RECENZJE

Yuck
Yuck

2011, Fat Possum 6.5

Myślałem sobie ostatnio o pewnym krajowym zespole sprzed lat i doszedłem do wniosku, że w dwa tysiące jedenastym ich debiut o czerwonej okładce mógłby zostać przyjęty z dużo większą dozą entuzjazmu, niż w faktycznym momencie ujrzenia światła dziennego. No cóż, pech chciał, że apogeum fascynacji ninetiesowym indie przypadło w Polsce na moment, w którym za wielką wodą czy choćby kanałem angielskim no one really gave a damn. I tak jak na revival zainteresowania epoką w Amerykach poczekać musieliśmy do mniej więcej dwa tysiące siódmego, tak z pierwszą solidną brytyjską wariacją na tenże temat do czynienia mamy dopiero tutaj.

Co i tak jest słownym nadużyciem, bo Yuck angolsko nie brzmią praktycznie w ogóle; może to wpływ perkmana z New Jersey, a może po prostu wierność konwencji. Brytyjczyk imitujący Amerykanina imitującego Brytyjczyka – Stephen Malkmus przewraca się w grobie. Yuck to fanboye jankeskiego tape-hiss-rocka circa dziewięćdziesiąt trzy, cztery, pięć – myślimy więc o klasykach, Unrest, Sebadoh z Lou na wokalu, Bobem na wokalu, Anne na wokalu. Problem w tym, że hagiografia podana jest tu w sposób równie dosłowny i internetowy, jak kolekcja t-shirtów z okładkami książek w Urban Outfitters. Yuck to Pains Of Being Pure At Heart nowego dziesięciolecia – każdy z nas może złożyć ich w domu niczym szafkę z Ikei.

Nie znaczy to jednak, że nie można zawiesić nad nimi ucha. Począwszy od całkiem rozwalającego openera, Yuck wabi dynamicznymi utworami o niezwykle zadowalającym wskaźniku hooku na minutę. "Holling Out" czy "Operation" bazują na wyśmienitych, targających ciałem riffach, a ekscesy melodyjnych zmian akordów przypominają o zeszłorocznym słonecznym punku Wavves. Superchunk chcieliby ciągle nagrywać takie jamy, no. Interludia pomiędzy wymiataczami zapełniają tymczasem melancholijne drogowe balladki jak "Suck" czy delikatnie folkujący "Suicide Policeman". W najgorszym wypadku mamy też trochę niepotrzebnego wypełniacza, w postaci między innymi dream-fuzz-popowej "Georgii" – tutaj porównanie z POBPAH samo ciśnie się na usta.

Yuck to dobry zespół, który z własnej nieprzymuszonej winy znalazł się jednak w pułapce – to, co przyciąga do ich piosenek ostatecznie stanowi także nieprzekraczalny limit dla ich doznawalności. Czytaj: nawet w najmocniejszych momentach debiut Londyńczyków przypomina o kawałkach, które kochamy, zamiast dostarczać nowych, które moglibyśmy z czasem polubić. Choć dla cynika mogłoby to brzmieć niczym opis każdego zespołu "out there" w epoce współczesnej, od artystów oczekuję ignorancji w tej sprawie; następnym razem udajcie, że się staracie, albo chociaż odwrotnie.

Patryk Mrozek    
1 marca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy