RECENZJE

Yellow Swans
Going Places

2010, Type 6.6

Tytuł tego albumu podszyty jest ironią. Oto bowiem zespół, który nie istnieje już od dwóch lat, wreszcie zaczyna odnosić sukcesy. W recenzjach padają porównania do mistrzów laptopowego hałasu: Tima Heckera, Christiana Fennesza, Wolfganga Voigta, Belong. Nikt nie przejmuje się przy tym, że duet z Portland nigdy nie używał laptopów. Ironia nabiera gorzkiego posmaku.

Trudno jednak znaleźć odniesienie dla Going Places. Niemalże brak tu dźwiękowej agresji, lokującej zespół w ich naturalnym otoczeniu, na scenie noise'owej. To muzyka zdecydowanie bardziej dostojna, pieczołowita, operująca fakturą, podszyta pejzażową melodią, o którą rozbijają się o gitarowe szumy, trzaski, krzyki. Czasami przytłaczająca, a czasami wciągająca analogową chropowatością. Zaskakująco narracyjna.

Opowieść sugerują nawet tytuły poszczególnych utworów, ale one tylko wyprowadzają na manowce. Jakiekolwiek próby odkodowania konkretnej fabuły są skazane na niepowodzenie. Zawodzą wszystkie recenzenckie klisze. Afekty są nieczytelne. Schyłkowość? Nostalgia? Gorycz? Nadzieja? Optymizm? Wszystko rozpływa się w meandrach gęstej abstrakcji. Album Yellow Swans to soundtrack dla samego siebie.

Można by ewentualnie szukać paraleli malarskich. Ekspresyjne inscape'y Jane Frank czy Jamesa Brooksa. Dbałość o kompozycję przy jednoczesnej śmiałości gestu Franza Kline'a. Piaszczyste tekstury André Massona. Późny Giacometti. Rozmyte pejzaże i kłęby, zza których ledwo wyłaniają się znane wizerunki, wstrząsające nieodgadnioną emocjonalnością. Rozpad i dematerializacja przy jednoczesnym zagęszczeniu. Takie porównania niczego jednak nie przybliżają, bo odsyłają z powrotem w kierunku enigmy.

Pozostaje jedynie stwierdzić, że Going Places to album, który łatwo polecić, ale ciężko coś o nim powiedzieć. O czym nie można nic powiedzieć, o tym trzeba milczeć, zatem polecam i oddaję Yellow Swans należną im ciszę.

Krzysztof Michalak    
26 lipca 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Indie
Car Seat HeadrestTwin Fantasy