RECENZJE

YOB
Atma

2011, Profound Lore 6.0

"Oto wyspa grobów mej młodości" – pomyślał Zaratustra, przysłuchując się dudniącym bębnom i dzikim wysokim pieniom. To lud skazany na zatracenie. W nieumiarkowaniu niepomiarkowany. Przez godzinę powtórzone zaledwie cztery takty, hipnotycznie i miarowo. O byciu ciemnym i nocnym to pieśń, ssąca sutki światła.

To pomyślawszy, zadumał na chwilę, by przypomnieć sobie widziany w przeszłości obłędny taniec świętego Wita. Saint Vitus! "Hear his distant scream, died for his belief", wszystko to za jego sprawą, choć pochowany w morzu, krwawy sabat czarną magią, białą magią odprawił. Na pożyczonych od Iommiego riffach – barbarzyńskie tchnienie heroicznych czasów, brudne i zezwierzęcone, stało się podkładem pod bagnisty rytuał. Zaratustra ruszył w dół ze swej eremii, by lud przestrzec, napomnieć. I gdy tak szedł ścieżką poprzez kolczaste zarośla, sen go zmorzył. A we śnie ukazał człowiek. Gdy mu się przyjrzał, ujrzał długie włosy związane w warkocz, okulary i wielki tatuaż na przedramieniu głoszący imię: "Sleep". "Chyba śnię", zreflektował się Zaratustra, starając uszczypnąć i ocknąć, tymczasem włochaty człowieczek przemówił: "Nieprzypadkowo spotykamy się właśnie tutaj. Nowe dzieło podąża szlakiem starych, próbując uchwycić ich surową moc. Wąż zjada własny ogon, wszystko płynie." Pokazał mędrcowi swoje drugie przedramię, widniał na nim tajemniczy znak: ɜ ̴. "Czym jest Atma? Oznacza jaźń w subiektywnym odczuciu, siebie jako wyższe ja, a także osobowość jako uchwytne w mgnieniu każde jednostkowe życie; oddech, wibracja, wzrost i stagnacja. Capisci?" Zaratustra we śnie złapał się za głowę. "Cóż to za bzdury?!" – pomyślał, a po przebudzenie zauważył, że spadając, czołem uderzył w kamień. W myślach mu huczało, przelewały się dźwięki "Prepare The Ground". Widać jeszcze nie był na nią gotowy. Na zjednoczenie z ziemią dość będzie czasu po śmierci.

Podejmując trudy zejścia Zaratustra rozmyślał o własnościach metalu. O czterech wiekach ludzkości: złotym, srebrnym, brązowym i żelaznym. Droga wiła się niemiłosiernie, słońce przypiekało stoki, które drżały przeczuwając gniew wulkanu. Gdzieś na wysokości "Before We Dreamed Of Two" jakiś nowy dźwięk przedarł się przez łoskot. Pospadały skały. Nie był to "Wino" Weinrich (Zaratustra poznał już ludzi o podobnym przydomku. Żaden nie był z Ameryki, kilku z Arizony), lecz inny brodacz także noszący imię Scott. Fatamorgana zbliżała się niebezpiecznie, a kiedy stanęli twarzą w twarz, rzekła w te słowy: "I run with the starlight to the end/ The tail of echo subsides/ I crawl through the hailstones/ to the eye of every storm" – deklamował przybysz – "Wiesz, do tego chciałem nawiązać. Liznąć lód górskich szczytów, leżeć w rzece lawy. Dlatego chętnie wziąłem udział w tej ogranej medytacji. Gdyż nic nowego się nie zdarzy…Aż do Powrotu." I rozwiał się w powietrzu, a wiatr wył, wciskając prorokowi w oczy pył i popiół.

I pogrążył się Zaratustra we własnych myślach. Nie zwracając uwagi na akt trzeci, nic właściwie nie wnoszący. A gdy stanął u stóp góry, na brzegu spokojnego morza, bezkresu niezmiennej fali, przy dźwiękach "Adrift In The Ocean", zrozumiał: "Wszystko musi wrócić tam skąd przyszło. Wiek żelaza jest wiekiem złotym! Tylko takiemu ostrzu możesz zaufać, co przekuwane jest wciąż, i wciąż na nowo!" I głośno zakrzyknął. I nie miał już nic do powiedzenia ni ludziom, ni bestiom. I wrócił do siebie ścieżką pośród cierni. I szeptali ludzie: "Zaratustra złapał diabła za rogi". A on dziko zaskowytał.

Tako rzecze Zaratustra.

Wawrzyn Kowalski    
1 września 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie