RECENZJE

Wire
Read & Burn 3

2007, Pink Flag 5.7

Trzecia EP-ka z serii Read & Burn to pierwszy premierowy materiał Wire od kilku lat. Dla fanów zespołu wreszcie jest to powód do radości, bo status grupy był dość niejednoznaczny i już na pewno pojawiły się nieśmiałe głosy pt. "kiedy LP?". Formuła, którą Newman i koledzy konsekwentnie rzeźbili w czasie swojego drugiego reunionu (pierwszy miał miejsce w 1986 rku) wydawała się strzałem w 10. Był to przykład, jak po 25 latach zachować świeżość podejścia do stylistyki, w której pozornie powiedziano już wszystko i która stała się karykaturą samej siebie. Uważam byłego ucznia Briana Eno za jednego z najdziwniejszych geniuszy myślenia post-punkowego, postać zupełnie osobną, ostoję fali kreatywności typową dla lat 1977-1984, która jednak manifestowała się tylko i wyłącznie poprzez działanie w materii dźwiękowej. Nawet na późniejszych, niedocenianych płytach, sposób w jaki Wire eksperymentowało z elektroniką czy organizowało gitarowy zgiełk i industrialne bity w przystępne (i paradoksalnie jednocześnie bardzo naładowane wirtuozerią) piosenki – zahaczało o cud, zdarzenie prawie niemożliwe. Newman więc nigdy nie bawił się w gry meta (przynajmniej pozostawały one sensownie ukryte, przeznaczone dla wnikliwych słuchaczy), nie rozkminiał swojego kulturowego statusu, nie urządzał benefisowych tras koncertowych. On podobnie jak Adam Małysz, chciał po prostu oddać dobry skok – nagrywać tylko wtedy, gdy ma się coś do powiedzenia, bez spinki, z maksymalną koncentracją na tworzywie muzycznym.

Przykładem triumfu takiej myśli jest choćby album Send, gdzie mechaniczne, post-krautrockowe rytmy i przyprawiający o miłe dreszcze gitarowy fuzz udało się uformować w bardzo energetyczne punkowe songi. Nie będę zanudzał opisami piosenek znajdujących się na Read & Burn . Mam wrażenie, że zabrakło Newmanowi, Gilbertowi i Gotobedowi i kto tam jeszcze z nimi współpracował odrobiny konsekwencji w selekcji wstępnego tworzywa i w tym, co właściwie chcą przekazać swoim słuchaczom – inaczej mówiąc, focusu. Transowy 10-minutowy "23 Minutes Too Late" jest tego najlepszym przykładem. Niesamowicie precyzyjne granie późnego Wire nie działa już w tak unikalny sposób. Epicka forma utworów (wszystkie powyżej 5 minut, wszystkie wykonane w formie rozkręcającego się storytellingu) jakoś nie usprawiedliwia braku napięcia, która uniemożliwia zbyt częste wracanie do tych 4 kompozycji i przypomina raczej nudne jamy Fall. Chyba najbardziej trzymającym w napięciu songiem jest ten najkrótszy, "Our Time". Highlighty trafiają się raczej w niewielkich porcjach – refren "NoWarning Given" to przestrzenny, oddychający pełną piersią, niemal shoegaze'owy fragment piosenki. Ale ponieważ Wire nigdy nie bali się ryzyka, te meandry twórczości są w jakiś sposób zrozumiałe. Zresztą jest to mimo wszystko dosyć spójny komunikat. Gdy chcieli nagrać pełnoprawną piosenkę która trwa 28 sekund i ma zwrotkę, refren, mostek – robili to. Gdy uważają, że mają światu coś istotnego do przekazania, więc potrzeba im trochę bardziej monumentalnej formy – również przeszkód brak. Na tym polega właśnie eksperyment – nie wiesz, jaki będzie jego efekt. I w przeciwieństwie do wielu innych angielskich kapel, które w zeszłym roku obchodziły 30 rocznicę działalności akurat na ich kolejne wydawnictwa będę czekał z niecierpliwością.

Piotr Kowalczyk    
11 lutego 2008
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie