RECENZJE

Yeah Yeah Yeahs
Machine (EP)

2002, Touch & Go 6.8

I oto jestem ponownie. Od tamtej recki minęło więcej niż pół roku. Co to był za czas. Wtedy, niech sięgnę pamięcią: radosne, wyzwolone, upalne lato 2002. Koszula lepiąca się od potu. Codzienne ranne podróże metrem na Imielin. Tak, to liceum, z tych liceów. Car Is On Fire, pełna koncentracja, kłótnie, podrywanie panienek na "Oh! Darling" i naprawdę, naprawdę wielkie postępy. Jakaś taka świeżość w powietrzu, wieczorny chłód, marzenia. Wkuwanie antycznej, życie nadziejami. A teraz? Leniwa, niepewna plama słońca usilnie stara się roztopić resztki skrzypiących pod nogami, rozpaćkanych płatów śniegu. Jeszcze przedwczoraj mróz ciął po twarzy. Między sesją a sesją, między młodością a długą resztą, między poniżej a powyżej zera. I Warszawa wciąż jest zajebiście małym miastem, zapewniam was. "Karolciu, jak się nazywał ten zespół, co mi polecałaś? Zero 7?". Czy Nowy Jork nadal jest mały? Nie wiem, zapytajcie Zagrobę.

Co wiem na stówę, to to, że już mam nową EP-kę Yeah Yeah Yeahs i nastawiłem ją sobie na "repeat". Bo jest tak krótka, trwa niecałe siedem minut i pod tym względem ma jeszcze mniej z normalnej płyty, niż wymiatające self-titled. W ogóle dziwne, że o Yeah Yeah Yeahs tak mało osób słyszało. Niby moda na gitary, ale ci się jakoś nie załapali. Może i z własnej winy, bo do tej pory nie wydali pełnowymiarowego krążka. Nick Zinner osobiście mailował do mnie w tej sprawie wiele miesięcy temu i zapewniał, że full-length będzie gotów na styczeń. Powaga. Lecz na dysk musimy poczekać jeszcze parę tygodni i wtedy, mam nadzieję, Yeah Yeah Yeahs w wielkiej formie zdystansują swą garażową konkurencję, która notabene czai się prawdopodobnie za każdą bramą w małych uliczkach z koperty Paul's Boutique.

No i ta nowa EP-ka również zapieprza. Karen O jak zwykle zgrywa nienasyconą maniaczkę. Zinner i Chase pomagają jej odnaleźć fizyczne oczyszczenie organizmu poprzez katar, haha. Olewam snobistycznych malkontentów, dla których Machine to popłuczyny po debiucie. Uważam zgoła odmiennie. Wszystkie trzy zawarte tu numery są godne uwagi. Tytułowy zaczepia słuchającego prostolinijnym chorusem. Rozmyty, bluesujący jam rodem wprost z zatęchłej kanciapy stanowi o sile "Graveyard". Wreszcie "Pin (Remix)" (poprzedzony lakoniczną zapowiedzią Karen: "That was 'Rich' and, er, coming up is 'Pin'"), o cwanym hooku wiosła. Ten materiał jest bardziej zwarty treściowo, ale wykonany jak improwizacja, z luzem jak stąd do Irkucka. Jeśli ktoś ma uratować cały ten revival od tandetnej komerchy spod znaku kolejnych "The ...s", to właśnie pojękująca Karen O ze swoją seksualną frustracją. Trochę cierpliwości i zaraz cały album będzie. Widzimy się.

Borys Dejnarowicz    
10 marca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie