RECENZJE

Yuck
Stranger Things

2016, Mamé 5.9

Londyn wydał na świat ogromną ilość zespołów, które dziś noszą miano "klasyków" i być może jednym z pretendentów do tytułu stara się być Yuck. Mimo swojego pochodzenia, grupa nigdy nie była typowo wyspiarska – raczej zaglądała za ocean i stamtąd czerpała swoje główne inspiracje. Na Stranger Things, podobnie jak na poprzednich wydawnictwach, doszukamy się naprawdę wielu nawiązań.

Wycieczkę po muzeum zespołów lat 90. zaczynamy od "Hold Me Closer". W niecałych czterech minutach składa się tu hołd dwóm pierwszym albumom Weezer. W następnych numerach daje z kolei znać o sobie Pavement, musimy też sięgnąć po książeczkę płyty, żeby przekonać się, że Doug Martsch nie maczał jednak palców przy tworzeniu tych piosenek. Nie oznacza to jednak, że Yuck zamknęło się wyłącznie w amerykańskim rezerwacie gitarowego niezalu. Na piątej pozycji znajdziemy na przykład utwór tytułowy i po jego przesłuchaniu odnoszę wrażenie, że może być on zapomnianym kawałkiem The La’s lub odrzutem z Grand Prix Teeanage Fanclub. Mamy też akcenty pozaninetisowe. "As I Walk Away" to jeden z ładniejszych utworów na płycie. Stawiam na to, że jest wynikiem zasłuchania w Tango In The Night. Zanim jednak na dobre przed oczami pojawi się nam Mick Fleetwood z kciukiem w górze, wjeżdża mostek i wracamy z powrotem do lat 90. Całość zamyka "Yr Face", które w założeniu pewnie miało stanowić wielkie zwieńczenie dzieła, a jest tylko nudnym, zdecydowanie za długim kolosem. Widać, że Ed Hayes z finałową solówką chciał wcielić się w J Mascisa, ale niestety rezultat nie powala.

Problem polega również na tym, że pod warstwą świetnych nawiązań w Yuck trudno niekiedy dostrzec własną tożsamość. Ale czy ma to aż takie znaczenie? Niekoniecznie, bo kiedy przestaniemy się czepiać o zbyt nachalne kalkowanie, Stranger Things okazuje się zbiorem naprawdę dobrych utworów. Szkoda, że mało kto będzie o tym pamiętał za 10 lat.

Artur Kasprzycki    
10 marca 2016
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie