RECENZJE

Woody Alien
Microgod

2009, Gustaff 5.7

Trzeci album Woody Alien i w zasadzie moja trzecia recenzja tej płyty – z tym, że moje dwa poprzednie "dzieła" wylądowały w koszu a ich miały trochę więcej szczęścia i wciąż sąsiadują z Sharkami na płytowej półce. Zanim zacznę w ogóle wyjaśniać, dlaczego warto było wydać te parę złotych na longplay'e poznańskiego duetu, wytłumaczę się ze swojego grafomaństwa. Otóż, pisząc czy też słuchając Woody Alien miotam się pomiędzy skrajną wściekłością a przesadnym szacunkiem. Zawsze któraś ze stron bierze górę, no i bełkot gotowy. O tym, dlaczego recepcja twórczości Szweda i Piekoszewskiego rozrywa mnie niczym sosnę Żeromskiego, będzie poniżej.

W tej bardziej karkołomnej, chaotycznej i gniewnej recenzji zamieściłem trochę przerysowaną apostrofę, której pozazdrościłby (na pewno) mi lepszy z Herbertów: "Herostratesie, jeśli to czytasz, to przyjdź i podpal nam blogosferę, bo umieramy! Z nudów." I gdyby nie, kolejne podskórne frustracje wywoływane w strefie kultury wolnocłowej, to chyba bym zasłabł, huknął w komputer i rozbił sobie łeb jak przysłowiowy Jan Rodzeń. A tak, będzie jeszcze następny akapit.

Odwołajcie splin-doktorów, bo konkluzja będzie raczej optymistyczna, ale o tym za chwilę (no dwie). Wspomnijmy jeszcze tylko, że idealistyczne postulaty odrobinę wyblakły a Złote Cielce, tak jakby troszkę zaśniedziały. Część z Was może pamięta czasy, gdy Borys z entuzjazmem prorokował "nowe" wraz z nadejściem debiutu CKOD. Skończyło się tak, że Wandachowicz złapał Trypa a "Człowiek, Który Dał Polsce Niezal" zrozumiał, że promowanie płyty bez bloga czy myspace'a jest walką z wiatrakami w wietrzny listopadowy wieczór. Pamiętam udany feature Nowotarskiego i Bratek, w którym jeden z nich zwrócił uwagę na to, że Sic Alps w pewnym momencie zrezygnowało z myspace'a. Chyba nie na tym rzecz polega. O Sic Alps pisze pisemko gdzieś w Centralnej Europie, CNC pozostanie zaś raczej (oby nie) kwestią bardzo lokalną. Chciałoby się napisać, że pewne mechanizmy zachodzą paralelnie na polskiej i amerykańskiej/brytyjskiej scenie, tylko byłaby to gruba przesada. I o niej następne wersy.

Tym, co najbardziej uderza w bogatym bukiecie swądu polskiej sceny niezależnej jest groteskowa nieproporcjonalność mniemania i "mania". Otóż mamy portal, który (w oczach niektórych) jest naszym pitchforkiem, utarczki na linii Psychocukier-Muchy, tylko czekają na porównania z waśniami, pomiędzy Oasis a Blur, polski Peel zapewne pracuje w "Trójce" a coraz liczniejsze, bombastycznie zapowiadane, imprezy kontrowane są frekwencją na poziomie tuzina znudzonych obserwatorów. Screenagers ostatnio uznało trasę Tigercity za przełomowy punkt w historii polskiej animacji kulturowej. Pewnie tam byliście, bo niby kto inny, skoro od kilku lat wszędzie te same mordy. Tak często, tak pięknie uwznioślone prometejskim grymasem wiedzących. Heh, panowie bogosfery, wijący się, niczym Grupa Laokona, do beatów Calvina Harrisa, gdy za rogiem ktoś, chyba dla żartu, gra właśnie najlepszy koncert miesiąca. W najmniejszym klubie w mieście. Pustawym. Nazwijcie to kontr-kulturą, ale jest dokładnie na odwrót.

Myślę, że poznański duet mocno by się skrzywił na te wszystkie konceptualne, aforystyczne rozkminy powyżej, więc przejdźmy powoli do sedna sprawy. Otóż, istniejący od naprawdę dawna, ale (hiper)aktywny od jakichś dwóch-trzech lat, Woody Alien właśnie wydał swoją trzecią płytę zatytułowaną Microgod. Na całe szczęście jest to płyta gorsza od wybornego, rozkurwiająco melodyjnego hardcore'u o wdzięcznej nazwie Pee And Poo In My Favorite Loo!!. Zbieg okoliczności o tyle przynoszący ulgę, że tym samym nie przyczynie się do nadmiernej popularyzacji "poznańskiego Jesus Lizard", "polskiego Dischord" (to o Pink Punk by było) czy "flagowego okrętu jazz-core'u" – wszystko to, pozostawiam specjalistom. Woody Alien po prostu miotą. Zresztą od zamierzchłych czasów Out Of Confusion, które swoją drogą mocno polecam. To znaczy wtedy tak nie walili i chyba dalej tak nie naparzają w Plum, bo przecież przy starszym bracie wypada zachować resztki pozorów. Tyle, że to sam Rafał przyczynił się do aktualnego statusu Woody Alien, zapoznając Marcina (grającego już wówczas na basie, perkusji i gitarze) z niezwykle uzdolnionym perkusistą Danielem Szwedem.

Woody Alien, rekrutujący się do tej pory z muzyków Plum, wreszcie zaczyna żyć własnym życiem. Piosenki na bas i perkusję, z jednej strony prezentują ekwilibrystyczne wręcz zdolności duetu a z drugiej charakteryzują się niespodziewaną melodyjnością. Być może procentuje tutaj doświadczenie Marcina jako bębniarza (Houdini) – no bo posłuchajcie tych wszystkich nieprawdopodobnych przejść, wspólnego łamania rytmu, którym naszpikowane są kawałki Alienów. Tak było już na pierwszej płycie (Piss And Shit And The Diamond Of Perception) tylko, że jeszcze wówczas dość chałupniczo (Every Color) i bez tego polotu. Wówczas o tym, obiecującym duecie można było pisać w kategoriach: "polskie NoMeansNo" czy "krajowi Yow& McNeilly", ale jakoś niewielu się kwapiło (my też) – teraz trochę już nie wypada. Choć "wielowątkowe" opowieści Piekoszewskiego, nieustannie przypominają mi o tych snutych na Goat ("Seasick" - "We Didn't Catch Anything").

Ci, którzy trochę bardziej interesowali się nadchodzącym Microgod, zdawali sobie pewnie sprawę, że trzeci album duetu będzie odrobinę lżejszy, bardziej melodyjny. Tak też się stało. Być może jest to również kwestia nowych współpracowników w studio a być może chłopaki chcieli sobie odrobinę odpocząć. No, ale bez przesady Kraina Łagodności to tak całkiem nie jest. Zresztą zaczyna się to wszystko od bardzo mocnego akcentu – mojego ulubionego "Funny", który już na początku zdradza nam, że modlitwy o lepsze nagłośnienie perkusji zostały wysłuchane. Częściowo. Z tym kawałkiem to jest w ogóle trochę tak, jak (sorry za świętokradztwo) z "On Warmer Music" – trudno powiedzieć czy fajniejsza jest ta zamiatająca końcówka czy te 2-3 minuty, prowadzącej do niej repetycji. Klasa. Nawet, jeśli przesadziłem. A troszkę przesadziłem, wiadomo.

Dalej bywa różnie. Nie każdy z tych kawałków się broni, ale większość, gdy da się im trochę czasu, nadrabia braki w decybelach albo fajowskim refrenem, albo niespodziewanym przejściem, albo zaraźliwą, basową figurą, albo, po prostu, wszystkim na raz. Marcin co raz lepiej radzi sobie wokalnie a perkusja, heh perkusja. Zaskakuje singlowe "Oak" czy niezwykle nośne "No Turning Back", skąpane w deszczowej atmosferze, knajpiane "Go To Hell" czy rozmyte, instrumentalne "Nothingness Lasts Forever" już niestety nużą. Niby to normalne, że dobre płyty mają słabsze momenty, ale znakomity poprzednik pozwalał rokować inaczej.

Napięty harmonogram Marcina wskazuje na to, że już za kilka miesięcy Woody Alien będzie miał okazję nadrobić pewne niedociągnięcia i umocnić się na pozycji… oj no dobra już, bez patosu. Tylko jeszcze na koniec, może zamiast organizować koncert kolejnej gwiazdy świecącej blaskiem anglojęzycznych magazynów, ktoś zrobiłby festiwal Pink Punkom? Pomógłbym, ale wiecie, my tutaj musimy być obiektywni. Kupujcie ich płyty.

Jan Błaszczak    
25 października 2009
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie