RECENZJE

Yo La Tengo
Popular Songs

2009, Matador 5.8

JM: Yo La Tengo skazani są na los Sonic Youth – nie stworzą już chyba zestawu numerów, do którego chciałoby się po roku wrócić, ale jednocześnie nie dane im będzie skrewić. Popular Songs jest w kontekście ostatnich trzech albumów grupy chyba właśnie najdalej od blamażu. Droga do pełnego osłuchania się z krążkiem prowadzi co prawda także i tym razem do wniosku, że nie ma to jak I Can Hear albo And Then (obie ósemkowe!), ale po drodze mijamy każdą ze swoich ulubionych odmian Yo La Tengo. Porzężą zatem ciekawej niż młodziaki z Pains Of Being Pure At Heart, przysłodzą autentyczniej niż cipole z Girls, by w końcu stanąć po środku, gdzie im najwygodniej, i gdzie nie ma ich za bardzo do kogo porównywać. A koncerty...

PG: Odgrzałem sobie niedawno klasyk I Can Hear The Heart Beating As One, co niestety przyczyniło się do ponownego zwątpienia w stan współczesnej muzyki. Co prawda parę siódemkowych płyt w tym roku już mamy, ale dziewiątkowe nadal pozostają w sferze niespełnionych marzeń. Zasłużeni Yo La Tengo z kolei zadomowili się na poziomie, jak to ujął niegdyś Patryś "wymiatania o dwie klasy niżej od I Can Hear..." i trzeba im oddać, że są w tym prawdziwymi mocarzami. Tegoroczne Popular Songs to generalnie: "stare dobre Yo La Tengo" ("Here to Fall", "Avalon or Someone Very Similar", "By Two's", "I'm On My Way"), ale także: "stare Yo La Tengo, któremu przydarzają się drobne wpadki" (rozlazłe "More Stars Than There Are in Heaven", powielające wcześniejsze melodie "When It's Dark", oraz drażniące mnie osobiście "Periodically Double or Triple"). A zresztą, niepotrzebnie się tyle czepiam. Dziś, wracając od Anisi, słuchałem ich z prawdziwą satysfakcją, przy okazji odnotowując, że album trwa godzinę i dwanaście minut, czyli tyle co najkrótsza możliwa (z idealnymi podejściami autobusów) droga z Nadarzyna na warszawską Sadybę.

RG: Spośród trzech wersji brzmień produkowanych przez Yo La Tengo, dla mnie w tym roku wygrywa ta żwawa. "Nothing To Hide" czy "Avalon Or Someone Very Similar" jakoś bardziej trafiają niż powolne rozmarzenia czy niekończące się harce na gitarce. Ogólnie jest tak jak poprzednio i bardziej poprzednio. Zróbmy sobie jakiś symbol, znaczek, grafikę symbolizującą stałość w poziomie kompozycyjnym, bo kurde, ile można pisać o tym, że Sonic Youth i Yo La Tengo nie nagrywają i słabych i listowych płyt. Jeżeli chcecie przeżyć ciekawe doświadczenie, to zapuście sobie I Can Hear The Heart Beating As One od razu po Popular Songs. Połączenie piosenek z tegorocznej płyty, dwadzieścia sześć minut jakiegoś przedłużanego męczenia odbiorcy, a potem szybkie wejście w "Return To Hot Chicken" daje taki efekt, jakby się wjechało samochodem w miarę pogodny dzień do tunelu, jechało w nim, a na drugim końcu znalazło się w jakimś słonecznym kraju-raju. Polecam eksperyment!

MZ: Przynieście zestaw reanimacyjny, pacjent schodzi. Większość kawałków to banalny slo-core albo indie-popik z folkowymi naleciałościami, Belle And Sebastian z zaawansowaną anemią. Nawet oldskulowy psych openera jest o kant dupy potłuc przez nieadekwatne smyki.

Paweł Greczyn     Jędrzej Michalak     Michał Zagroba     Ryszard Gawroński    
15 grudnia 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie