RECENZJE

Yeasayer
Odd Blood

2010, Secretly Canadian 5.9

JM: Przez moment sam się sobie dziwiłem – dlaczego nowy Hot Chip jest koszmarnie nudny, a nowy Yeasayer nie? Teoretycznie obie płyty zarządzają podobnym majątkiem, zlepkiem z wszystkiego, co się rusza żywym bitem i było popularne w ciągu ostatniej dekady. Tak jak Hot Chip po przemieleniu na wióry setist indie-dyskotek otrzymał mielonkę z mielonką, tak Yeahsayerowi udało się z tego jakoś wyłowić coś ponad kalosze i puszkę po coli. Może dlatego, że jednak da się tu dostrzec ich własne interpretacje – czy to Basement Jaxx czy nawet Animal Collective. To niewystarczające, by mówić o posiadaniu stylu, ten krążek raczej nim nie dysponuje – ale jednocześnie zbyt dużo się tu dzieje by być na nie.

PM: W 2k10 Yeasayer grają tak, jak wyglądają – brzmieć mogłaby najkrótsza rekomendacja lub jej ostrzegawcze przeciwieństwo, zależy dla kogo. Z niegroźnych epigonów Animal Collective stali się oni kwintesencją amerykańskiego hipsterstwa w swojej obecnej i najprawdopodobniej schyłkowej fazie, tego spod znaku Pitchfork festiwalu, Last Night's Party i kawalerek za dwadzieścia setek zielonych na Greenpoincie. Stąd też kogel-mogel revivali third wave'ów, post-kulturalne odnośniki i modne manieryzmy zmiksowane pod banderą "indie = przyswajalność". Plus choroba XXI wieku, czyli wyrównany średnio-wysoki poziom przeciętności materiału, uniemożliwiający tak zjebkę jak i zachwyty. Irytujące, gdyby nie kompletnie bez znaczenia.

KFB: Chłopakom udało się rozbudzić apetyty świetnym singlem, ale niestety na Odd Blood mało co broni się w stopniu podobnym do "Ambling Alp". Inspiracje Animalami ("Strange Reunions" vs "I Think I Can"?) czy tam Gang Gang Dance są całkiem czytelne, ale miło że chłopaki próbują robić taneczny psych-pop, chociaż miejscami wydaje mi się, że trochę się w tych próbach gubią. Ciekawe motywy trafiają się często, ale spora część kawałków zdaje się niestety zmierzać w stronę bezcelowego chaosu. Te pozornie najprostsze utwory są chyba najfajniejsze: zamykająca całość "Grizelda" jest uroczo ckliwa, a "I Remember" imponuje przestrzennym brzmieniem. Takie "O.N.E" też rozwija się dosyć niebanalnie, a taneczny finał piosenki to kierunek, który powinni obierać częściej. Niemniej w ogólnym rozrachunku skłaniałbym się do preferowania debiutu ponad ten najnowszy album, chociaż jak mówię – "dobrze jest".

FK: Pogubiłem się. Na zupełnie moim zdaniem fantastycznym debiucie, Yeasayer jechali w pełni zrozumiałym psych-pop-folkiem wykonanym w sposób dopracowany i lekko natchniony. Całość była zarówno wyważona, jak i nie nazbyt jednowymiarowa. Tutaj natomiast nastąpiła stylowa rozpierducha – utwory odsyłają nas na zmianę do Animal Collective, Dodos, Air, Duran Duran (choć nie ja to wymyśliłem), czy innych synth-popów. Pokazali więc, że mają na półce więcej niż dziesięć albumów i że umieją robić użytek z jeszcze większej ilości instrumentów, ale co z tego, jak ja nie nadążam i się muszę cały czas zastanawiać?

Jędrzej Michalak     Kacper Bartosiak     Patryk Mrozek     Filip Kekusz    
17 lutego 2010
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie