RECENZJE

Yeah Yeah Yeahs
Fever To Tell

2003, Interscope 6.1

Taraaa. I proszę: przecież obiecywałem trzecią odsłonę serialu, więc jestem. Gdzie mi tam wprawdzie do regularności cechującej cudeńka w rodzaju Na Wspólnej albo M Jak Miłość. Ale pewna regularność daje się zaobserwować: mniej więcej co pół roku spotykamy się pod tym samym adresem, by pogadać o nowej muzyce Yeah Yeah Yeahs. Cykl, w jakim trio z Brooklynu wydaje swoje płytki przypomina odwieczne prawo natury: kiedy student wreszcie upora się ze zmorą egzaminów, może w spokoju rozprostować kości, odsypiając kilka ostatnich zakuwanych nocy lub też je poważnie skrzywić przy dźwiękach spazmów kobiecej rozkoszy wspieranej szorstkim dialogiem gitarowo-perkusyjnym. Karen O i spółka wpisali się już w mój roczny grafik akademicko-muzyczny i całkiem mi z tym sympatycznie.

Na przykład wakacje 2002 zeszły mi między innymi pod znakiem katowania do upadłego ich debiutanckiej EP, wybornych pięciu nowofalowych piosenek, które zatrzęsły posadami rockowego światka i obiecywały złote góry na przyszłość. Spytajcie mnie kiedyś o "They found her under the sea", a ręczę, że odeprę "She said she came from cell block three!". Pomysł na Karen, z jej dziwaczną manierą "udawanego orgazmu", tudzież "orgazmu na zawołanie", był świetnym posunięciem marketingowym w czasach, gdy broń biologiczna czyha w każdej umywalce. Łatwo też stąd wydedukować, dlaczego Yeah Yeah Yeahs zaciekle krytykują dziewczęta. Ale zostawmy na boku tę jakże kontrowersyjną spiskową teorię dziejów, bo przecież wszyscy wychowani chłopcy dobrze wiedzą, że najważniejsze zawsze są piosenki.

Tak też postrzegali kwestię sami członkowie grupy i w grudniu poparli całkiem pokaźny już wtedy hype drugim małym krążkiem Machine. Styczniowo-lutowe dni upłynęły mi na rozwikłaniu tej zagadki, a było co wikłać. Oto zespół będący u progu uniwersalnej sławy celowo przeciąga oczekiwanie na full-length, wydając rzecz śmiesznie krótką, bo zaledwie siedmiominutową. Tyle co kot napłakał. Ale w tym szaleństwie była metoda, jak to zwykli mówić beje: Machine konsekwentnie realizowała program poprzedniczki, nieznacznie nawet modyfikując pierwotny obraz. Jeden skrawek, wiórek dosłownie, zarejestrowany live, wskazywał, jak wielki potencjał drzemie w tej wiecznie spastykującej pannie i jej kompanach. W moich marzeniach widziałem duży album Yeah Yeah Yeahs jako perfekcyjny zbiór takich właśnie miniatur, który miotnie mną do tyłu, bym wywiercił z wrażenia wyrwę w fotelu, błagając o jeszcze.

Widzicie, jestem już świetnie zaznajomiony z Fever To Tell, bo od pierwszego przesłuchania upłynęły trzy tygodnie, i mówię wam, to nie jest to. To kurwa nie jest to. Żebyśmy się zrozumieli: to żarząca, soczysta garażowa rypanka, z przebłyskami wielkości. Solidna, profeska, git, spoko, luz, crazy, sexy, cool, pomaksie, człowieniu, zczekautuj, aha, aha, i krew, i pot, i łzy. Ale to nie jest to, o czym śniłem. Nie wiem, być może piszę to wszystko nieobiektywnie, bo z pozycji zdeklarowanego fana, który okrągły rok czekał na długogrającą. Wolałbym, żeby tak było i żeby wam się podobało, że takie piękne i śliczne i cztery gwiazdki... Po głębszym zastanowieniu dochodzę jednak do wniosku, że przemawia przeze mnie raczej krytyk. Niestety, Fever To Tell jest tylko próbką tego, co mogłoby być, odległym echem nieodgadnionych sił tercetu. Mówiąc inaczej: nagrali płytę, całkiem mocną, i nic z tego dalej nie wynika.

Problem Yeah Yeah Yeahs polega na tym, że chcą dojrzeć, stać się okrzepłą formacją, pewną każdego ruchu i rozwiązania. Tylko po co? Na tyle, na ile się orientuję, czar ich małych krążków polegał na czymś zupełnie przeciwnym: spontaniczności i nieprzewidywalności. Odszczekać wszystko i zaprzeczyć? Ale przecież to nieprawda. Bo zaczyna się wybornie. Stawiam wyrafinowany new wave "Rich" przeciwko wielu twardym openerom tego roku. Nick Zinner wie, co to znaczy harmonia i synchronizuje dwa osobne krystaliczne, metaliczne riffy gitary, co owocuje całkiem nową jakością: melodia, choć płasko mechaniczna, kryje całe pokłady przestrzeni do wyładowań. Takich okazji Karen nie zwykła marnować i mamy jeden do zera dla YYYs.

"Men" zasuwa na inteligentnym cięciu rytmicznym, gitara robi squeeewk, Zinner wyczynia z nią różne rzeczy, a niby-purple'owe organy wzbogacają tło. Wspomniany wyżej "Pin", znany z Machine w wersji koncertowej, to absolutny szczyt albumu. Stary numer, który grali od pierwszych występów, w jakiś szczególny sposób potrafi skondensować zalety zespołu: wyrazisty temat przewodni, wokalne wybryki frontmanki, rozwiązły klimat. Z kolei "Tick" to znów popis jednej aktorki, i znów jej wierzę, bo nikt dziś nie kusi z taką bezczelną stylowością. Nikt nie potrafi tak skandować "You look like shit" prosto w twarz mężczyźnie. Ale odnoszę wrażenie, że gdyby nagrać ją samą piszczącą do mikrofonu, efekt byłby podobny. A przecież chodzi nam o muzykę, nieprawdaż?

Do kategorii nieporozumień należy więc zaliczyć "Black Tongue" i "Cold Light". Na dwóch akordach to mogą sobie Stonesi budować piosenki. Partia Briana Chase'a zamykająca "No No No" wydaje się nietrafiona, choć gdzie indziej spisuje się on bez zarzutu, dodając charakterystyczny koloryt kotłów. Wieje nudą tam, gdzie miała być psychodelia chyba. Nijako wypada kopia The Cure w "Y Control". Sporo materiału zaskakuje swoją jednostronnością i marazmem. Oczywiście, dla pierwszej lepszej kapelki chaotyczny garaż "Date With A Night" byłby punktem zwrotnym w karierze, ale oni nie są pierwsi lepsi i dlatego uznaję tę nieprzemyślaną wprawkę za pół-wypełniacz. Kontrowersje wywołują epickie wręcz "Maps" i "Modern Romance". Chcą tu być Interpolem, ale Interpol to jest kurwa inna bajka. Nie wychodzi im. Nie kupuję. Mimo ładnych mruczanek. Ale Karen nie jest od mruczenia pod reverbami. Karen jest od... wiecie czego.

I w tym tkwi klucz do zawodu, jaki przeżyłem. Przepoczwarzenie się ze szczeniackiego, amatorskiego w posmaku zespołu w twór dorosły, świadomy swoich poczynań, zwyczajnie naszej trójce nie wyszło. I wcale wyjść nie musiało. Pytanie tylko, skąd parcie do tak wczesnej i tak szybkiej ewolucji. Gdyby Yeah Yeah Yeahs istnieli w latach sześćdziesiątych, mogliby sobie do woli nagrywać swoje naiwne single, a potem miły pan w garniturze zebrałby je na jednym winylu i byłoby po bólu. Współczesne wymogi dyktują inaczej. Dziś trzeba być zespołem albumowym, żeby coś znaczyć. Yeah Yeah Yeahs są zespołem stricte singlowym. Nie potrafią utrzymać równego napięcia przez marne trzydzieści siedem minut. I może wydadzą jeszcze mnóstwo porządnych płytek jak ta. Bardzo proszę, darzę ich sentymentem. Ale z pewnością nie zbawią "garage rock revival". Bo "garage rock revival" się właśnie skończył.

Borys Dejnarowicz    
13 czerwca 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie