RECENZJE

xx
Coexist

2012, Young Turks 5.7

Pierwszy album xx słyszałem chyba raz, może dwa. Zachwyty wydawały mi się znacznie na wyrost, narzekania też sprawiały wrażenie przesadnych. Szybko można było załapać, co swoją muzyką xx chcą osiągnąć i choć na papierze wyglądało to interesująco, nie potrafiłem wykrzesać z siebie entuzjazmu dla ich twórczości. Nie słucham wszystkiego, co postuje codziennie blogosfera, więc z singlami promującymi nowy album zetknąłem się dopiero przy pierwszym przesłuchaniu całości. Dwa pierwsze indeksy i byłem kupiony, nie dosłuchując nawet albumu do końca wyrwałem się do recenzji. I tak mijały dni, pierwszy tydzień, drugi tydzień, a tekstu nie było widać. Musiałem zmuszać się do słuchania, Wojtek się denerwował, przypominał codziennie, a ja po prostu odpadałem w połowie płyty.

Nie jestem nawet pewien, czy to jest nudna muzyka, czy nie jest ona stworzona dla mnie. Już kiedyś doszedłem do wniosku, że potrzebuję w utworach feelgood vibe'u, bo dość łatwo wpadam w przygnębienie – wesoła muzyka pomaga mi zachować dobry humor. Po kilkunastu minutach słuchania Coexist albo robiło mi się zimno i smutno albo po prostu zasypiałem. Wiem tylko, że po jakimś czasie nie miało dla mnie znaczenia, jaki utwór obecnie leci, bo każdy wydawał mi się identyczny i na każdy reagowałem tak samo. Dla kogoś może to stan pożądany, dla mnie niekoniecznie.

Z drugiej strony nie chciałbym tej płycie czegoś odbierać. Niemal każdy z tych utworów ma jakiś ciekawy motyw i haczyk, który nie czyni go wyłącznie nudną muzyką, a ewentualnie nudziarstwem z aspiracjami. Gitarka we "Fiction" , wyjąca melodyjka w "Try", pulsacja "Reunion", patetyzm "Missing"… No powiedziałbym, że im bliżej końca, tym jest ich mniej. Mimo wszystko wierzę w to, że są ludzie, których ten minimalizm urzeka. Co więcej, pewnie jest ich bardzo wielu. Czepianie się jednego motywu, konsekwentne trzymanie się klimatu, smutne miejskie piosenki, przemycanie klubowości niczym bazy pokoleniowej tożsamości. Ale to znowu nie moja działka. Niby myślę sobie, że fajnie by było, jakby wzięli wszystkie te motywy, naładowali nim jeden utwór i może wystrzeliłyby jakieś fajerwerki, ale przecież nie chodzi mi o maksymalizm. Prędzej o te dwa podstawowe tajemnicze składniki muzyki: harmonie i ciekawe motywy. Junior Boys też operują klimatem, Jensen Sportag też operują klimatem, ale jeżeli wziąć sobie na warsztat remix "Trust Fall" tych drugich – niech mi ktoś powie, że nie klimatyczny numer – to co się okazuje? Ok, tam się trochę dzieje, ale przede wszystkim znaczenie ma pauza, zmiana tonacji, inna struktura harmoniczna refrenu – to robi ten utwór. Tak się kupuje fanów popu, a nie wyliczając w wywiadach swoje inspiracje.

Kamil Babacz    
26 września 2012
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja