płyta, niemogąca niestety wejść w pole bezrefleksyjnej sakralizacji.

*A i tak cała wirtuozeria blednie, szarzeje i zanika w swojej miałkości, przy absurdalnym wkroczeniu kilku doskonałych, skromnych i jednocześnie "głupawych" dźwięków, dosadnie wyeksponowanych w około czwartej minucie "Wrens" (choć i tak bez sensu to zaznaczać, bo nawet bez wyraźnego podkreślenia jest to tak charakterystyczny moment, że bez większego wysiłku można go swoją własną świadomością wyłapać).

Michał Kołaczyk    
1 listopada 2017
BIEŻĄCE
John MausScreen Memories
Tame Impala"List Of People (To Try And Forget About)"