RECENZJE

Yume Bitsu
The Golden Vessyl Of Sound

2002, K 7.6

- Never mind, though. I just wanted to show you an example of such a case, in which the meaning of a word is totally different from those used most often. You see, "film" means "mgła" here. You can't predict the meaning, you just have to figure it out from the context. Let's see, what do we have here? We have Timothy Leary. Oh, right, you don't even know who Timothy Leary was. So that will be your homework. Yes? You know?

- I guess so. I think that Timothy Leary... To make long story short: that was the man who invented some psychological theories about how LSD affected people. And that's why he was the guru of all hippie generation. They treated LSD as a key to the better life and somehow Leary's works helped them to justify it scientificly. Or something. Anyway, these "films" you mentioned were arguably what LSD-users usually saw being under the influence of the drug. Ahh, that's why the lyric refers to films. Uhm.

- Brilliant Mr. Dejnarowicz. I think it's time to finish the class for today. So now that you know, thanks to Mr. Dejnarowicz, who Leary was, your homework will be... Ok, please find at least one example of the musical piece that seems to be made under the influence of drugs. Yes, drugs. Any drugs.

- Yeah! I know one. It's the new Britney! I've heard she's been doing a lot of brown sugar recently. Ok, well, maybe that was just sugar. Haw haw.

- Not the most creative example, miss. Actually, a lot of great music was composed and recorded on drugs. Trust me. Just think of any of your favorite artists. Not the most difficult homework then. See you next week.


Pewnie, że nietrudna. Właściwie to można książkę napisać na ten temat. Zresztą, wielu wpadło na to przede mną, więc nie będę tu może robił jakiegoś wykazu, jednego po drugim. Dość, że od drugiej połowy lat sześćdziesiątych muzyka popularna karmiła się narkotykami wszelkiej maści jak chlebem. Niewiele będzie kłamstwa w stwierdzeniu, że dragi odegrały wiodącą rolę w rozwoju rocka; bez ich udziału w przedsięwzięciu, bieg historii mógłby potoczyć się nieco inaczej. Wstyd mówić, ale środkom odurzającym, jako wspaniałym inspiratorom i pobudzaczom, zawdzięczamy kwiat dorobku całego gatunku. Sprzężenie zwrotne polegało na tym, że "pod wpływem" powstawała ścieżka dźwiękowa "do". Majątku bym nie postawił, że członkowie Yume Bitsu rejestrując swój najnowszy materiał "szprycowali się towarem", ale wiem jedno: efektem sesji jest godzinna dawka cholernie narkotycznej muzyki, która brzmi jak akompaniament do tripowej jazdy.

Kwartet z Portland zadebiutował cztery lata temu, istnieje już prawie osiem. Od początku panowie zajmowali się instrumentalną (przeważnie) psychodelią, przelewając dotąd swoje impresje na zawartość aż pięciu płyt (wliczając poboczne projekty gitarzysty Adama Forknera i klawiszowca Alexa Bundy'ego, po jednym krążku na łepek). Tegoroczny The Golden Vessyl Of Sound jest zatem czwartym dyskiem firmowanym nazwą Yume Bitsu. (Notabene, "yume" oznacza "marzenie, sen", natomiast "bitsu" to po prostu "bity", względnie "beaty". No co, uczyłem się kiedyś japońskiego. Poważnie. Watashi-wa Borys desu.) Zdaniem wielu opus magnum w kolekcji zespołu z miasta, w którym przed laty brylował Clyde Drexler.

Grupie udało się tu skomasować prawie wszystko to, co najlepsze w takim rozwlekłym, leniwym, snującym się graniu. Aranżacje wybuchają swoją hojnością. Wątłe z pozoru motywy melodyczne są na tyle silne, by przykuć uwagę nawet bez wokali (te pojawiają się tylko w paru utworach). Klimat jest jak najbardziej senny, ale tekstury nie pozwalają tak naprawdę zasnąć, wciąż intrygując nietypowym ujęciem kwestii reverbu. Pod pewnym względem, jest to dzieło na wskroś post-shoegazerowe. Ale jeśli wczesny Mogwai określano jako "stargazer", to Yume Bitsu wybierają przeciwny kierunek, "watergazer" rzekłbym, bliższy Spiritualized i czystemu ambientowi Briana Eno na przykład, niż filozofii post-rocka. Mam! Sigur Ros, oczywiście.

Z tym, że wspominając Sigur Ros, mówię naturalnie o ich pierwszych dwóch płytach, a nie przeraźliwym smędzeniu z dopiero co recenzowanej ( ). (Swoją drogą, co się z nimi stało? W sensie, niech to diabli, kochałem ich!) Wątek Sigura można zresztą pociągnąć. Paleta barw The Golden Vessyl Of Sound jest chwilami niezwykle zbliżona do Agaetis Byrjun. Oczekujemy więc zjaranych dęciaków w oddali, jakby-kościelnych organów zredukowanych do tlącego minimum, błyszczącej gitary w lewym uchu, żarzącej w drugim. Wszystko na stałych pogłosach, zgęstniałe i lejące się. W sumie tylko orkiestry zabrakło, żeby można było zarzucić gościom zrzynkę. Aha, wiem, że to głupie porównanie, ale nowe Yume Bitsu też nie ma tytułów. Widzicie, można wydać płytę z kawałkami bez tytułów, bez żadnej ceremonii wokół tego. Bardzo dobrą płytę. Ech.

A jednak jest to rzecz kompletnie inna. Absolutnie nie skondensowana, mocno rozkojarzona i rozwiązła formalnie. No i elektronika. Yume Bitsu, inaczej niż Sigur Ros, rzeczywiście wplatają w swoje improwizacje elementy wcześniej programowanych dźwięków. Weźmy numer czwarty, gdzie syntezatorowy wzór może kojarzyć się z najlepszymi latami Jean-Michel Jarre'a, lub, jak chcą inni, niemieckimi pionierami "druciarni" (natomiast partia gitary najwyraźniej imituje Frippa z "The Sheltering Sky"). Wybitnym zaś przykładem na obecność syntetyków jest zamykająca całość dziewiątka, zbudowana na aphexowym beacie i nowo-tronicznym motywie gitarki (spreparowane solo wygląda na kpinę z Satrianiego). Ach, no o pewnych skojarzeniach nie będę nawet mówił, tak są oczywiste, skoro co drugi zespół je teraz przywołuje. Żyjemy w epoce post-1991 kochani.

Moim (każdego chyba, jak tak patrzę) ulubionym fragmentem The Golden Vessyl Of Sound jest pieśń numer trzy, z pięknie wyśpiewanym "We will be together" i kilkoma marzycielskimi pasażami dwóch wioseł. Ledwie dwie minutki to trwa, a takie cudo. Wyróżnia się też szóstka, najdłuższa, bo aż dwudziestominutowa, a jednak wspaniała. Zaczyna się jak "Treefingers", albo nawet wstęp do "Ny Batteri". Potem mamy baso-bębnowy spacer, wcale nie tak bardzo inny od klasycznych wejść rytmicznych starego U2, jak w "I Still Haven't Found" chociażby. Dołączają trąbki i chóry. Zakończenie przypomina mi coś strasznie, ale nie mogę dociec co konkretnie, choroba. Różnie można postrzegać ten soundscape, raz jako potwornie nużący, innym razem jako natchniony. I taka właśnie jest ta płyta. Narkotyczna, psychodeliczna. Leary byłby z nich dumny.

Borys Dejnarowicz    
4 grudnia 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie