RECENZJE

Xiu Xiu
Women As Lovers

2008, Kill Rock Stars 6.4

Jako że poznawałem płyty Xiu Xiu niedługo po wydaniu, a słuchanie ich przypadało na jakieś konkretne, nierzadko ważne (a co jest nieważne?) momenty w moim życiu, linia narracyjna dzieł układała mi się w logiczną całość. Bieżąca część tej całości jest trochę oszukana. Jamie Stewart na początku przedstawiał się jako rozrywany na strzępy mały człowieczek, który krzyczy tak jak krzyczałyby ludki z dzieł Basi Bańdy (viva Wrocław!). Teraz krzyczy jedynie bo wie, że dostanie kasę z ZAiKSu. Mimo iż warsztatowo ta płyta jest bardzo nieźle wykoncypowana, rozegrana w ten sposób, by nie nudzić słuchacza, zróżnicowana, nawiązująca do poprzednich, powiedzmy że dosyć spójna, to jednak da się poczuć chłód kalkulacji, pewną konwencjonalność. Jak byłem mały nie wierzyłem Peji, który nachapał się ogromnego hajsu a potem tłumaczył jaka bieda i zło. Nie wierzę Jamie'mu Stewartowi, że wciąż ma nieodwołalne autoproblemy. Pozer. Pozer co nazwał piosenkę "Guantanamo Canto".

W ostatecznym rozrachunku nie ma to najmniejszego znaczenia, bo większość z nas jest już w takim wieku, że najlepiej odłożyć na bok egzystencjalne rozkminki i stawić czoła kapitalizmowi. Nie czuję potrzeby utożsamiania się z gościem, więc słucham tej płyty dla samej przyjemności słuchania. A ta – nie powiem – jest, bo jak nadmieniłem poprzednio, Women As Lovers to miły album, do tego wciąż zaskakujący. Znam niby asortyment środków, jakimi Xiu Xiu raczyli nas do tej pory i wiem z której strony mogę się spodziewać ataku. Nie wiem natomiast kiedy. I wcale nie jest tak oczywiste, że po uzbrojonym w fałszujący saksofon melodyjnym otwieraczu rusza przesterowany, rozedrgany i zgiełkliwy "In Lust You Can Hear The Axe Fall". Nie jest też takie oczywiste, że w porównaniu do najlepszych czasów banda i Stewart odrobinę złagodnieli, nadając niektórym fragmentom sznyt niemal całkowicie popowy. "No Friend Oh!" moim faworytem w tym względzie, z uwagi na przebojowy refren i dwupłciowy dialog. I tak można jeszcze długo, bo większość fragmentów pozbawionych rozedrganych ryków rządzi na tej płycie.

To chyba młodszy Greenwood stwierdził kiedyś, że na wysokości czwartego albumu większość zespołów zaczyna z lekka przynudzać. Poniekąd racja, Stewart i spółka mają w dorobku wystarczająco dużo albumów, żeby zbliżać się do tej granicy. W szczęśliwej sytuacji są jednak, że skonkretyzowali na początku działalności na tyle unikatową ideę, że niesie ich ona wciąż jeszcze.

Filip Kekusz    
3 marca 2008
BIEŻĄCE
TuzzaMoon Mood (EP)
HelmChemical Flowers