RECENZJE

William Basinski
A Shadow In Time

2017, 2062 7.4

Od kilku ostatnich miesięcy prześladuje mnie nieustanne wrażenie, że egzystuję w jakiejś sub-rzeczywistości niekończących się pożegnań. Carrie Fisher przeistoczyła się w gigantyczną pigułkę Prozacu, George Michael określił zupełnie nowy kontekst znaczeniowy szlagierowego "Last Christmas", Greg Lake nigdy już nie sięgnie po gitarę, raz zdefiniowana przez Baumana "płynność" nie zostanie podciągnięta przez niego pod żadne inne socjologiczne pojęcie, a wszyscy wydawcy Słowników terminów muzycznych zrozumieli, że już ciut zbyt późno na podmienienie zredagowanego wcześniej wyjaśnienia hasła "groove" na wymowny portret Liebezeita. Oczywiście to tylko wierzchołek góry lodowej tego smutnego aktu przemijania pewnych wybitnych jednostek ze stale zmniejszających swą liczebność (stosunkowo) leciwych pokoleń. I właśnie w ten wszechobecny, zalewający nasze feedy – bo przecież "akcja powoduje reakcję" – dyskurs nad "przestawaniem" doskonale wpasowuje się niosący ze sobą ogromny ładunek emocjonalny tribute Williama Basinskiego dla Thin White Duke'a. Chociaż nie – źle. Dla prawdziwego Davida Roberta Jonesa. Oderwanego od wszelakich scenicznych kreacji, a nawet od sprzężonego z nim przybranego nazwiska. Bo wydaje się, że amerykański ambientowy gigant poprzez swoje pętle chciał dotrzeć właśnie do źródła człowieczeństwa gościa, który na Ziemię spadł najprawdopodobniej z któregoś z księżyców.

Niech tylko nas wszystkich nie zmyli ten styczniowy stempel odbity na odwrocie A Shadow In Time, bo to nie żaden uczuciowy recykling zaserwowany z ponad dwunastomiesięcznym opóźnieniem. Występujący w kwietniu ubiegłego roku w Pardon, To Tu Basinski na pożegnanie rzucił do całego audytorium zdanie o zbliżających się pokazach materiału w pełni dedykowanemu Bowiemu. Jednoznacznie sugeruje to, że pierwszy utwór – "For David Robert Jones" – powstał na emocjonalnej inercji (niezależnie od tego, czy to "projekt zamawiany") po stracie jednej, o czym nierzadko wspominał, ze swoich największych artystycznych inspiracji. Zresztą kto był na ostatniej edycji OFF Festivalu, ten wie. W warunkach bardziej jakiejś "strefy chilloutu", gdzie lwia część tych, którzy finalnie wylądowali na godzinnym slocie teksańskiego laptopowca rozmawiała między sobą w najlepsze, William odegrał całość zarejestrowanego dziś na nośniku fizycznym materiału. I dzięki bogu, że uwiecznionego na płycie. Bo sądzę, że wielu mających okazję "przedpremierowo" wysłuchać ostatniego albumu Basinskiego czuło się tak, jak jeden jegomość partycypujący w sierpniowym wydarzeniu, który stał gdzieś w rogu namiotu, w jego oczach widać było niekłamaną chęć aktywnego uczestnictwa w tych loopowanych sekwencjach, no ale na majestatyczny beat Kiasmos nie było mocnych i mimowolnie podrygiwał głową w rytm wdzierających się z pobliskiej sceny do (podobno) odseparowanej przestrzeni czwórek.

Ale co tak naprawdę stanowi o niepowtarzalności i sile pętli tego dźwiękowego pożegnania? Ano fakt, iż Amerykaninowi udało się, w odróżnieniu od innych salutujących na do widzenia z instrumentem w dłoni artystów, skomponować utwór będący jednocześnie ostatnią audio-posługą, ale i autonomicznym bytem mogącym z powodzeniem funkcjonować w oderwaniu od kontekstu. Chociaż oczywiście – jak wszyscy wiemy – okoliczności powstawania, jak i sama technika wykonania w gatunku takim, jak taśmowy minimalizm, to przy szczątkowości melodii i ascetyczności formy kwestia ważniejsza niż w jakimkolwiek innym nurcie. "For David Robert Jones" bazuje na podniosłym, przetworzonym orkiestrowym wyimku utrzymanym w duchu całej legendarnej serii Disintegration Loops. I tutaj pierwszy follow-up do twórczości własnej – Basinski z pełną świadomością ładunku emocjonalnego, który niesie ze sobą jego quasi-ilustracyjna muzyka walącego się WTC, dokonuje jednoznacznie ukierunkowującej selekcji. Nie dziwi również obecność saksofonu przełamującego w szóstej minucie, ten zdawać by się mogło, nieskończony przepływ eterycznych ambientowych fal (sampel zaczerpnięto podobno z zamykającego Low "Subterraneans"). Oprócz swojej nieznośności, nieobliczalności i właściwości deharmonizujących kompozycyjny ład (tak się gra na nosie "akademikom ambientu"!), wybór tegoż konkretnego instrumentu również nie wydaje się pozostawać dziełem przypadku. William, chcący ukazać Bowiego sprzed ery Bowiego, sięga po... Basinskiego zanim jeszcze ten uległ fascynacji nieuchwytnością minimalizmu. Amerykanin najpierw odebrał bowiem wykształcenie muzyczne na dęciaku na jednym z teksańskich uniwersytetów, a dopiero potem na dobre ugrzązł w dyskografiach Reicha oraz Briana Eno. Wymowny gest.

Druga, tytułowa kompozycja, "A Shadow In Time", niestety nie gra już na skojarzeniach w ten sam sposób, co "For David Robert Jones". Owszem, są tu elementy autotematyzmu, ale zupełnie oderwane od "stardustowego" kontekstu. Więcej przestrzeni i drone'owatych miraży każe raczej myśleć o W.B. ery zwiewnego, syntezatorowego El Camino Real. Końcówka natomiast w jednoznaczny sposób odsyła słuchacza do taśmowych klawiszy Melancholii przybrudzonych nieco jednostajnym background soft-noisem. Nie zrozumcie mnie jednak źle – to nadal jest jedna z najlepszych płyt z eksperymentalną muzyką tła ostatniej dekady, a już na pewno największe od czasów Loopów dzieło Williama. Niemniej apetyt rozbudzony poprzez nadzwyczaj interesującą selekcję fraz melodycznych w otwierającym album utworze pozwalał wierzyć w coś więcej, niż Basinski grający high-class Basinskiego. Na koniec jeszcze jedna mała odezwa do tych wszystkich rozczarowanych niuansowym charakterem tribute'u – "Were you expecting him to loop «Heroes» or something?" – jak to napisał jeden z użytkowników RYM-u.

Witold Tyczka    
27 stycznia 2017
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: Azja
Rekapitulacja 2018: Indie