RECENZJE

xx
I See You

2017, Young Turks 3.9

Podszedłem do pisania tej recenzji z takim samym entuzjazmem jaki emanuje z najnowszego albumu xx, czyli właściwie żadnym. W takim razie, w ramach rozgrzewki, obowiązkowy tour de for.. eee, nie – raczej przejażdżka po równi pochyłej, streszczenie hajpu, wynikające po części z kronikarskiego obowiązku, ale tak naprawdę z szukania przeze mnie jakiegokolwiek punktu odbicia, zaczepienia, przyczynku do pisania o I See You. Klasyczny, czerstwy manewr znudzonego recenzenta.

Kariera xx jest niesłychanie konsekwentna, jeśli chodzi o stopniową obniżkę formy. O ile debiutancki self-titled (nawet on, w porównaniu z I See You jest przebojowym zestawem popowych piosenek) można było docenić jako całkiem sprawnie wykreowaną atmosferę i niekoniecznie zachwycać się samymi kompozycjami, które były nieznośnie kliszowe, to Coexist nie pozostawiało już większych złudzeń – mamy do czynienia z kolejnym zespołem-wydmuszką. Oczywiście dla stałych czytelników Porcys jest jasne, że nigdy nie darzyliśmy wielką estymą poczynań Anglików, choć oceny wahały się przecież od nie tak złych 5.7 po 6.1. I ja do pewnego momentu, patrząc łaskawym okiem, wszelkie niedostatki kompozycyjne mogłem asekuracyjnie zbywać określaniem twórczości xx mianem pop-ambientu, doceniać te ich skromne błyskotki, bronić je jako nie do końca udane, ale być może intrygujące próby doskonalenia oszczędnych gestów podobnych (przynajmniej na papierze) do tych, jakie fundują nam od czasu do czasu bracia Aged (profanacja to porównanie, wybaczcie). W 2017 resztki złudzeń ostatecznie zniknęły, dlatego nie mam już najmniejszej ochoty bronić tego zespołu, który swoją i tak już wątłą konwencję wyczerpał i zmielił stosunkowo szybko. Niestety rozmaici krytycy chcą widzieć I See You jako album, na którym xx "dojrzewa", znajduje nowe formy wyrazu i wmawiają nam, że w szczytowych momentach, to wszystko jest na poziomie list rocznych.

Utwory rzeczywiście nieco się różnią, są bardziej bitowe, teoretycznie znacznie mocniej naznaczone solowymi nagraniami Jamiego Smitha ("Dangerous", "On Hold") niż poprzednie. Niestety ta bitowość, podobnie jak wówczas kiedy xx większy nacisk kładło na gitary, jest szkieletowa, blada i pozbawiona charakteru. Pustka wyziewa z tych wszystkich pogłosów, żałośnie smutnawych wokali, którymi zalewają nas Anglicy. Największą wadą I See You jest brak jakichkolwiek wyrazistych melodii, a jeśli już pojawiają się jakieś zalążki, to wszystko jest wyśpiewywane na pół gwizdka ("Say Something Loving"), tandetnie imitując smutnawy klimat. Rozmaite mutacje Annie Lennox nigdy mnie nie fascynowały. SŁUCHACZE bardziej wrażliwi na zmiany wysokości dźwięków usłyszą tylko jednostajne smęcenie. Podkłady na których to wszystko się odbywa, bywają irytujące w swoich nieudolnych próbach wygrzebania się spod fali pogłosów i przedszkolnych ćwierć-motywów. Weźmy choćby takie "Lips" – modelowy przykład nudnego, elektronicznego indie 2.0, które próbuje ugrać coś za pomocą reverbu, plumkania gitary i kilku dziwnych dźwięków. "Performance" z kolei, to jakaś karykatura Portishead (to ma być ten trip-hop red. Chaciński?), ale jeszcze większą kpiną jest wejście wokalu w "Brave You" z tym westchnięciem na 8 sekundzie – to dopiero parodia Beth Gibbons – ja w tym momencie odczuwam lekkie zażenowanie. Już na wysokości debiutu, powoływanie się na różne wpływy (m.in. mainstreamowego popu) było śmieszne. "Replica" próbuje być przebojowa, ale przypomina taniec paralityka, a refren wyśpiewywany jest z męczącą apatią, zresztą można by go wyciąć i wkleić do dowolnej piosenki na tej płycie – ze swoją jednostajnością wpasowałby się świetnie.

W takich momentach dochodziło do mnie, że przedsięwzięcie pod nazwą I See You jest nie tylko nudne, usypiające ale i zwyczajnie wkurzające w swojej monotonii. "Zamułka w centrum i wkurwiał mnie mróz" – to właśnie ten rodzaj postępującego zniechęcenia towarzyszył mi podczas odsłuchu. Za każdym razem, w naiwnej nadziei, w dobrej wierze, wsłuchany w oczekiwaniu na cokolwiek chwytliwego i zapamiętywalnego, widziałem utwory rozpaczliwie szukające wyjścia, jak mucha, która, złapana w lep, próbuje znaleźć sposób żeby się wydostać, ale to było tylko przekładanie nieuniknionej agonii.

Jakieś pozytywy? Powiedzmy, że "dobre intencje", hehe. A więc: zalążki melodii, hooków, mostków, refrenów, zwrotek itp. itd. To wszystko przewija się przez I See You, ale nie znajduje pełnej, wyrazistej realizacji. Nierozwinięte, ledwo widoczne pomysły (patrzę zwłaszcza na "On Hold"), rozpaczliwie bronią tej płyty przed rejonami 2.0. Powyższą ocenę potraktujcie jako próbę zmiany perspektywy wobec stylistyki (stylistyki?), która recenzującemu zupełnie nie odpowiada – utopijny margines obiektywizmu w ocenie tej szarej masy bez charakteru.

Jakub Bugdol    
24 stycznia 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie