RECENZJE

Xiu Xiu
Fabulous Muscles

2004, 5RC 7.0

Tomasz Gwara: Jamie, podobno cierpienie wyszlachetnia, zgodzisz się z tym stwierdzeniem?

Jamie Stewart (charyzmatyczny frontman formacji Xiu Xiu): Coś Ty! To tylko pusty frazes. No wiesz, może cierpienie rozumiane jako pewien trud, którego mężne znoszenie prowadzi do osiągnięcia celu ("nacierpieć się", aby coś osiągnąć) wyszlachetnia rzeczywiście, ale generalnie rzecz biorąc to stwierdzenie to niezły bullshit. W kulki se lecisz?

Tomek: No tak, w sumie to ma sens. Przecież niechciany towarzysz C. podąża za nami wiernie przez cały czas, mimo że za wszelką cenę staramy się uniknąć częstych z nim spotkań. Jego umiarkowaną obecność jesteśmy jeszcze w stanie tolerować, ale już na pewno nie nadmierną...

Jamie: Proste. Już dzieckiem w kołysce będąc pojąłem, że nadmiar cierpienia w niczym nie pomaga; przeciwnie, jest wyniszczający. Co mnie nie zabija, czyni mnie słabszym.

Tomek: Mam wrażenie, że nie tylko zaadaptowałeś tę zasadę, ale i starasz się ją w swojej muzyce popchnąć do ostatecznych granic. Mam rację?

Jamie: Wiadomo, ziomek. Gdzie, tak w zasadzie, leżą te granice? Chcę sprawdzić, co się stanie, gdy pogłębię najgłębszą depresję. Ile dam radę wytrzymać.

Tomek: Nakreślił je chyba Ian Curtis...

Jamie: No niestety, to już jest nie do przeskoczenia. Przez tego bubka nie zostanę już prawdziwą legendą. Nawet gdybym się powiesił, wszyscy tylko będą mówić, że podszyłem się pod wokalistę Joy Division. Człowiek się stara od dzieciństwa, a tu nagle okazuje się, że wszystko już zostało wymyślone. I jak tu cholera zostać prawdziwym nowatorem psychozy?

Tomek: Znam Twój ból. Jako nastolatek wymyśliłem poezję konkretną; później się okazało, że nie byłem pierwszy. Ale odchodzimy od tematu! Pogadajmy o Twojej nowej płycie, Fabulous Muscles.

Jamie: Spoko człowieniu. No wiesz, ta płyta jest w sumie najbardziej przyswajalną z naszych długogrających propozycji, czterech z dziesięciu utworów słucha się na totalnym luziku. Nasz psychiczny styl, który wynaleźliśmy na Knife Play, oczyściliśmy trochę z warstw perkusyjnych na A Promise. Ostatnia płyta jest czymś w rodzaju fuzji poprzednich dokonań. Niektórzy zarzucają nam, że nie ma tu żadnego przełomu stylistycznego, że stoimy w miejscu. Może i tak, ale przecież nasze kawałki są przeważnie na wysokim poziomie!

Tomek: "Przyswajalność" w Waszym wypadku trzeba chyba brać w cudzysłów. Zgadzam się, że utwory takie, jak oparty na programowanym bicie "Crank Heart" z synth-punkowym riffem, czy śpiewane niby-francuskim "I Luv The Valley OH!" o chwytliwym basiku albo oprawione dzwoneczkami i wiolonczelą, grane na akustyku "Clowne Towne" na swój dziwaczny sposób wpadają w ucho. Ale większość płyty to snute przez Ciebie, neurotyczne pejzaże.

Jamie: [odchrząka] Ej, stary. Stawiam się w sytuacji lirycznej człowieka spustoszonego przez ból, naczynie cierpienia. Wyobraź sobie, że w dzieciństwie molestował Cię analnie wujek i bezpowrotnie utraciłeś kwiatek swojej niewinności. Wyszedłeś z tego zdruzgotany, minęło kilka lat, spotkałeś dziewczynę, myślałeś, że wychodzisz na prostą. Nagle ona ginie w wypadku samochodowym, dwa dni później zostajesz napadnięty, okradziony, pobity, brutalnie okaleczony i zgwałcony. Tracisz pracę. Opuszcza Cię Twój jedyny przyjaciel, okazuje się, że wujek ma raka. Staram się to wyrazić moim charakterystycznym śpiewem. Myślisz, że łatwo z tego zrobić popowe kawałki, szczególnie, że my gramy eksperymentalnego art-punka?

Tomek: Rzeczywiście, słychać jak Twój zawodzący baryton balansuje na krawędzi, delikatny, zahukany, ale podskórnie pulsujący szaleństwem, rozpaczą. Dlatego propozycji Xiu Xiu nie traktuję w kategoriach czysto muzycznych, ale jako odrębną jakość artystyczną. A jednak kawałek "Fabulous Muscles" tchnie nawet pewną łagodną wrażliwością!

Jamie: Widzę, że kumasz bazę, ziomuś. Nie tylko tchnący rozpaczą, ale wybuchający neurozą i przerażeniem co chwila, się wie. No tak, w tej piosence przygrywam sobie na akustyku, podobnie jak w "Sad Pony Guerilla Girl" na A Promise...

Tomek: Wiadomo! Ulubiony świąteczno-wielkanocny kawałek Jędrzeja. Musisz jednak przyznać, że tekst "Fabulous Muscles" jest dosyć obleśny. "Cremate me after you cum on my lips / Honey boy place my ashes in a vase / Beneath your work out bench". Skremuj mnie po tym, jak już się spuścisz na moje wargi? Umieść moje prochy w urnie, pod swoją ławeczką treningową? Mocne.

Jamie: Piąteczka dla Jędrzeja! Widzisz, w tym kawałku jestem małą, słabą dziewczynką, regularnie praną po ryju i gwałconą przez swojego chłopaka, sterydowca z siłowni. Ale i tak go kocham. Jest to miłość złamana, poniżona, oparta na psim przywiązaniu... Jest w niej jednak coś pięknego. Ona się dla niego poświęca, a ten skrzywiony psychicznie mięśniak zabija ją z miłości. "Kneeling down before the now familiar flesh / Of your deformed penis / Wigging out before the now unfamiliar flesh / Of my broken beck". Ludziska nie kumają przesadzonej subtelności moich tekstów. Myślą, że to jakaś parodia, ironia, ale tak nie jest!

Tomek: Ja chyba jednak wolę Beatlesów. Nie obraź się Jamie, wiem, że jesteś autentyczny, na serio, doceniam. Ale kiedy za oknem zimowe ciemności, bezrobocie, betonowa szarość, marznąca mżawka, przydałoby się "coś miększego, coś barwniejszego". Coś weselszego. Żeby Cię słuchać, trzeba mieć klimat, który nieczęsto się zdarza…

Jamie: Nie bądź mięczak! To jest full frontal, konfrontacja. Nie możesz ciągle uciekać od ciemnych stron życia, szukać estetycznego eskapizmu w muzyce. Założę się, że w Twoim życiu jest za mało traumy. Te beztroskie bubki z Europy Zachodniej. Wymieniają swoje podrożałe euro na dolce i nie wiedzą, co to prawdziwe życie, pot, krew i łzy.

Tomek: Wręcz przeciwnie. Mieszkam w Polsce. Ludzie tutaj wysyłają nam hatemaile z powodu Muse i nie wiedzą nawet, kim byli Pixies.

Jamie: [zbolały, zmieszany] A to sorry... sorry koleś.

Tomek: Mimo wszystko jednak, Waszą najnowszą płytę stawiam na równi z Knife Play, a trochę wyżej od A Promise. Powiedz mi tylko, jak taki wyluzowany gość jak Ty wybebesza z siebie tak chore klimaty?

Jamie: [przez jego twarz przebiega raptowny skurcz] Też mi pytanie. Po prostu, zawsze na miesiąc przed nagraniem płyty odstawiam swój codzienny Prozac.


PS: Jak wszyscy inteligentni czytelnicy domyślili się od razu, powyższy wywiad nigdy się nie odbył, będąc tylko dziełem fikcyjnej prozy naszego recenzenta.

Tomasz Gwara    
5 marca 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja