RECENZJE

Wolf Parade
Apologies To The Queen Mary

2005, Sub Pop 6.5

No cóż, Modest Mouse they ain't. Mimo, że nad produkcją debiutanckiej płyty czwórki z Montrealu czuwał nie kto inny, jak sam Isaac Brock, Apologies To The Queen Mary znacznie bliżej do wszelkich tworów przereklamowanego contemporary indie-popu, niż energicznej szorstkości Lonesome Crowded West, o wytwornym pięknie eksperymentalnych pejzaży M&A nawet nie wspominając. Gdyby zignorować jednak cały ten powszechny hype wokół kanadyjskiej grupy, zawzięcie kreowany przez "niezależnych" krytyków zza oceanu już od momentu ukazania się EP-ki niejako demonstracyjnej, a także częste porównania do wyżej wspomnianego składu ze stanu Waszyngton, można by sobie puścić Apologies bez jakiegoś specjalnego grymasu; album to bowiem, suma sumarum, całkiem udany.

Za podstawowy punkt odniesienia warto przyjąć jednak Arcade Fire, w mniejszym stopniu wpychając Wolf Parade do stylistycznego worka Isaaca Brocka. Świetnie funkcjonuje Apologies w kategorii tegorocznego odpowiednika Funeral; zestawienia najmodniejszych patentów i nurtujących wszystkich nurtów współczesno-rockowych, nie pozbawionego jednak osobistego smaku i urody. Mamy tu więc syntezę brytyjskiego alt-smętu z amerykańską indie-topornością, folkowej łagodności z punkową werwą; zbiór oczywistych kontrastów, spojonych majestatyczno-neurotycznym klimatem i podany w jak najbardziej przystępnym sosie. Kolejny raz Walkmen (w jękliwym wydaniu z Bows And Arrows na początku "Same Ghost Every Night" choćby), Neutral Milk Hotel czy Broken Social Scene; trochę Talking Heads, zaczerpniętych najwidoczniej od Clap Your Hands Say Yeah. Tak samo jak na Funeral w roku ubiegłym, głównym zadaniem Apologies To The Queen Mary jest też wzbudzać potężne emocje; niestety, podobnie jak wtedy, cel osiągnięty jest tu tylko połowicznie.

Bo zamiast zwyczajnie zrozumieć, że szczerze emocjonalne działanie musi być konsekwencją kompozycyjnego dopracowania, Kanadyjczycy próbują oprzeć trzon swojej płyty na samym tylko klimacie, traktując songwriting niczym drugorzędne źródło muzycznej jakości. Och, nie ma tak łatwo. Czasem się udaje, jak w "We Built Another World" – kawałku przedstawiającym relatywnie najfajniejsze oblicze płyty, podniosło punkowe – pełne niespodziewanych wybuchów, wahań tempa i rytmu, ale także umiarkowanej rzewności, umiejętnie wspierającej żywiołowe ekstazy. A czasem tylko nuda, nuda i jeszcze raz nuda, jeszcze w retro wydaniu quasi-walczykowym niczym z Conora Obersta (kolejny raz "Same Ghost Every Night"). Stąd też wszechobecne peany i zachłyśnięcia zagranicznych serwisantów budzą lekkie zdziwienie; przyznam, że przyjemnie się Apologies słucha, ale chyba trzeba czegoś więcej, jeśli naprawdę mamy mieć do czynienia z niezależnym odkryciem roku.

Patryk Mrozek    
28 grudnia 2005
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie