RECENZJE

Xiu Xiu
Knife Play

2002, Kill Rock Stars 7.3

Nie uważam się za eksperta jeśli chodzi o chiński i wszystkie jego dialekty, ale słowo "xiu" kojarzy mi się właśnie z językiem Mao Tse Tunga. Gdyby jeszcze okazało się, że oznacza ono to samo co angielskie "talk", naprawdę miałoby to ręce i nogi. A to dlatego, że Xiu Xiu brzmi do pewnego stopnia jak współczesne Talk Talk, nie kłóci się to jednak z faktem, że w tej właśnie chwili moich uszu dochodzi muzyka bardzo oryginalna. Przecież wiadomo, porównania do grupy Hollisa nigdy nie dają klarownego wyobrażenia, w końcu Talk Talk samo wymyka się łatwym klasyfikacjom. Niezwykłość Xiu Xiu leży w nietypowym sposobie budowania tkanki brzmieniowej, aranżacjach, produkcji. Zamiast grać piosenki jak na normalnych ludzi przystało, Kalifornijczycy kreują neurotyczne obrazy, które słuchane w nocy zdradzają potencjał wpędzenia w histerię i zamienienia słuchacza w kłębek nerwów. Akurat ze mną się nie udało, ale zwracam uwagę na znaczenie sformułowania "potencjał".

Z kolei dla kogoś podchodzącego do tego co słyszy z większym dystansem fascynująca okazuje się również sucha analiza utworów z Knife Play. Przygniatają wszechobecne bębny (czy to zagrane na żywo, czy wygenerowane komputerowo), odhumanizowane odgłosy, syntetycznie brzmiące dzwonki. Momentami rytm wybijany jest na czym tylko możliwe. Do przepychu tekstury brzmieniowej przyczynia się cała gama instrumentów charakterystycznych raczej dla orkiestry. Trąbki, wiolonczele, mandoliny i inne takie pojawiają się we wszystkich fragmentach albumu, tworząc razem z wcześniej wspomnianymi elementami sekcji rytmicznej (choć sekcja rytmiczna to w tym wypadku nie do końca fortunne określenie) przytłaczający monolit. Niby na razie nie brzmi tak znowu frapująco, prawda? Ale wszystko podane jest tak, by było jak najmniej tradycyjnie i konserwatywnie. Dźwięki saksofonu nie przywołują na myśl drewna miło skwierczącego w kominku w zimowej chatce na Mazurach, lecz wybrzmiewają w towarzystwie, dajmy na to, przeraźliwie głośnych sprzężeń gitarowych, dysonansów i burzy elektronicznych jazgotów. Kompozycje z rzadka nabierają jakiegoś wyrazistego kształtu, klarowne melodie pojawiają się sporadycznie, ale za to są naprawdę interesujące.

To, co decyduje o skojarzeniach z Talk Talk to przede wszystkim vox, jak to czytamy na okładce, i sposób śpiewania Jamie Stewarta. Barwa, nieraz bliźniaczo podobna do Marka Hollisa, zwłaszcza w tych najspokojniejszych utworach. No i takiej interpretacji partii wokalnych nie sposób pomylić: zmiany skali, jedyne w swoim rodzaju wyciszanie głosu do ledwie słyszalnych tonów, by za chwilę wybuchnąć w płaczliwym lamencie. Zdaje się, że Jamie wręcz składa hołd Hollisowi.

Jak na większości płyt, tak i na Knife Play zdarzają się dłużyzny. Napięcie gwałtownie spada w trakcie tych bardziej "refleksyjnych" chwil, a więc kiedy górę bierze pianino i w kontekście całej reszty aranżacyjnie robi się wręcz ascetycznie. Jakoś chyba nie najpewniej czuje się Xiu Xiu w takich klimatach. Nie zaszkodziło by też małe urozmaicenie repertuaru, bo sound, powalający przy pierwszym zetknięciu, zużywa się i traci swoją świeżość za którymś przesłuchaniem. Kończąc wywód, zwracam jeszcze uwagę na dwie istotne rzeczy. Po pierwsze Knife Play to długogrający debiut kwartetu. Jeśli na samym początku nagrywa się tak dojrzałą płytę, znakomicie rokuje to na przyszłość. Po drugie Xiu Xiu pochodzą ze słonecznej Kalifornii, a to w dobie odchodzenia w cień takich formacji jak Offspring czy Green Day, daje wielką siłę przebicia na współczesnej scenie neo-punkowej.

Michał Zagroba    
8 października 2002
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja