RECENZJE

Young Thug
Jeffery

2016, Atlantic / 300 7.6

Co robił Thugger przez ostatnie dwanaście miesięcy? Promował trasę koncertową śmigając po Atlancie na koniu. Pompował swoją pozycję w świecie mody, zaskakując kolejnymi osobliwymi kreacjami czy poprawiając marynarkę prezentującego się na wybiegu modela. Słowem i czynem naciągał genderowe normy hip-hopu do granic wytrzymałości. Jarał tony zielska, wchłaniał hektolitry syropu na kaszel. I wreszcie: liczonymi w setkach linijkami w obrębie własnych i cudzych numerów wzbogacał dorobek – zarówno muzyczny, jak i internetowy. W tym roku Bae może nie zjednał sobie, ale na pewno zwrócił uwagę wszystkich, od popapranych miłośników lifestyle’u wrzucających na swój kanał sprawozdania z jedzenia frytek (takie spoko) po najbielszych na świecie, inteligenckich gamoni, modlących się co rano do powieszonego na drzwiach plakatu 2Paca.

Dokąd zmierza, kim jest Jeffery Lamar Williams? Niezłomnym innowatorem podnoszącym clickbait do rangi sztuki? Androgyniczną rusałką o bezceremonialnym wyczuciu melodii, wysłaną z kosmosu celem ratowania naszej planety? Finalną, przefiltrowaną przez prawidła dobrego gustu formą od lat dobijającego do bram mainstreamu przerysowania i cudactwa? Na dziś Young Thug wydaje się postacią kompletnie niemierzalną, nieprzewidywalną, niejako oderwaną od estetycznego klucza, w obrębie którego zwykliśmy się obracać komentując popkulturę, a może nawet ludzkość. Jak sam twierdzi, nie posiada żadnych emocji; być może zobaczymy go kiedyś nawróconego u stóp Kaukazu, śpiewającego FLAMENCO w posrebrzanych blond dredach, nie wiem, podobno światowe ceny mięsa od stycznia wzrosły o kilkanaście procent, czy też uważacie, że słowo "wyjustować" brzmi dziwnie?

A jednak przy całej skądinąd fascynującej złożoności Zbója, prawdziwego źródła fenomenu powinniśmy szukać stricte w jego zdziczałej działalności muzycznej. Thugger poszerza spektrum zagrywek akceptowalnych w obrębie rapowano-śpiewanej nawijki, do arsenału jego standardowych trików na majku należą: rżenie przypalanej palnikiem acetylenowym kobyły, interpolacja potencjalnego głosu muppeta Gonzo w schyłkowej fazie bolesnych tortur, skowyt zamkniętego w piwnicy golden retrievera. Nadzwyczajna muzykalność ujawnia się z kolei w bukiecie uzależniających melodii i często ośmieszającym true-schoolowych hejterów, z każdym mixtapem coraz mocniej unikającym szablonów songwritingu.

Czym więc na fonograficznej mapie Young Thuga wyróżnia się Jeffery? Z perspektywy kogoś zainteresowanego raczej kulturowym oddziaływaniem albumu oczywiście nietypowym artworkiem i namecheckującą thuggerowskie inspiracje (w tym goryla Harambe) tracklistą; dla fanatyków Bae jest to z kolei pierwszy tak dopracowany, pozbawiony skaz zbiór jego utworów: zdecydowanie przewyższający artystycznie wszystkie części 1017 Thug, spójniejszy od trylogii Slime Season, przystępniejszy w stosunku do Barter 6 i całościowo bardziej wciągający niż I’m Up. Chimeryczny prawie-rap przeplatany ze żrącą wokalizą, przeszywające ad-liby i najlepsze wątki 808s’owego soundu Atlanty – w skrajnie surrealnej wizji Jeffery’ego kotłuje się wszystko, co może ekscytować w "nowym", mainstreamowym hip-hopie. To nokturnalna, nastawiona na bycie instant-klasykiem, trapowo-bluesowa dub-symfonia wykoncypowana przez raczkującą mega-gwiazdę, gdzie obok narkotycznych halucynacji znajdziecie jakiś chory, pościelowy odlot z genialnym refren ("RiRi"), reggae’ującą widokówkę z fabryki samochodów ("Wycleaf Jean") czy pogodną, absurdalnie rozbujaną pop-impresję ("Kanye West" aka "Elton John").

Przez lodowaty przelot "Floyd Mayweather", oceaniczno-otępiały beatslap "Swizz Beats" i komiksowo-gangsterski post-trap "Future Swag", obok gospodarza wzloty osiąga tu też porozrzucana po całej Atlancie brać producencka. Jest dobrze znany wszystkim die-hardom Barter 6 Wheezy, są nieocenieni weterani (TM88) i obiecujący newcomerzy (Cassius Jay), swoje trzy gorsze dokłada wschodzący na scenie team Billboard Hitmakers. Od ogółu (spójność materiału) do szczegółu (pyrkający akustyk w "Webbie", pulsujący wątek przewodni "Pick Up The Phone"), paczka podkładów na Jefferym utrzymuje bardzo wysoki poziom, opowiada pewną historię, jak powiedziałby jakiś stary, zbutwiały dziad, stanowi doskonałe dopełnienie kosmicznego, melodycznego flow Thuggera, które jeszcze nie raz nas zachwyci, a które nigdy nie było w tak oczywisty sposób bliskie, jak teraz. Jeżeli na poziomie tego mixtape’u nadal nie dotarła do Was rozległa wyobraźnia wizjonera, to pewnie już nie dotrze, w przeciwnym wypadku już możecie zacierać ręce, bo jestem pewien, że nadproduktywność tego gamonia wydoi z was jeszcze niejedną dawkę syntetycznych wzruszeń. Chapeau bas, panie Jeffery, good job!

Wojciech Chełmecki    
29 grudnia 2016
BIEŻĄCE
Gang Śródmieście"Discopolka"
KortezMój Dom