RECENZJE

Xiu Xiu
A Promise

2003, 5RC 7.2

Zanim zdecydujecie się przesłuchać tę płytę, obejrzyjcie najpierw jej okładkę. Dokładnie, punkt po punkcie. Jak dla mnie jest ona niesamowicie przerażająca, wprost emanuje bezradnością, krzykiem, chaosem. Choć może tak naprawdę sugeruję się zawartością krążka? Niewykluczone, na obrazek zwróciłem uwagę już dawno po zapoznaniu się z dziesięcioma utworami z A Promise. A szczerze mówiąc, na pierwszy rzut oka każdy z nich obrzuca nas dziesięć razy większą ilością brudu, niż czyni to ten nagi brunet. Karkołomnemu zadaniu opisania muzyki Xiu Xiu podjął się już redaktor Zagroba w recenzji debiutu zespołu, ja spróbuję – co jest niemniej trudne – skupić się na nakreśleniu różnic pomiędzy Knife Play, a recenzowanym właśnie A Promise. No i utknąłem, nie wiem od czego zacząć. A to dlatego, że Xiu Xiu zamiast bardzo dobrej, trudnej do określenia płyty, nagrali płytę w dużym stopniu inną, choć również bardzo dobrą i trudną do naszkicowania słowami. Jedyna rzucająca się od razu różnica to pewne oczyszczenie brzmienia, dające się słyszeć zresztą nie we wszystkich utworach.

Przykład? Już pierwsza kompozycja zaczyna się spokojnym akustykiem, który stanowi tło dla paranoicznego wokalu i jakichś stukanych, niestukanych, nie wiem sam, odgłosów. Po chwili jest zupełnie piosenkowo, wkracza bowiem prześliczna melodia, która chodziła za mną całe ostatnie święta. Zamiatałem, czyściłem, jadłem, uczyłem się ciągle z jednym w głowie: "I like my neighbourhood / I like my gun / Driving my little car / I'm your girl and I will protect you". Po chwili szybko przypominamy sobie, że słuchamy niczego innego tylko Xiu Xiu, nagle bowiem piękna sielanka znika i zastępują ją cienkie skrzypienia zawiasów i bolesne klapsy (przy czym owe skrzypienia wydają się być skomleniem bitego dziecka, masakra po prostu). A potem znów melodyjka, ci kolesie chyba mają nieźle poprzestawiane. W ciągu trzech minut dwa razy cudownie nas odprężyli, w międzyczasie wciskając nas w paranoję. A to dopiero pierwszy utwór! W dalszej części płyty na szczęście nasza psychika jest nieco łagodniej traktowana, nie ma bowiem zbytnich przeskoków – czołgamy się przez depresyjny gąszcz już bez żadnych wolnych od smutku oaz.

Drugi utwór, "Apistat Commander", raczy obcą poprzedniemu krążkowi Xiu Xiu bliskością brzmienia jeszcze silniej niż otwierający "Sad Pony Guerrilla Girl". Słuchając Knife Play odnosi się wrażenie, że wszystkie generowane przez zespół dźwięki są podniszczone, specjalnie pobrudzone. Przeciwnie A Promise, jej elektroniczne elementy mile nas głaszczą swoją czystością, perfekcją. Szalona sekcja rytmiczna tworzy z nimi swoim bałaganem i krzykliwością niesamowity kontrast, tak jak właśnie na przykład w "Apistat Commander": po snującym się przyjemnie bicie uderza w nas ostrze niezliczonych stukań, które spokojnie może wywołać dreszcze przerażenia. W późniejszej części albumu dzieje się ciągle bardzo wiele, a wszędzie dominuje niesamowicie mroczny charakter muzyki Xiu Xiu. Czy tempo wolne, czy szybkie, czy jest cicho czy głośno, czy Jamie Stewart śpiewa recytując, czy rycząc, sterczymy sami w ponurym lesie pełnym dzikich bestii. Albo, jak kto woli, w pełnym szczurów podziemiu nieczynnego od sześćdziesięciu lat metra. Jaki jest sens słuchania takiej płyty? Jakiś jest, skoro często nagle przypomina mi się kilka wybranych sekund z tego krążka, które potem biegną za mną do końca dnia. Uroda muzyki Xiu Xiu nie opiera się tylko na jej oryginalności, ma też niewiele wspólnego z wytwarzanym przez nią nastrojem (który może szybko zmęczyć). Kwartet niemal w każdej kompozycji umieścił momenty, które zachodzą w pamięci na dłużej. Przy czym pozostałe fragmenty są co najmniej dobre.

I tak czystą postacią piękna jest zawołanie w "Sad Redux-O-Grapher" na wysokości 1:46, czy też wymieniony na samym początku refren openera. Albo szaleńczo intensywne zakończenie "Walnut House", to dopiero porusza! Dzięki takim chwilom, zanim nieuchronne zmęczenie klimatem płyty osiągnie niebezpieczny poziom, natrafiamy na rodzynki, które starczą na długo. Jedną wielką rodzynką jest numer dziewięć na krążku, "Fast Car". Jest to śliczny cover utworu artystki docenianej raczej przez naszych rodziców – Tracy Chapman. Dobrze znana ballada zamieniona została w cichutką kołysankę, w cudnie delikatny sposób zaśpiewaną przez Stewarta. Zadziwiające, jak Xiu Xiu potrafili stworzyć z popowej piosenki coś bardzo dobrze wpasowującego się w album taki, jak A Promise, nie zaniżając przy tym poziomu kawałka Chapman. Reasumując: nowa płyta amerykańskiego kwartetu różni się od debiutu, choć poziom obydwu jest mniej więcej podobny. Tak naprawdę nie wiem, które z wydawnictw zespołu bardziej mi się podoba, mniej więcej podobnie oceniłbym i Knife Play. Ale który album jest lepszy nie ma takiego znaczenia, jak fakt, że po Xiu Xiu słabego materiału jest się coraz trudniej spodziewać.

Jędrzej Michalak    
30 kwietnia 2003
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie