RECENZJE

Yeah Yeah Yeahs
Show Your Bones

2006, Interscope 3.9

Pisanie dla Porcys to wcale nie jest taka zajebiście łatwa i przyjemna sprawa, jak się wszystkim wydaje. Że niby sława, tysiące promówek, dziewczyny mrugające zalotnie na samą nazwę portalu. Muszę Was trochę rozczarować: jest zupełnie inaczej. Doskonałym tego przykładem jest sytuacja, w której się obecnie znajduję: obok mnie leży świeżutki album Lupe Fiasco, z braku czasu przesłuchany dotąd może dwa razy, a ja mimo najszczerszych chęci, żeby włożyć Food And Liquor do odtwarzacza muszę z bólem serca powrócić do płyty, której przestałem słuchać parę miesięcy temu z przekonaniem, że nikt ani nic mnie nie zmusi do ponownego jej odtworzenia.

A przecież miało być inaczej: Show Your Bones kupiłem w dniu polskiej premiery – rzadko zdarzają mi się obecnie takie akcje, ale jakoś irracjonalnie liczyłem na to, że to będzie dobra płyta. Fever To Tell to prawdopodobnie jeden z częściej słuchanych przeze mnie krążków spośród wszystkich wydanych w 2003 roku. O EP-kach poprzedzających wspomnianą płytę nawet nie wspominam, bo chyba zgadzamy się wszyscy, że to najlepsze osiągnięcie Yeah Yeah Yeahs w karierze, prawda? Znam zresztą i takich, którzy uważają, że Karen O i reszta załogi skończyli się zanim jeszcze nagrali długogrający debiut, że na nim to w ogóle style over substance, że gdzieś po drodze zniknęła pasja znana z Yeah Yeah Yeahs czy Machine. Spoko. Znam i takich, którzy krytykują za to samo "Maps" – ludzie, jak można nie lubić tej piosenki? Nie pojmuję, naprawdę. Przecież każdy kto ma za sobą nie do końca przemyślane zerwanie z dziewczyną/chłopakiem (a jest ktoś kto nie ma?) nie może nie przyznać, że to piosenka napisana jakby specjalnie dla niego.

Kumpel mi kiedyś tłumaczył, że Show Your Bones jest jakby twórczym rozwinięciem tego kawałka i że skoro go uwielbiam, to nie mogę krytykować nowej płyty Yeah Yeah Yeahs, bo to właśnie taka łagodniejsza, bardziej radio-friendly wersja zespołu, której najlepszym przykładem jest rzeczone "Maps". Problem tkwi w tym, że na debiucie ten song funkcjonował na zasadzie jednego z nielicznych wyjątków od surowej produkcji i punkowej wręcz energii przeważającej części krążka, a na Show Your Bones piosenki utrzymane w podobnym tempie stały się nudną regułą.

Tym samym więc dołączam do grona krytyków ganiących Yeah Yeah Yeahs za to, że złagodnieli i że nagrali płytę, na której nieokiełznanej, dzikiej laski Karen jaką najbardziej lubię jest jak na lekarstwo. Wiecie, ja rozumiem, że lata lecą i że na starość odechciewa się hałasować, a Orzolek to w ogóle wolałaby pewnie, żeby pisał o niej jakiś indiepudelek (zeszła się z Angusem, zerwała z Angusem, wróciła do Spike'a, zdradza Spike'a z Angusem, spędziła noc w barze z męskim striptizem po wygraniu programu "Dancing With The Stars", te klimaty), a nie serwisy muzyczne, ale bez przesady. Trochę, jak to mawia mój stary kolega punkowiec, mięcha by się przydało.

A tymczasem zaczyna się od nieudolnej próby podrobienia niepowtarzalnego przecież stylu PJ Harvey w "Gold Lion", piosence skrojonej jakby na potrzeby harcerskich singalongów przy ognisku i, o zgrozo, nie jest to wypadek przy pracy, bo w zasadzie cały album oscyluje w podobnych rejonach osiągając kulminacyjny moment nijakości przy piosence "The Warrior". Nieco lepiej wypada kolejny singlowy numer "Cheated Hearts" oraz poprzedzająca go piosenka "Honeybear", chyba jedyne momenty nowej płyty, które sprawdzają się na żywo i na pewno jedyne, który pozostają w głowie na nieco dłużej. W pierwszym ze wspomnianych numerów Karen przypomina sobie, iż jej śpiewanie powinno być sexy. Niestety na zbyt krótko, w pozostałych piosenkach tych seksownych krzyków czy westchnień jest jak na lekarstwo, a przecież nie tak miało być, no na pewno nie tak.

Miałem kiedyś krótkotrwałą jazdę na programowo złe kino grozy/sci-fi z połowy XX wieku: gdyby zespół z NYC uczynić bohaterami któregoś z filmów z tamtych czasów w scenariuszu znalazłoby się porwanie Karen, Nicka i Briana przez kosmitów, którzy następnie na Ziemię przysłaliby klony naszych bohaterów. Możnaby wtedy uznać, że to one, a nie ludzie, którzy dali światu "Bang", są odpowiedzialne za fatalna wersję "Maps" z ostatniej trasy oraz totalne fiasko Show Your Bones. Właśnie, Fiasco, recezja popełniona, mogę spadać do płyty zioma. Nara wiara.

Tomasz Waśko    
22 września 2006
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie