RECENZJE

WU LYF
Go Tell Fire To The Mountain

2011, L Y F 4.8

To nie może się udać i kończy się źle, zresztą tak źle jak się zaczęło. Jak mawia ksiądz Natanek: "Antychrystem może być każdy z nas", a z Lucifer Youth Foundation spokojnie możecie chodzić po mieście, pokazując wszystkim palec, pluć na chodniki i krzyczeć: "motherfuckers!" otoczeni nimbem uczestnictwa w elitarnym przedsięwzięciu. Szkoda tylko, że za tym szeptanym marketingiem nie stoi prawdziwy głos.

Niektórzy uwierzyli na słowo i skończyli jak Kevin Spacey w American Beauty. Panowie z Pitchfork (skumajcie ten tytuł) przeczytali abecadło prawdziwego hipstera, odkrywając forpoczty własnej koncepcyjnej awangardy na kształt Krytyki Politycznej, czy nawet krytyki całościowej, a ja taką niezdrową podnietą czuję się oszukany. Jeśli rzeczywiście Porcys miałby być "małym polskim Pitchforkiem" pod nobliwymi auspicjami wpływowego ojca, to właśnie odkrywamy z zawstydzeniem, że nasz rodzic przegląda strony porno z nastoletnimi nimfetkami albo podrywa naszą koleżankę z gimnazjum. Nie nazywajmy afirmacją życia kiepskich zrzynek z Funeral.

Właściwie z czym my tutaj mamy do czynienia? Kontrowersje zaciemniają właściwy obraz sytuacji. Z tego tykającego prezentu odwijamy papierek za papierkiem, w większym pudełku znajdując następne, a odrzuciwszy wszystko zostajemy z pustymi rękami. W środku wcale nie tykała zegarowa bomba. Majestatyczne, a częściej: patetyczne, rozmyte hymny odsyłają do czasów wojującego post-rocka. Infantylizm późnego Sigur Ros próbuje zatuszować fakt, że James Barrie miał prawdopodobnie skłonności pedofilskie. Ostatecznie, jak przy oglądaniu Finding Neverland, jesteśmy przymuszeni do płaczu kilkoma oklepanymi patentami, które wzruszą kurę domową i miastowego kołtuna.

W przeciwieństwie do młodych Duńczyków z Iceage, których krwiożercze skłonności nabierają naprawdę przerażających kształtów (co się dzieje w tej Skandynawii?!), chłopaki z Manchesteru na narkotyki dostają od rodziców, a kiedy mają szlaban i odcięte kieszonkowe, leczą smutki przy "Stop Your Crying". W całym swym eklektyzmie i przesadnej wierze we własne siły roją sobie, że są w grupie przestawiającej stereotypy, wytyczającej nowe ścieżki modom, tymczasem są wodą, a nie falą, odpowiadając poddańczo na wszystkie ważniejsze zajawki ostatnich lat. Robią szum, tworzą hałas, w którym gubi się sama treść oraz, nieczytelne niestety, przesłanie i mierząc siły na zamiary, wypadają równie blado co Cooper Temple Clause sprzed lat.

Konkretnie, przypomina to porwanie się z motyką na księżyc. To właśnie światło The Moon And Antarctica odbitym blaskiem próbuje tu zabłysnąć. Tak jak Matt Bellamy stawiał za wzór Thoma Yorke'a, tak Ellery Roberts uczył się maniery Isaaca Brocka, rozpaczliwie starając się przewyższyć mistrza. Nawet trochę mi go żal, gdy słyszę ten początek "Cave Song" z prawie rozdzierającymi jakby epifaniami i wyobrażam sobie, że szamocze się jak mucha uwieziona w słoiku, próbując mimiką wyrazić wszystkie te pokoleniowe rozterki. Czuć w tym fałsz i pantomimiczne zacięcie, więc nawet jeśli fragmentami płyta niesie w przyjemne rejony letniego tła (jakoś żwawsze "We Bros" z podkreślonym trochę animalistycznym wokalem jakby ktoś przeoczył nienachlane nawiązanie tytułu), to epigonizm materiału w zderzeniu z jego detronizującymi pretensjami nie pozwala traktować albumu serio. Jeśli dzieciaki z wysp tylko tyle maja dzisiaj do dodania, to ja dodam ze smutkiem: o tempora, o mores.

Wawrzyn Kowalski    
25 lipca 2011
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie