RECENZJE

Wiley
Treddin' On Thin Ice

2004, XL 6.0

Popularyzacja nurtu grime, głównie przez Rascala, doprowadziła do wydania przez XL kolejnego albumu mającego korzenie bezpośrednio w UK garage i ogólnie muzyce londyńskich ulic. Tym bardziej powinien ten fakt absorbować, jeśli chodzi o członka Roll Deep Crew, jednej z najistotniejszych formacji dla tych klimatów. Wiley to bardziej stonowana i przystępna forma pojebanego dziewiętnastolatka, którego zadaniem jest miażdżyć. Buczący bas i szybka sekwencja bitu w "Eskimo" to rzecz niemal kultowa. Londyńskie parkiety, ulice, ludzie. O co ten hałas?

Thin Ice nie jest wydawnictwem ani rewolucyjnym (odkąd krytycy nauczyli się nazywać i opisywać poszczególne elementy UK garage'u), ani specjalnie wgniatającym w fotel. Wiley stawia ewidentnie na hooki, stosując rozmaite handclapy, kawalkady synth-bassowe i sekwencje kickdrumów w pięciu smakach. Bardziej dancehallowy (w sensie strukturalnym) od swojego młodszego zioma i całej rzeszy 2stepowych garażowców, wokalnie ustępuje Dizziemu na każdym kroku i w zasadzie jego flow pełni jedynie rolę wypełniacza. Nie przeszkadza, podaje teksty prosto i bez zbędnej ekwilibrystyki. Jest stabilny. Czy to uzewnętrzniając się ("I think I'm goin' mad, man"), czy odpowiadając na ataki opozycyjnych załóg ("I know you hate me 'cause you think I write lyrics / And I aim them at your crew / Come on, blood, that's not true"). To tak w kwestii konfrontacji dwóch najbardziej znanych delegatów na świat brytyjskiej muzyki miast, tak z grubsza, żeby była jasność. "Stabilne" kompozycje z tłustymi hookami to właśnie byłaby cała charakterystyka tej płyty, gdyby ktoś zmusił mnie do zamknięcia się w jednym zdaniu.

Ale nie zmusza, więc dalej w album. "Wot Do U Call It?", czyli singiel promujący, prawdopodobnie szczytowy moment z pośród tych piętnastu tracków jeśli chodzi o dopasowanie linii wokalnej do bitu, i na odwrót (i to tempo). Bo w zasadzie w pozostałych fragmentach jest tak, jak wyżej zauważyłem, czyli że nawet jeśli gość się stara, to i tak wychodzi to obojętnie. Ja tylko nie rozumiem jednego, mianowicie dlaczego większość kawałków jest skonstruowana w taki właśnie przystępny sposób? Dlaczego te miażdżące, najlepsze bity na płycie nie są pełnoprawnymi utworami? Jakby Wiley wyłożył do, na przykład, "Ice-rink", to mógłby być stunner rasowy. Ograniczył się do trzech wymiatających interludiów, jednego stricte słodkiego kawałka z żeńskim wokalem (rozumie, że taki trend teraz wszędzie) i reszty dobrze skonstruowanych, grime'owych produkcji. I więcej mu nie trzeba tak naprawdę, bo nie zawiódł.

Mateusz Jędras    
2 grudnia 2004
BIEŻĄCE
Rekapitulacja 2018: R.I.P.
Rekapitulacja 2018: Azja